Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przetwory i nalewki owocowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przetwory i nalewki owocowe. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 września 2011

DOMOWE SUSZONE POMIDORY



i kilka słów o tym, co króluje w warzywniakach...

Kiedyś dostałam zaczepnego maila, który wyrażał pretensje, że nie jestem purystka językową, że tytuł mojego bloga jest po angielsku, że zdarzają mi się tytuły postów i jakieś wtrącenia w środku wpisu nie po polsku. Zaczęłam zgłębiać temat i nie ustaliłam - dobrze to czy źle?

Irytuje mnie, gdy sklepik osiedlowy zwie się "shopem", jawnie niewskazane jest używanie angielskich zwrotów w sytuacji kiedy rzeczywiście mamy możliwość użyć pięknej polszczyzny... Więc trochę jestem purystką, albo chciałabym być, ale nie na siłę.

Wracając do "shopów" - tam jest prawdziwy raj dla takich, co to się pasjonują językiem... Mogłoby się wydawać, że w warzywniakach króluje włoszczyzna, ale kiedy przyjrzałam się tabliczkom ustawionym nad skrzyniami - przekonałam się, że króluje tam... dziwaczyzna :) bo ani to polszczyzna, ani angielszczyzna...

Jabłka "Sanrajsy" są bezdyskusyjnym hitem w moim warzywniaku!!!
Bo do czempionów (czampionów, szampionów - zależnie od humoru wypisującego tabliczkę) - już przywykłam.

Zastanawiam się jak będzie z jabłkami granny smith, które nadejdą zimą. Granismis? Jak uważacie? Proponujecie coś innego? Może jeszcze granismyt...

Smith... Smis... Smyt... to mi przypomniało moją córeczkę, która kilka tygodni temu oglądała "Pocahontas" w polskim dubbingu. Parę godzin później przyszła do mnie, wlazła na kolana, załkała i powiedziała: nigdy więcej już nie zobaczę Dżona Smisa...

Długo rozkminiałam o co chodzi, Dżon Smis nie dawał mi spokoju!

A to kłaniała się Edyta Górniak, która podkładała głos tytułowej Pocahontas i oprócz niebywałej egzaltacji, aż wybijającej z głośników telewizora, to jeszcze ten Dżon Smis tak bardzo zapadł w pamięć Meli.

Można się śmiać z Dżoany Krupy i z jej uroczego akcentu, ale i tak lepiej mówi po polsku niż większość Polaków po angielsku...

A jabłka sanrajsy... cóż, wedle stwierdzenia, że "róża nazwana inaczej, pachniałaby równie słodko", smakują bardzo dobrze. Szkoda tylko, że puryści językowi nie ingerują w takich śmiesznych i absurdalnych przypadkach, jak te nieszczęsne sanrajsy i nie wyjdą z inicjatywą znalezienia całkowicie polskiej nazwy dla tej odmiany jabłek.

DOMOWE SUSZONE POMIDORY
W ubiegłym tygodniu przerobiłam równe 20kg pomidorów gruntowych!!!
Zrobiłam pulpę, sos do makaronu, zupy, mam kilka pokaźnych słojów. Z części zrobiłam suszone pomidory, tak jak cale lata temu robiła moja mama. Wtedy nie było możliwości kupienia świeżej bazylii i rozmarynu, więc używała głównie suszonego oregano, przywiezionego z Włoch, a czasem zwykłego majeranku. Mówi, że były pyszne. Ja zrobiłam podobnie, chociaż użyłam innych przypraw.

Polecam wspaniałą przekąskę z suszonych pomidorów - przepis tu.

  • 12-15 pomidorów (użyłam podłużnych, gruntowych)
  • 2-3 łyżeczki grubo zmielonej soli morskiej
  • 2 łyżeczki cukru
  • kilka listków świeżej bazylii
  • kilka gałązek rozmarynu
  • 2 łyżeczki suszonego rozmarynu
  • można też dać suszone oregano
  • łyżka oliwy
Umyte i osuszone pomidory przekroiłam wzdłuż i ułożyłam na blaszce do pieczenia (wyłożonej papierem). Skropiłam oliwą i posypałam przyprawami. Piekarnik ustawiłam początkowo na 100C, gdy się nagrzał wstawiłam blachę i tak suszyłam przez godzinę, następnie zmniejszyłam temperaturę do 70C i suszyłam jeszcze ok.7 godzin. Najlepiej jest nastawić je koło 23:00 i beztrosko położyć się spać. Inaczej grozi nieustanne zaglądanie do piekarnika i zastanawianie się czy to już? Po tym czasie pomidory są gotowe - choć niektóre mogę jeszcze wymagać dodatkowej godzinki suszenia. Pomidory przekładam do wyparzonego pojemnika i wstawiam do lodówki - tak dla bezpieczeństwa. Można zalać je olejem lub oliwą i wtedy dodać więcej przypraw. Taki słoik wspaniale nadaje się na prezent. Obawiam się, że moje pomidory nie doczekają żadnej okazji "prezentowej". Zbyt szybko znikają, bo są po prostu przepyszne! Jeszcze raz dla przypomnienia - przekąska z suszonych pomidorów tu.



wtorek, 30 sierpnia 2011

Likier z bazylii

Kilka miesięcy temu totalnie zaniemówiłam z wrażenia, gdy na blogu Anthony o wdzięcznej nazwie "Kuchnia pod wulkanem" zobaczyłam przepis na Liquore di basilico. Szmaragdowy kolor. Likier z bazylii? To musi być coś obłędnego! I jest!

Spojrzałam na przepis i przekonałam się, że przygotowanie tego cudeńka nie jest wcale trudne. Ściśle trzymałam się wskazówek Anthony, jedynie zwiększyłam ilość cytryny - nie wiem czemu, po prostu wydawało mi się, że tak będzie lepiej.

Likier jest cholernie mocny i zdradziecki, bo prawie nie czuć alkoholu... maleńki kieliszek wypity w, póki co, jeszcze ciepłe wieczory może nieźle namieszać!!!

Kilka uwag:
- Na likier totalnie nie nadają się sadzonki bazylii, takie supermarketowe. Kupuję większą doniczkę z bardziej okazałą rośliną (liczne bazary warzywne lub giełdy kwiatowe) i trzymam przez około tydzień w nasłonecznionym  miejscu, żeby liście pięknie się rozwinęły i wypuściły nowe "odnogi".

- Cytryny. Najlepiej kupić jak najbardziej naturalne, dojrzałe, tak, żeby sam dotyk ręki pozostawiał już sporo aromatu. Niestety w mojej okolicy większość cytryn pochodzi z Argentyny, lepiej znaleźć jakieś bliższe nam, Polsce, miejsce sprowadzania. Jeśli cytryna nie jest jeszcze tak aromatyczna - trafia również do "sanatorium-solarium" na nasłoneczniony parapet na kilka dni.

Domowa produkcja alkoholi to ogromna frajda. To znaczy nigdy nie pędziłam bimbru, nic z tych rzeczy. Ale z powodzeniem robimy z Kacprem świetne nalewki, króluje nalewka malinowa - w tym roku mamy zamówienie na nalewki od sporej części rodziny i przyjaciół - chcą dostać taki prezent
z procentami pod choinkę. Do produkcji przystępujemy jeszcze w tym tygodniu.

Przepis na naszą malinówkę tutaj.

a oto przepis na "bazyliówkę":

LIKIER Z BAZYLII
  • 30-50 liści bazylii
  • skórka ścięta z 1 cytryny (tylko żółta część, bez białej goryczkowej)
  • 300ml spirytusu
  • 300g cukru
  • 300ml wody

Anthony pisze, że podane ilości składników wystarczą na 700ml alkoholu. Za następnym razem podwoję te ilości bo 700ml to za mało! Już dałam dwie części w prezencie i zostało mi marnych kilka kieliszków...

Liście umyłam, osuszyłam, wrzuciłam do słoja. Skórkę cytryny ścięłam bardzo precyzyjnie, w razie potrzeby jeszcze zdzierałam białe, goryczkowe części od spodu i też wrzuciłam do słoja. Zalałam spirytusem. Anthony pisze, żeby słój odstawić na 7-10 dni. Moim zdaniem pora na odsączanie jest wtedy, gdy liście całkowicie "oddadzą" zielony barwnik do roztworu i staną się szare - w moim przypadku to było 9 dni. Wtedy w garnku rozpuściłam cukier w wodzie i zagotowałam, ostudziłam i zalałam tym syropem liście z alkoholem. Wymieszałam porządnie, odcedziłam liście a następnie przefiltrowałam nalewkę do butelki. Jest od razu gotowa do picia, jednak najpierw należy ją dobrze schłodzić, a nawet lekko zmrozić. Nigdy nie piłam tak pysznego alkoholu!





środa, 8 września 2010

PLAYGROUND STORIES part 1.

Jakiś czas temu w parku: po grząskiej alejce idzie mega wylansowana mamusia, a obcasy boleśnie wbijają się w żwirek przy każdym kroku. Maluszek jest zapięty w wózku dziesięcioma pasami, żeby przypadkiem nie wylazł z i się nie pobrudził. Razem z innymi mamusiami wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia heh... Właściwie nie sposób powiedzieć co sobie myślimy - że to nietypowy widok, że ona trochę tu nie pasuje, że to tak średnio na plac zabaw... A ona idzie dalej. Przechodzą koło piaskownicy. Zorientowała się co jej grozi, szybko skręciła. Za późno! Dziecko zobaczyło placyk zabaw i piaskownicę i głośno domaga się, żeby wyjść z wózka. Musi mu ulec: sadza malca ostrożnie na brzegu ławeczki. Nie mają żadnych foremek i łopatek (bo nie przypuszczała, że będzie tu piaskownica, a może myślała, że dziecko nie dojrzy, a może uważa, że zabawki do piaskownicy ciągle są brudne i wogóle piaskownica jest brudna i psiakrew czemu nie udało jej się przemknąć obok!), więc dziecko sięga po jakieś zostawione w piaskownicy przez inne dzieci. Grymas obrzydzenia przemyka po jej twarzy, ale zaciska usta i nie protestuje. Nagle - bach! Malec spadł z ławeczki - cały w piasku, piszczy z radości. Mamusia rozgląda się z rozpaczą dookoła, jakby szukając kogoś kto ruszy jej z pomocą i wyciągnie brzdąca z piachu (i sam się pobrudzi zamiast niej). Niestety, wszystkie pozostałe mamy obserwują scenkę z ogromną mściwą satysfakcją - sorry - taka mroczna strona nas. Mamusia pochla się nad brzegiem piaskownicy, próbuje dać krok, ale wąska, piękna ołówkowa spódnica trzeszczy w szwach - nie da rady! Wygina się więc w łuk i tu akurat obcasy ułatwiają jej ten manewr - zaryły się w ziemi, więc ją dobrze stabilizują. Maksymalnie wyciągniętymi rękoma chwyta dziecko, jak automatyczna maszyna losująca misie w wesołym miasteczku. Wyjmuje malca, cały czas zachowując dystans między nim i swoim ciałem. Zrezygnowana stawia go na ziemi. Chwila namysłu, co z nim teraz zrobić?! Zdejmuje piękny, zdobiony szal i otrzepuje dziecko prychając przy tym, jakby sprzątała gówno psie, albo coś jeszcze gorszego. Znów z innymi matkami uśmiechamy się pod nosem, chyba wszystkie myślimy to samo - zaraz ten szal, co to doznał takiego skażenia, to chyba wyląduje w śmietniku, jak takie chusteczki, którymi czyszczę Meli rączki na spacerze. Ale nie, jednak kładzie go na wózku i usadza malca, który dopiero teraz się zorientował, że już koniec zabawy i głośno przeciw temu protestuje. Mama przypina go siłą szelkami w wózku i grzęznąc w żwirku odjeżdżają, po chwili już nawet nie slyszymy płaczu, tylko zaczynamy słyszeć nasze dzieci i wszystko wraca do normy, wymazujemy ten epizod z pamięci!

 

 
P.S. Kilka tygodni później widziałam ją w balerinkach i sukience, ale pod spodem legginsy! Awansowała do naszego kolektywu i tak trzymać!

 
Dziś polecam przepis, który wystawi Waszą cierpliwość na ogromną próbę!!! Na końcowy efekt czeka się bowiem aż 6 miesięcy!!!

 
Chodzi mi o:

 
NALEWKA MALINOWA

 
To jest taki jesienny rytuał, który podtrzymujemy z mężem, takie nasze sposoby, aby cieszyć się każdą porą roku. Nasz przepis na nalewkę pochodzi z dodatku do którejś z gazet, chyba z przed roku.
  • 4 kg malin
  • 1,5 kg cukru
  • 1l wódki
  • 1l spirytusu
  • 5g goździków
  • można też dać kilka plasterków limonki
 
Maliny wrzuciliśmy do słoja (mamy dwa 5-cio litrowe), dodaliśmy cukier, przykryliśmy gazą i odstawiliśmy na nasłoneczniony parapet. Kacper codziennie potrząsał tym gigantycznym słojem, ja bym nie dala rady. Po 3 dniach dodaliśmy goździki (wtedy też można dać kilka plasterkow limonki, ale my zapomnieliśmy, ale nie szkodzi :))), wlaliśmy połowę wódki i połowę alkoholu, znów na parapet i znów codzienne potrząsanie. Po tygodniu zaczęła się ekwilibrystyka z naczyniami. Chodzi o to, żeby zlać sok z alkoholem znad miąższu, który osiadł na dnie - do innego naczynia. Zlany sok z alkoholem z jednym sloju na parapet, a pozostały w drugim słoju miąższ malinowy zalaliśmy pozostałym spirytusem i wódką. Teraz to stoi u nas na parapecie przez kolejny tydzień. W ten weekend musimy połączyć oba nalewy, przecedzić przez gazę lub filtr do staromodnego ekspresu do kawy, przelać do wyparzonych butelek i zakorkować. Wtedy nalewka będzie dojrzewać w jakimś zacienionym miejscu przez co najmniej 6 miesięcy!!!

 
   
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...