Wrzesień. Pierwsze zebranie rodziców przedszkolaków. Mnóstwo formalności kilka podpisów, ponure miny rodziców. Ciężko uciec od myśli, że oni są tu za karę, że ktoś marnuje ich cenny czas. Na bzdury. Przeurocza pani dyrektor zachowuje stoicką cierpliwość. Stara się przekonać rodziców, że spotkanie jest ważne, że kadra nie jest wrogami ich i dzieci, lecz sojusznikami. Że przedszkole przejmuje część obowiązków od rodziców, że wspólnym interesem jest współpracować w sympatycznej atmosferze. Ufff, jakoś udobruchała najbardziej pochmurnych rodziców. Podstawa programowa edukacyjna, odbiory dzieci, wycieczki - tematy przelatują jak błyskawica. Jeszcze nikt nie spodziewa się nagłego postoju. Zatrzymania na temacie: żywienie.
Ja się tego spodziewałam. Mąż także. Tym razem zaczęło się tak:
Wychowawczyni: Niestety wymogi sanepidu nie pozwalają na przynoszenie do przedszkola i częstowanie dzieci domowymi wypiekami. To brzmi absurdalnie, ale sanepid musiałby najpierw zbadać państwa ciasteczka czy torty i dopiero wówczas możemy, jako przedszkole, zgodzić się na poczęstowanie dzieci. Dlatego proponuję, żeby z okazji urodzin, jeśli dziecko chce poczęstować kolegów, przyniosło zamkniętą fabrycznie paczkę cukierków.
Przez salę przeszedł szept, a następnie pomruk oburzenia.
Nawiedzona mamuśka: Nie zgadzam się, to bardzo niezdrowe! Zresztą moje dziecko nie weźmie cukierka. Prędzej wypluje!
Rodzic 2: To w czym problem? Skoro i tak nie zje?
Nawiedzona mamuśka: Zamiast tego można poczęstować czymś zdrowym. Na przykład suszonymi morelami...
Rodzic 3, kąśliwym tonem: Tymi z siarczynami?
Nawiedzona: Nie, tymi suszonymi na słońcu!
Rodzic 4, z rozbawieniem: Mam lepszy pomysł! Niech dzieci częstują szklaneczką wody! Będzie jeszcze zdrowiej!
Wszyscy normalni rodzice w śmiech. Ci nawiedzeni, którym do śmiechu nie było, parowali z oburzenia...
Pani dyrektor widząc ognisko zapalne mega konfliktu szybko złagodziła sprawę sugerując, że może nowo wybrana rada rodziców jeszcze się zajmie tym tematem, tymczasem przejdźmy do ... i kolejne ważne sprawy przedszkola.
____________________________________________________
Szkoda, że nie będę mogła zanieść do przedszkola żadnych ciast, ciasteczek ani tortów, które sama przygotuję, ale i tak Meli urodziny wypadają w lipcu, więc nie ma co roztrząsać tematu :)
Tymczasem przejdźmy do drożdżowych bułeczek! :)
Od kilku tygodni chodziły za mną skandynawskie bułeczki drożdżowe (Kanelbullar). Próbowałam przepis Nigelli, Doroty Świątkowskiej z Moich Wypieków i jeszcze jakiś z dodatku do Gazety Wyborczej. U Doroty Świątkowskiej zobaczyłam coś podobnego, ale z dynią. Pozmieniałam trochę, według własnych potrzeb, oto proporcje składników, jakich użyłam:
DROŻDŻOWE BUŁECZKI RAZOWE Z DYNIĄ ZE SŁODKO-SŁONYM KORZENNYM NADZIENIEM
- 20g świeżych drożdży
- 2/3 szklanki ciepłego mleka
- 1 jajko
- 1 szklanka pure z dyni
- 1 łyżka roztopionego masła
- 1,5 szklanki mąki pszennej razowej
- 2 szklanki mąki pszennej (najlepiej chlebowej, typ 720, ale ja użyłam typ 650)
- 1/2 szklanki brązowego cukru
- 1 łyżeczka soli
- 1/4 łyżeczki mielonego imbiru
- 1/4 łyżeczki mielonego kardamonu
Nadzienie:
- 120g masła
- 1/2 szklanki brązowego cukru
- 1/2 szklanki białego cukru drobnego
- 1 łyżeczka soli morskiej
- 2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki zmielonego ziela angielskiego
- 1/2 łyżeczki mielonego imbiru
- 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 1/8 łyżeczki mielonych goździków
Do garnuszka z lekko podgrzanym mlekiem wkruszyłam drożdże, dodałam łyżkę mąki, szczyptę cukru i odstawiłam na kilkanaście minut. W dużej misce wymieszałam oba rodzaje mąki, sól i przyprawy oraz cukier. Gdy zaczyn drożdżowy wyrósł, wlałam go do miski z mąką. Dodałam roztopione masło z roztrzepanym jajkiem oraz pure z dyni. Wszystko wymieszałam porządnie, można ewentualnie dosypać mąki, jeśli mamy wrażenie, że ciasto jest zbyt rzadkie (ja stale miałam takie wrażenie!). Ciasto odstawiłam pod przykryciem w misce na około 1,5h. W tym czasie przygotowałam prostokątną blaszaną formę i wyłożyłam ją papierem do pieczenia. Potem zrobiłam nadzienie - wszystkie przyprawy i cukru wymieszałam z roztopionym masłem.
Gdy ciasto wyrosło, rozwałkowałam je na blacie (Dorota radzi, by był to prostokąt o bokach 25X30, ale ja nie mam w zwyczaju mierzyć centymetrem!). Wyłożyłam nadzienie i zrolowałam wzdłuż dłuższego z boków. Następnie cięłam nożem tak, by powstało ok. 15 bułeczek-ślimaczków. Moje miały ok.2,5-3cm grubości. Bułeczki ubożyłam na blaszce starając się zachować odstępy między nimi - w rezultacie powstało 5 kolumn po 3 rzędy bułeczek :) Ślimaczki wyrastają jeszcze ok. 40 minut w blaszce, a tym czasie nagrzałam piekarnik do 190C. Potem piekłam 20-25 minut (w przepisie jest 25-30minut, ale moje się wtedy zbytnio spiekły). Gotowe. Nie czekałam aż ostygną tylko wyjadałam prosto z blachy! Mój synek za nimi przepada - żeby już nie było tak strasznie z tym cukrem, to odrywałam mu te kawałki, gdzie było mniej nadzienia :) Mela zjadała całość. Pycha!
Oryginalne przepisy, z których wybierałam co najlepsze tu i tu oraz z "How to be a domestic goddess" Nigelli Lawson.
Przepis dodaję do Festiwalu Dyni.

