Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sposób na owoce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sposób na owoce. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

Gruszka, banan, imbir i limonka, czyli zwiększamy odporność!

 W sobotę doświadczyliśmy wątpliwej przjemności uczestniczenia w imprezie z dwójką dzieci. Nikt nie mógł sie nimi zająć, a że chodziło o urodziny świadka naszego ślubu - postanowiliśmy nie przegapiać więcej ważnych wydarzeń towarzyskich. Nasze dzieci świetnie się odnajdują w towarzystwie, są urocze i zagadują innych, nie boją się obcych - wszystko powinno pójść świetnie. Prawdopodobnie przyjęłam błędne założenie, że dla wszystkich gości moje dzieci będą świetną atrakcją, a ich pojawienie się - radością.

Impreza miała być typu "niespodzianka". Czyli wszyscy zjeżdżają sie przed czasem do mieszkania znajomych naszego przyjaciela i tam czekają, aż on, zwabiony tamże, zjawi się. Wtedy głośno śpiewamy 100 lat.

Oprócz kilku osób nie znaliśmy nikogo. W drzwiach przywitała nas gospodyni hasłem: ale wózek musi stąd zniknąć! Bo się nie pomieścimy.

Ze sporym zdenerwowaniem zaczęłam tłumaczyć, że wózeczek jest po to, żeby Wojtuś siedzial w nim przypięty zamiast ściągać talerze ze stolików, dotykać rzeczy niedozwolone i że to zmniejszy jego zasięg rażenia.

- Dobrze, dajcie go do sypialni.

Ufff, wyszło nieźle, bo przecież mogła paść komenda: dajcie go do ogródka lub dajcie go do piwnicy...

Potem nastąpiły niezwykle uprzejme słowa powitalne i przedstawianie się wśród uśmiechów, ale mi już nie szło łatwo uśmiechanie się, ponieważ na samym wstępie poczułam się intruzem. Takie niewinne zdanie nastawiło mnie na cały wieczór.

W ogromnej nadziei, że uda nam się uśpić Wojtusia w wózku intruzie, poprosiliśmy o trochę wrzątku, zeby zrobić mu mleko. Niebacznie nakładkę od butelki (absolutnie czystą) położyłam na stołku barowym. Widząc to, godpodyni, baaardzo w stylu Bree Van de Kamp, pośpieszyła, by nerwowym ruchem, przenieść nakładkę na stolik. Czy zrobiłam coś niestosownego...?

Potem zeszli się pozostali biesiadnicy, a gospodarz pojechał po jubilata. Miał dać sygnał, kiedy będzie się zbliżał do domu, żebyśmy zdążyli się schować w sypialni i w ciszy zaczekać aż przekroczy próg domu.

Hasło "cisza" jeszcze się dobrze nie wgrało do oprogramowania moich dzieci. Mela przyzwyczajona do zachwytów i ogólnie bardzo towarzyska dziewczynka pokrzykiwała do gości: hej zobaczcie jaką mam bluzę z kapturem, hej ćwiczcie ze mną, tańczcie tak jak ja! Potem odkryła chipsy na stoliku i co chwilę wędrowała po kolejne porcje... Sięgając po następne trzy chipsy jeden upuściła i na to odezwała się ponownie gospodyni: moja droga, jak będziesz rozsypywać, to nie dostaniesz więcej chipsów!

Hmmm, nie wiem jak wy, ale na imprezie domowej, gdzie jest cokolwiek koło 20 osób, każdemu się może zdarzyć rozsypać jednego chipsa i chyba ja bym się z tym liczyła zapraszając gości, a już na pewno nie udzieliłabym reprymendy malutkiemu dziecku!!! Przez moment chciałam od razu wyjść, ale szybko się uspokoiłam - Gocha, tak bardzo się zmieniłaś od kiedy są dzieci, wyluzuj się i uszanuj, że ktoś nie lubi chipsa poza miseczką lub żołądkiem gości!!! ok uspokoiłam się.

Nagle nadeszły minuty zero. Jubilat zaraz będzie! Cściiiii, bądźcie cicho.

Halo, ucho, oko - to Wojtuś się rozgadał. Dźgał innych palcem pokazując oko, ucho, nos - nowo nabyta umiejętność.

Goście podzielili się na dwie grupy - tych rozczulonych, pełnych zrozumienia dla małych dzieci i tych nerwowych: zaraz spali nam niespodziankę!, zatkajcie go chipsem, uciszcie go.

No teraz już prawie miałam łzy w oczach, tym bardziej, że staliśmy może w 7m2 sypialni po ciemku w gorącu i w 20 lekko spoconych osób. Ale czego się nie robi dla przyjaciela i świadka naszego ślubu?

Jubilat wszedł, zaśpiewaliśmy 100 lat, niespodzianka się udała, Wojtuś milczał zatkany chipsem.

Następna godzina imprezy podzieliła Głowackich na dwa obozy: Kacper z Wojtusiem wyszedł do ogródka (na co gospodyni słodko spytała z żalem: co, już idziecie?), a ja stałam na straży przy stołku barowym, przy którym Mela jadła swój jogurcik i pogryzała kiszonego ogórka (oho, ale jutro będzie sraka!, usłyszałam od kogoś).

W międzyczasie dostrzegłam gospodynię, która nerwowym spojrzeniem omiatając pokój dostrzegła obok kanapy, na podłodze naszą torbę z akcsoriami dziecięcymi. Powiedziała głośno: nie wiem czyje to, ale położę do sypialni. Podsumowując intruzuów: wózek, zatyczka od butelki, dzieci, wielki pluszak-brokuł Meli, na koniec ja sama. Byłam największym intruzem, bo przejmując się tymi pierdołami, które ktoś normalny by olał, stałam się niezdolna do towarzyskiej rozmowy i czystej zabawy z innymi...

Pod koniec tej godzinki straży obok stołka barowego poprosiłam przyjaciela Kacpra ze studiów, żeby stanął na chwilę obok Meli i wyszłam do ogródka zamienić chociaż na chwilę słowo z jubilatem i jego partnerką. Oj tak. Milcząca wymiana spojrzeń z Kacperm ustaliła, że się zawijamy...

Już zupełnie przy wyjściu gospodyni rzekła: przepraszam, że tak nawrzeszczałam za ten wózek...
To zrozumiałe, odpowiedziałam.

Droga siostro drogiego jubilata: jeśli to przeczytasz to na pewno zrozumiesz, że jestem znerwicowaną mamuśką, która za mało wychodzi do ludzi, że bardzo jestem wdzięczna za zaproszenie, i że właściwie było bardzo miło! A cały powyższy tekst jest do odbioru ze sporym przymrużeniem oka i wyłącznie subiektywną oceną wieczoru :)

a mnie dopadło pierwsze jesienne przeziębienie...

LECZNICZY KOKTAJL Z GRUSZKĄ I IMBIREM
przepis autorski
składniki na ok.3 porcje
  • 1 gruszka
  • pół banana
  • plasterek imbiru
  • skórka i sok z jednej limonki
  • poł szklanki soku pomarańczowego
  • kilka listków mięty

Z limonki starłam skórkę i odłożyłam na bok. Wycisnęłam sok i wlałam do dzbanka koktajlowego. Dodałam obraną gruszkę, pół banana, obrany kawałeczek imbiru i sok pomarańczowy. Wszystko zmiksowałam na gładki przecier. Wlałam do szklanek i udekorowałam listkami mięty i skórką limonki. Koktajl jest przepyszny i bardzo zdrowy, imbir znany z właściwości przeciwzapalnych i podnoszących odporność zawsze jesienią trafia do mojego jadłospisu. Dr Głowacka poleca :)

Przepis dodaję do akcji "Zwiększamy odporność" i "Gruszkowo"



piątek, 25 lutego 2011

KRÓLOWA PÓŁPRODUKTÓW

Samozwańczo mianowałam się królową :) królową półproduktów spożywczych. Co za wspaniałe czasy, że nie trzeba samemu obierać, prażyć, obierać, siekać, drylować - wystarczy kupić tuńczyka w puszce, mrożoną włoszczyznę od razu pociętą w słupek, prażone lub zmielone migdały, wypestkowane oliwki, gotowe makarony w paczkach - dowolność form, składu i kształtów, ugotowaną ciecierzycę w puszce, mleko sojowe w kartonie (chociaż znam takich, co to gotują soję i przeciskają ziarna przez muślinową szmatkę!), cieniutko pokrojonego łososia na carpaccio... Mogę wymieniać bez końca. Używam półproduktów nie dlatego, że nie lubię produktów świeżych, ale dlatego, że to właśnie niektóre półprodukty pozwalają mi przyszykować szybciej, sprawniej i smaczniej! Pomidory dostępne w Polsce, przez większość roku, nigdy nie dorównają włoskiej puszkowanej pulpie. Oczywiście, że latem i jesienią używam tylko tych świeżych, ale zimą... no cóż... Suszone pomidory w oleju to produkt właściwie nieosiągalny dla mnie metodami domowymi - moja mama ze 30 lat temu podejmowała heroiczne próby suszenia plastrów pomidorów w piekarniku. Dziś są co prawda suszarki do owoców i grzybów, słyszałam od znajomych, że nawet ujdzie je wykorzystać, ale wtedy wolę już kupić zwykle suszone w paczuszce i sama przygotować mieszankę oliwy, ziół i przypraw i przygotować sobie słoik tej pysznej przekąski. Świeże jest niezastąpione, ale tutaj chodzi mi bardziej o postęp jaki się dokonał w ciągu ostatnich pewnie 100 lat: kiedyś ludzie musieli sami wyrabiać kiełbasy, filetować ryby, wędzić je,  marynować warzywa, przetwarzać owoce na dżemy... To była ciężka praca. Dziś można to robić dla frajdy, nie z musu. Po wędzone ryby idę do sklepu rybnego, mogę tam również poprosić o od razu zmielone mięso łososia. Ile czasu i energii można zaoszczędzić! Moje ulubione "półgotowe" zestawy obiadowe, takie, które przyrządzam niezwykle często to pasta z pomidorów i tuńczyka w puszce i zupa pomidorowa, a także penne z sosem z mrożonego szpinaku.

Niedawno zrobiłam dla Meli super deserek, również z "gotowców"- ona jest na etapie uwielbienia żelków Haribo i zjada je tonami - raczej paczkami, ale odrobinę wyolbrzymiłam, żeby podkreślić jak bardzo ważny jest substytut żelków. Pokazywałam to niedawno na facebooku. Przepis Michaela Smitha na kisiel owocowy, czyli "Gigantycznego żelka w miseczce":

KISIEL OWOCOWY
  • paczka mieszanki mrożonych owoców letnich/leśnych (jagody, maliny, truskawki, wiśnie)
  • pół litra soku pomarańczowego z kartonu
  • 4 łyżki skrobi kukurydzianej lub mąki ziemniaczanej
W przepisie oryginalnym owocki mają być w całości, jednak ja dokonałam oszustwa, żeby powstała "żelka", więc najpierw je zmiksowałam w blenderze. Na zdjęciach jednak widać nie zmiksowane owoce - te zrobiłam wcześniej, ale nie wyszłoby oszustwo Meli :) Gotowe widoczne na zdjęciach deserki są już zmiksowane. Podgrzewałam sok w garnku, część soku wcześniej odlałam do kubeczka, żeby wymieszać w nim skrobię. Gdy się zagotował wrzuciłam zmiksowane owoce, wlałam mieszankę soku i skrobi i dokładnie mieszając gotowałam aż całość zgęstnieje. Potem przelałam do miseczek i mocno schłodziłam. Oszustwo się udało i Mela z radością zajadała ogromne żelki :) Ostrzegam, że ten deser jest dla amatorów kwaśnego smaku!





poniedziałek, 24 stycznia 2011

MĄŻ WRÓCIŁ Z DELEGACJI...

Wzruszenie wzruszeniem. To, że kocham mojego psa i tkliwie opowiadam o moich rodzicach-dziadkach, nie zmienia faktu, że tu i teraz jestem nie ogarniającą wszystkiego (jak należy) panią domu. Gotuje i wychowuje. I bałagani. I narzeka. I nie zapowiada się na to, by cokolwiek miało się zmienić. W ubiegłym tygodniu tak mnie naszła miłość do mojego psa - może dlatego, że on jeden tak strasznie nie zawracał mi głowy podczas 5-cio dniowej nieobecności mojego męża w domu!!! - w czasie której ze trzy razy z bezradności płakałam razem z dziećmi, dwa razy stwierdziłam, że chrzanię wszystko i położyłam się spać na kanapie przed telewizorem - łyknąwszy (czy to poprawne użycie imiesłowu czasownikowego???!!!) spory kieliszek naszej nalewki malinowej, mając gdzieś psie kłaki, błoto i zabawki na podłodze, nie wyrzucone śmieci (przy dziecku, które kupcia do pieluszek - wiecie co to oznacza?), nie umyte butelki Wojtusia i brak świeżej bułeczki z szynką dla Meli na śniadanie. Gdybym miała to wszystko zrobione i ogarnięte- nie byłabym Desperate Housewife, nie miałabym o czym pisać bloga i wogóle nie byłabym sobą!
...

Kiedy mój mąż, w piątek po 23, wkroczył do domu, to ja, chichocząc po sporej porcji nalewki, zaczęłam wyrzucać na niego swoje żale i opowiadać jak potwornie przesrane (dosłownie) miałam w tym tygodniu, gdy jego nie było. On sobie siedział i słuchał, ale, jak to mężczyźni - już był myślami gdzie indziej. Kiwał głową, żeby nie prowokować pogorszenia sytuacji, ale pod koniec nie wytrzymał:

- Oj cicho, pokaż cycki! MĄŻ WRÓCIŁ Z DELEGACJI! - histeryczna głupawka, która nas naszła po tej wypowiedzi jest nie do opisania! W każdym razie śmiech nas zmęczył na tyle, że poszliśmy spać - mąż wrócił z delegacji by trochę się ze swoją żoną pośmiać :)))))
............................................................................................

Pisałam już Wam kiedyś o tym, jak staram się "przemycać" niektóre owoce do dań Meli - cwaniaczka już wie, co i gdzie jest ukryte, ale ciągle wierzy, że mango lassi to lody! :)

MANGO LASSI

  • 1 opakowanie przecieru z mango lub 2-3 sztuki dojrzałych owoców mango
  • 1 duże opakowanie jogurtu greckiego
Przecier z mango kupuję w Kuchniach Świata lub Asian House, można też kupić w wielu sklepach i delikatesach internetowych. Oczywiście można też kupić świeże owoce mango, ale ja po całej serii nieudanych prób z potwornie twardymi, włóknistymi gniotami posiłkuję się gotowym przecierem. Reszta to banał. Przecier w dzbanku + jogurt grecki, wymieszany dokładnie i schłodzony w lodówce, co najmniej godzinkę. Lody, jak znalazł, prawda?








środa, 8 grudnia 2010

KOLEKCJONERKA

Mela lubi oglądać kreskówkę "Świat małej księżniczki". Niedawno, w jednym z odcinków, mała bohaterka zauważyła, że jej tata-Król kolekcjonuje znaczki. Po co to robisz tatusiu? To moje hobby! Ja też chcę mieć hobby, zbierać kolekcję. Dobrze kochanie, co chciałabyś kolekcjonować? Jeszcze nie wiem. Dalsze perypetie są mniej godne uwagi, ważne, że pod koniec swych poszukiwań księżniczka ogłasza: już wiem, będę zbierać wszystko!

Zupełnie jak ja. Ostatnio opisałam jak szukałam swojego ulubionego zajęcia, i żeby nie zrobić z siebie totalnej wariatki pominęłam w opisie moje dziwne kolekcje, które gromadziłam. Napięcie trzeba stopniować, więc ujawnię to dziś: jestem śmieciarą, gadżeciarą, kolekcjonuję totalnie zbędne badziewia. Mój mąż jest strasznie biedny - to ogromny ciężar mieszkać z kimś takim! Jego przestrzeń życiowa jest ograniczona do minimum, ponieważ ja zbieram wszystko i to wszystko musi być gdzieś przechowywane!!!
Jeśli w gazecie jest dodatek: płyta angielskie słownictwo ekonomiczne, to na pewno ją wykupię - może kiedyś się przyda? Jeśli w supermarkecie chcę kupić herbatę, taką jak zawsze, ale obok zobaczę, że inna marka dołącza do swojej pudełko na saszetki to od razu zaświecą mi się oczka!! Wow! Puszka na herbatę! Odlot!
- Kochanie po co ci puszka na herbatę? Kolejna?
- No na herbatę!
- Mamy już kilka. Po co ci kolejna?
- Nie mamy w czym trzymać hibiskusa! (śmieciarze zawsze znajdą argument!)

Jak kupuję tusz do rzęs i nieopatrznie zobaczę, że do tuszu innej firmy dołączona jest kosmetyczka (ale najpierw trzeba też kupić płyn do demakijażu) to już jestem stracona - przeciez taka kosmetyczka to nie lada gratka, co?

Do miesięcznika Dziecko dodają koszulkę z Cliffordem? No przecież Mela musi taką mieć!

Jeśli zamówię dwie karmy psie na raz, to dostanę coś tam gratis, ale gdzie ty będziesz do jasnej cholery przechowywała 30 kg psiej karmy? No ale jest promocja! Ta kość gratis!

I tak w kółko: płyn do naczyń z kubkiem, pasta do zębów dla dzieci z pudełeczkiem na mleczaki (przecież będzie potrzebne za kilka lat!).

Co do "zbieractwa", czyli kolekcji hobbystycznych, przeszłam już przez wszystko: były znaczki, kamyki, muszelki, buteleczki od perfum (chociaż tu muszę przyznać, że kolekcja obejmuje kilkaset sztuk, czasem unikatowych buteleczek - szkoda tylko, że nie mam gdzie jej trzymać!), karteczki z kolorowych notesików, sznurówki, jakieś puszki, figurki słoników, a ostatnio jeży i myszek, jednym słowem katastrofa! Trzymam "na pamiątkę" zeszyty z podstawówki, pamiętniki, jakieś nic nie znaczące świstki.

Do tego niedawno doszły kuchenne gadżety, i o ile figurki czy karteczki lub znaczki mogłam po prostu wyrzucić, to z tym jest nieco większy problem. Mamy pełno sprzętów i sprzęcików lekko pokrytych kurzem, ale to nic :) W ubiegłym roku w Rossmannie za całe 55,90 nabyłam wspaniałą elektryczną maszynę do smażenia naleśników. Zajmuje w cholerę dużo miejsca, ale jest bajerancka, i mimo, że Kacper się wścieka, że używam jej raz na 3 miesiące - wreszcie doczekała się swojej chwili chwały i zadebiutuje na blogu! Przepis na naleśniki z jabłkami poniżej.

Naleśniki z musem jabłkowo-cynamonowym

Mela nie lubi jabłek, więc ja w swoim uporze i "wszystkowiedzeniu" na silę próbuję je przemycić do jej dań, Z powodzeniem jedynie w naleśnikach. Zdrowsze są jabłka surowe, wiec musu nie gotuję. Obieram dwa jabłka, lubimy kwaskowe ligole - dobrze się tu sprawdzają, wrzucam do blendera z łyżką brązowego cukru, odrobiną soku jabłkowego z kartonu, łyżeczką cynamonu i połową łyżeczki gałki muszkatołowej - wszystko miksuję na papkę.

Z ciastem naleśnikowym jest problem, bo wszystkiego daję na oko, mniej więcej tak: dwa jajka, duża szklanka mleka, łyżka roztopionego masła, szklanka mąki, szczypta soli i cukru. W mojej masie zawsze są grudki, nikt nie jest doskonały i należy to przyjąć ze spokojem, a nie rezygnacją :)

Jak już raz na te trzy miesiące wyjmę i odkurzę maszynkę do naleśników - Kacper wyrasta spod ziemi i wyrywa mi wszystko, bo sam lubi smażyć te naleśniki, a najbardziej rozprowadzać ciasto drewnianym patyczkiem! On jest mistrzem ogromnych naleśniorów, a ja preferuję takie mniejsze, dlatego efekt końcowy to każdy naleśnik innej wielkości. Po usmażeniu smaruję musem jabłkowym i składam. Gotowe. Przed podaniem posypuję cukrem pudrem.



 tak wygląda totalnie nieudany naleśnik :)







poniedziałek, 6 grudnia 2010

Faza nigdy nie kończących się pytań


Dopadło nas jakieś paskudne przeziębienie, od razu powiedziałam Kacprowi, że pierwsza zaklepuję sobie, że jestem chora.
- pokaż L4 - on na to!
- świnia!

Leżymy sobie na kanapie z Melą, Wojtuś obok pełza na podłodze, i dyskutujemy.
Kiedyś nieopatrznie nauczyłam swoje dziecko naśladowania różnych zwierzątek, typu jak robi kotek, małpka, lew, a nawet kameleon (to nasz hit, wszyscy wymiękają, gdy Mela pokazuje jak kameleon łapie muchę na język!). I teraz jestem w kropce. Mela wymyśla coraz dziwniejsze zwierzęta, które na świst pary, nie wiem jak robią, ale to nie wszystko! Jak robi kura - ok, ale jak robi jajko? Jak robi rakieta - coś tam wymyśliłam, ale jak robi rowerek? A jak robi bałwanek? A jak robi papierek? A jak robi ... no jak robi??? Okazuje się, że to już jest ta faza, że nie ważne jak mądrze odpowiem - nigdy nie zaspokoję głodu wiedzy u mojego dziecka! Jedna odpowiedź rodzi kolejne kilka pytań, kilka odpowiedzi - kilkanaście kolejnych pytań - bez końca! Cudowne, ale męczące :)

Na koniec powiem, że mój mąż bardzo się zdziwił, gdy próbował znowu leczyć się Hot Todem i sprawdził w internecie recepturę (poprzednio jedynie ustnie otrzymał wskazówki) - okazało się, że pierwsze eksperymenty z tym remedium były źle przyszykowane! Tak! Efekt placebo jest potwierdzony, teraz także w moim domu!

Na zastrzyk witaminowy wszystkim przeziębionym i nie tylko, polecam sałatkę owocową:

Kolorowa sałatka owocowa

250g winogron rodzynkowych
ananas (świeży lub z puszki)
kiwi
jabłko
pomarańcz
może być też gruszka, grejpfrut lub inne owoce sezonowe, puszkowe - jak wolicie, u mnie skład tej sałatki zmienia się w ciągu roku.

kieliszek jakiegoś likieru owocowego (ja mam swoją nalewkę malinową), świetny jest tutaj likier cytrynowy
pół łyżeczki startej gałki muszkatołowej
skórka z całej cytryny (uprzednio sparzonej)
sok z połowy cytryny

Wszystkie owoce umyte, obrane i pokrojone, mieszam w misce razem z likierem, skórką i sokiem z cytryny i gałką. Pyszne i zdrowe! A do tego ślicznie wygląda:











wtorek, 24 sierpnia 2010

Zależna-niezależna

Jedynym powodem, dla którego chciałabym w tej chwili pojąć pracę zarobkową jest reakcja znajomych. Wszyscy dziwią się, że w wieku 26 lat mam już dwoje dzieci i nie tęsknię za realizacją własnej kariery. Gdyby tylko usłyszeli, jak w ostatni weekend żartowaliśmy sobie z mężem, że a może trzeci dzidziuś... Jak wiadomo w każdym żarcie jest odrobina prawdy, więc spieraliśmy się na argumenty, że trzy foteliki nie zmieszczą się w samochodzie, no a gdzie pies, itd. Ale wtedy zrozumiałam, że bardzo dobrze mi właśnie tak, jak jest teraz. Czy decyzja o trzecim dziecku jest bardziej dziwna od decyzji o zwlekaniu z zajściem w ciążę do połowy trzydziestki? Zawsze muszę świecić oczami, kiedy w gronie przyjaciół niektórzy chwalą się sukcesami zawodowymi, których - żeby nie było co do tego wątpliwości - szczerze im życzę i gratuluję! Ale ja też mam sukcesy! Moja dwuletnia córka mówi, jak stara, całymmi zdaniami, rysuje, ogarnia mnóstwa spraw. W ogromnym stopniu jest to moja zasługa. Wliczając w to teatralnym szeptem wypowiedziane "kurwa mać" przy mojej mamie, kiedy spadł jej na podłogę żelek haribo :) Kiedy zajmowałabym się cudzymi dziećmi, to byłaby praca. A swoimi - to kura domowa. Dlatego zainteresował mnie ostatnio artykuł w portalu edziecko.pl. Nagle okazuje się, że jestem menadżerem domowym!

 
Czy taki pr zwróci uwagę na to, że mi też należy się szacunek za to co robię? Mi też należą się gratulacje za awanse moich dzieci. I, co najważniejsze, szacunek za to, że to gdzie się dziś znajduję to była moja niezależna decyzja. Uzależniła mnie od cudzych pieniędzy i wsparcia, ale tak to już jest kiedy się wiąże z partnerem - powierzamy sobie pewne role i obowiązki. To co ja robię jest dla mojej rodziny najważniejsze i nikt mnie w tym nie zastąpi i nie zrobi tego lepiej niż ja.

 
Dziś, w mój "luźniejszy dzień w pracy" wybrałam się dziś na warszawski ursynów z moimi dzieciastymi przyjaciółkami - my we trzy i wspólnie pięcioro dzieci. To idealna dzielnica, w każdej knajpce mają kąciki zabaw dla dzieci, choćby nawet kartki i kredki. Przewijaki w toaletach to oczywistość nie do pomyślenia dla mieszkańca centrum! Do tego mnogość kawiarenek, ciastkarni, lumpeksów i komisów - przemieszczałyśmy się z jednego miejsca do drugiego, popijając kawki, herbatki, jedząc ciacha i kanapeczki, zaglądając do lumpów, przepuszczając kasę naszych mężów :)

 

 
Po powrocie do domu, po podliczeniu "ursynowskich" kalorii, jedyne co mogłam spożyć to

 
MLECZNY KOKTAJL Z OWOCÓW SEZONOWYCH
  •  mleko
  • jogurt (najlepiej grecki)
  • banan
  • brzoskwinia
  • borówka amerykańska
  • łyżka miodu
 
Wszystkie schlodzone owoce zmiksowałam w blenderze - lubię nieco rzadszą konsystencję, więc daję dużo mleka, niewiele jogurtu - wszystko na oko. Idealne, zdrowe, relaksujące...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...