Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorące przystawki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorące przystawki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 października 2011

GIRLS NIGHT OUT!!! ... z Babcią :) SZPINAKOWE RISOTTO Z SUSZONYMI POMIDORAMI

Pamiętacie jak niedawno pisałam o tym, że nie mam wiekowej, gotującej babci? Wcale nie żałuję! Doceniam to co mam - bo moja babcia (niestety od lat tylko jedna) jest niesamowita: docent chemii organicznej, podróżnicza i żeglarka, miłośniczka książek, teatru i muzyki klasycznej. Generalnie inne babcie, chociaż na pewno kochane - przy mojej wymiękają. A, zapomniałam jeszcze, że moja babcia, choć ma 79 lat ciągle śmiga po mieście autkiem! Ledwo wystaje znad kierownicy, przez co nie mam do końca pewności czy wszystko przed sobą widzi. Babcia jest niezła. Regularnie zabiera mnie na "Girls night out" - do teatru lub filharmonii. Być może większość kobiet nie o takim wyjściu marzy, ale ja te wieczory z babcią uwielbiam. Choć ostatnio byłam zawiedziona...

Sąsiadem mojej babci jest znany wiolonczelista Sinfonia Varsovia. We wrześniu zaprosił ją na swój benefis. Dziadek nie mógł iść, więc zabrała mnie. Koncert, jak koncert, ale tym razem po koncercie miała być lampka szampana z okazji benefisu. Nie to, żebym jakoś tęskniła do każdej możliwości wypicia ;) , ale chyba na tę "lampkę" najbardziej ze wszystkiego czekałam. Zastanawiałyśmy się z babcią podczas przerwy czy będzie Penderecki, Maestro Maksymiuk i inne "sławy" polskiej muzyki klasycznej. Po koncercie kierowałyśmy się na schody kiedy dogonili nas inni babci sąsiedzi, również zaproszeni.

- Czy Panie mają jak wrócić do domu? - zapytał uprzejmie sąsiad babci.
- Wrócimy taksówką, nie chcemy robić kłopotu - odparła babcia: kokieteria kobiet nie maleje wraz z wiekiem!!!
- Proszę pozwolić się odwieźć - szarmancja wzrasta proporcjonalnie do wieku kobiet, którym się chcemy przypodobać!
- Och, no bardzo dziękujemy, w takim razie spotkamy się na przyjęciu.
- Jakim przyjęciu? - spytał lekko zdziwiony sąsiad.
- Czy nie idą Państwo na lampkę szampana - babcia już wiedziała, że popełniła gafę, ale brnęła dalej.
- Nic o tym nie wiemy. Nie zostaliśmy zaproszeni. Chyba.

Tu oczekiwałam od babci jakiegoś wyjścia z sytuacji, np. "Och chodziło pewnie tylko o to, żeby złożyć życzenia z okazji benefisu. Znamy się tyle lat, że po prostu wypada podejść. Proszę się nami nie przejmować, wrócimy z wnuczką taksówką, damy sobie radę". Zamiast tego Babcia powiedziała:

- Musiałam coś źle zrozumieć. Pewnie chodziło o to, żebyśmy z mężem odwiedzili ich już w domu na lampkę wina. Bardzo chętnie z wnuczką z Państwem wrócimy.

Ciągnęłam babcię za rękaw i chrząkałam, ale słowo się rzekło i nie było już odwrotu. Najgorsze jest to, że babci wcale nie zależało na tej cholernej lampce szampana. Ale czemu mi tak zależało? Co bym właściwie robiła wśród mocno starszego, wręcz geriatrycznego towarzystwa? Z kim bym się wdała w dyskusję sącząc tę nieszczęsny kieliszek? I co bym mogła powiedzieć? Przecież to, że dwa razy w roku chodzę z babcią na koncert nie czyni mnie w żadnym razie partnerem do rozmowy z prawdziwymi melomanami...

Wracałyśmy z sąsiadami, grubawym małżeństwem, które przez całą drogę opowiadało o swojej miłości do tanga. Gdyby nie fakt, że właśnie mi umknęła z przed nosa lampka szampana z Pendereckim, to bym chyba wybuchła mimowolnym, niekontrolowanym śmiechem na samo wyobrażenie tej tęgiej pary tańczącej tango.

Gdy wysiadłyśmy, babcia powiedziała:
- Widzę, że się martwisz.
- Nie martwię się... tylko nasz wieczór został przez tych sąsiadów skrócony!
- Nie szkodzi. Zabiorę cię na lampkę szampana jeszcze wiele razy.

Trzymam Cię za słowo Babciu!


SZPINAKOWE RISOTTO Z SUSZONYMI POMIDORAMI

  • szklanka ryżu do risotto (używam arborio)
  • pół paczki mrożonego szpinaku
  • średnia cebulka
  • 2-3 ząbki czosnku
  • solidna łyżka masła
  • łyżka oliwy
  • ok.1 l bulionu (1 l wody i łyżka stołowa bulionu w proszku bez glutaminianu sodu)
  • kilka suszonych pomidorów
  • ok.100g parmezanu (lub innego sera)
Cebulę i czosnek siekam drobno i podsmażam na maśle. W tym czasie podgrzewam bulion i gry jest na granicy wrzenia trzymam go na malutkim gazie, żeby był cały czas bardzo gorący. Do cebulki na maśle wsypuję ryż, zmniejszam gaz i kilka chwil smażę ryż mieszając, aby cały obtoczył się masłem. Filiżanką od kawy lub chochlą wlewam bulion. Maleńkimi porcjami. Mieszam ryż z bulionem i czekam aż pierwsza porcja całkowicie się wchłonie. Wtedy wlewam następną filiżankę. Ponownie mieszam aż do wchłonięcia poprzedniej porcji. Całe to mieszanie ryżu i dolewanie bulionu jest bardzo odstresowujące. To czynności podczas których można się uwolnić od wszelkiego pośpiechu i nerwowości. A i tak przygotowanie risotto nie zajmuje więcej czasu niż jakiegoś innego dania.

Risotto jest gotowe, gdy wchłanianie bulionu już prawie wcale nie następuje, a ryż jest miękki na zewnątrz, ale twardawy przy ugryzieniu. Wtedy nie dodaję już bulionu, ale wsypuję odsączony szpinak. Przyprawiam solą i pieprzem, dodaję garść startego parmezanu. Mieszam chwilę, by ser się rozpuścił. Właściwie taka podstawowa wersja, czyli risotto białe można jeść bez szpinaku (czasem dolewa się odrobinę białego wina). Kiedyś pokazywałam już podobne, najprostsze cyrtynowe risotto z selerem naciowym (tutaj). Ja jednak lubię dodatek szpinaku oraz moich domowych suszonych pomidorów. Na wierzchu układam jeszcze kilka cieniusieńko skrojonych płatków parmezanu. Gotowe. Jeśli macie wątpliwości czym się ta potrawa różni od makaronu z sosem szpinakowym - to zapewniam, że smakuje zupełnie inaczej! Te ziarenka ryżu, to coś zupełnie innego niż makaron. Pyszne! Dzieci się zajadają, a ja omijam kuchnię szerokim łukiem (po zjedzeniu jednej porcji), żeby nie wyjadać prosto z garnka...


środa, 19 października 2011

jaki los mój jest ... każdy widzi...

... czyli powrót Desperate Housewife w starym, lekko histerycznym stylu.

Po ciężkim wrześniu i starcie Meli w przedszkolu, październik miał być ulgą i stabilizacją. Wyjątkowo piękna jesień powinna nastroić pozytywnie każdego. A mnie nie nastroiła. Każdego dnia byłam przygnębiona, niby wszystko układało się świetnie, ale na horyzoncie - mówiąc poetycko - widziałam rosnące się zachmurzenie. Chodziło o niespełnione marzenie o ciekawej i fascynującej pracy. O to, że każdy dzień jest taki sam,  wypełniony powtarzanymi w nieskończoność czynnościami. Dopadło mnie negatywne nastawienie do wszystkiego. Mój mąż starał się być bardzo wspierający i każdego dnia podkreślał, że jestem zdolna, że wiele osiągnę i że czeka mnie w życiu jeszcze mnóstwo fascynujących zajęć...

Może i tak. Na razie jednak spotkały mnie dwie właściwie nic nie znaczące przygody, niezauważalne epizody, które jednak wyczerpały moją wytrzymałość - duuużą wytrzymałość i cierpliwość.

Gdy Mela zostawała już bardzo chętnie na leżakowanie w przedszkolu, nadszedł czas na nadrobienie zaległości towarzyskich. Prawie biegłam z Wojtusiem do metra na spotkania z dzieciatymi przyjaciółkami. Przyjaciółka robiła kawkę, druga siedziała przy stole, a ja nosiłam Wojtusia na biodrze, bo trochę się boczył na dawno nie widziane dzieci. Mały łajdak skupciał się w towarzystwie, więc czym prędzej czmychnęłam go przewinąć. Radosnego już czyściocha wypuściłam na podłogę do innych dzieci, a sama skierowałam się do stołu delektować się plotkami, ptysiami i wszystkimi rozkoszami takiego dziewczęcego spotkania. Dwa kroki od stołu zatrzymała mnie przyjaciółka:

- Ojej, Gosia, coś masz na sukience. Tam na biodrze.
Od razu wiedziałam co:
- Gówno? spytałam słodko...

Po czym zbiegłam do łazienki zaprać cholerną plamę w barwach jesieni...

O incydencie szybko zapomniałam (oczywiście nie tego samego dnia, bo byłam zmuszona w tej sukience jechać po Melę do przedszkola). Mijały kolejne dni października, mój nastrój uległ nieznacznej poprawie, poza wyjątkiem wyjścia z dziećmi na imprezę, które okazało się ogromnym niewypałem.

Tydzień później nastał upragniony weekend. W weekend zapominam o przygnębieniu, bo jest Kacper i nie czuję się tak samotna, jak w tygodniu. O szóstej rano do naszej sypialni wbiegła zapłakana córeczka:

- Tatusiu, coś mi się stało...
- Co się stało kochanie, gdzie?
- Tu...

Mela odwraca się a my widzimy gówno... na pupie. Ups - niedobrze. Ale też na łokciu. I również na plecach...

- Uderzyłam się w głowę - płacze Mela.

No i wszystko jasne. Już wiedziałam co się stało. Nasz przeklęty pies zesrał się na podłogę w pokoju dzieci. Biedna Mela poślizgnęła się na psim gównie i uderzyła główką o framugę. Pierwsze czynności po obudzeniu, to wyszorować cale dziecko, umyć podłogę, uprać piżamkę - cudowny początek weekendu! W jakimś transie robiłam wszystko, by opanować sytuację. Byłam wściekła, ale mój mąż szybko odzyskał humor i śmiał się ze wszystkiego. Powtarzał, że to nie wina psa, że zaraz o tym zapomnimy, że jest piękna pogoda.

Spojrzałam na niego i nagle tak mnie wk..wiła ta piękna pogoda, ten pies srający na podłogę, te ryczące dzieci, i ten mój mąż zapewniający, że wszystko w życiu jeszcze przede mną... Nie wytrzymałam:

- Wiesz co mnie jeszcze w życiu czeka?! - wrzasnęłam.
- No co?!
Cisnęłam tą obsraną piżamką na podłogę:
- Gówno! Właśnie taki jest mój gówniany los!!!

****************************************

No proszę, jak przyjemnie jest swoją złość, frustrację i deprechę zamienić na anegdotkę blogową! Wówczas mam wrażenie, że piszę o kimś innym, że to co mnie spotkało, to czyjaś zabawna, banalna przygoda. Od razu mi lżej :)



PLACKI ZIEMNIACZANE Z DYNIĄ

  • 0,5 kg ziemniaków
  • 1,5 szklanki pure z dyni (lub 0,5kg miąższu surowej dyni)
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 mała cebula
  • 2 szklanki mąki
  • 1 jajko
  • sól, pieprz
  • 0,5 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • olej do smażenia (używam zwykły, słonecznikowy)
  • opcjonalnie - listki szałwi do przybrania


Ziemniaki obieram i wrzucam do malaksera - opcja: tarka o dużych oczkach. Nie chce mi się ścierać ręcznie. Do malaksera wrzucam też obraną cebulę i czosnek. Gdy nie mam gotowego pure z dyni (pisałam jak je zrobić tu i tu) do tarki malaksera wrzucam też pokrojoną w kawałki surową dynię. Wszystkie starte warzywa przekładam do miski, dodaję mąkę, jajko i przyprawy (i oczywiście pure z dyni, jeśli nie używaliśmy surowej, startej). Na patelni rozgrzewam olej i lyżką nakładam niewielkie placki. Smażę na średnim ogniu po kilka minut z każdej strony. Gotowe placki układam na ręczniku papierowym, żeby odsączyć je z tłuszczu. Teoretycznie można smażyć je bez tłuszczu na patelni z nieprzywierającą powłoką. Ale... nie dajmy się zwariować. Jeśli nie jemy codziennie smażonych potraw to nic isę nie stanie od kilku smażonych na oleju placuszków... Ja uwielbiam je jeść z sosem jogurtowo czosnkowym (kubek jogurtu z posiekanym czosnkiem, solą i pieprzem). Pycha :)





wtorek, 16 sierpnia 2011

Bruschetta z kurkami i Mrs Food Face



Uczę się jazdy konnej!!! Byłam już na kilku lekcjach na ląży, a dziś zaliczyłam pierwsze samodzielne "kierowanie" koniem. Jeżdżę w kółko po ujeżdżalni czy tam padoku (nazewnictwo opanuję na końcu), wczepiam się w lejce/wodze i grzywę końską, staram się ze wszystkich sił nie stracić równowagi, ale ciągle rozpraszam się zastanawiając się jak tragicznie i niezgrabnie musi wyglądać moje dupsko w czasie tego treningu!!! Oczywiście nie mam swojego stroju, więc zakładam zwykłe czarne legginsy, mam też (przypadkowo) kalosze jeździeckie, które kupiłam rok temu na spacery z dziećmi, a toczek pożycza się w stajni. Jak na razie jestem mega zajarana, zobaczymy jak będzie po pierwszym upadku...

Ostatni raz byłam tak obolała po porodzie, dodatkowo jeżdżę w grupie nastoletnich dziewczynek, które w stadninie mają obóz jeździecki. Są rozchichotane, wymownie oceniające spojrzeniem i wywyższające się nad tą panią pod trzydziestkę (no, jeszcze 27!!!), która z totalnie nie znanych im powodów postanowiła przyjść i zaczynać od początku...

Idzie mi lepiej niż większość sportów (nielicznych), z którymi miałam do czynienia: tenis - jakiś totalny brak tak zwanej koordynacji ręka-oko, bo zdażało mi się czasem trafić w piłkę rakietą, ale nie to, żeby uderzenie skierowało pilkę tam gdzie powinno. Aerobik - wszystkie laski w prawo - ja w lewo. Narty super, tu akurat daję radę. No i konie. Super sprawa, polecam, nawet po trzydziestce. Chodzi ze mną Kacper. Wspieramy się w pierwszych próbach no i na zmianę opiekujemy się dziećmi, kiedy drugie z nas ma lekcję.

Dziś pomysł na pyszną letnią przekąskę/przystawkę

BRUSCHETTA Z KURKAMI
  • kilka kromek pieczywa, najlepiej ciabaty
  • 2-3 ząbki czosnku
  • szklanka kurek
  • sól, pieprz
  • garść natki pietruszki
  • pół cytryny


Pomysł zaczerpnięty z "Recipes from an Italian Terrace" Valentiny Harris, której autorstwa jest przepis na cytrynowe kulki mięsne. Kromki chleba skropiłam oliwą, przypiekłam w piekarniku. Na patelni podsmażyłam na oliwie czosnek posiekany na cieniutkie plasterki, dodałam kurki, przyprawilam solą i pieprzem. Gdy grzyby były miękkie sprawdziłam jeszcze raz czy są na pewno dobrze przyprawione i nakaldałam na grzaneczki. Posypałam posiekaną natką pietruszki i podawałam z cząstkami cytryny, którą można sobie te pyszne grzaneczki pokropić (opcjonalnie).

Oprócz tego dziś pokazuję mój prezent od MamaGama - właściwie to prezent dla Meli, która dosłownie zakochała się w tym talerzu. Oto nasz wyczekiwany Mrs Food Face:







piątek, 12 sierpnia 2011

Daj się uwieść... matematyce...? Ziemniaki + cukinia + mozzarella

 
 
Wczoraj znalazłam gdzieś link do strony Gazety Wyborczej z listą książek - bestsellerów, które Polacy masowo kupowali przed wakacjami. Jest tam dział literatury pięknej, literatury faktu i kategoria dla dzieci i młodzieży. Wśród tych książek, na 9 miejscu w dziale literatury faktu znajdziemy esej popularnonaukowy "Matematyka. Daj się uwieść" Christoph Drösser. Ten sam autor figuruje również 4 punkty niżej, tym razem próbuje tak: "Fizyka. Daj się uwieść".

Cholera jasna! Prawie się skusiłam. Już byłam na stronie empiku i nawet włożyłam do przechowalni.

Jak ja nienawidzę matematyki!!! Mój wujek często lubił powtarzać, że matematyka jest piękna i abstrakcyjna. Dla mnie jest wyłącznie abstrakcyjna. To czemu tak bardzo żałuję, że totalnie jej nie ogarniam? Jakoś podświadomie chciałabym rozumieć, kumać i funkcjonować w świecie cyfr, wielomianów, różniczek i funkcji kwadratowych. W szkole zawsze czułam szczególną dumę i radość, gdy przypadkowo zrozumiałam o co chodzi w jakimś zadaniu ... :)

Tak jak ktoś, kto aspiruje do pewnej klasy, ale wie, że nie ma na to szans - jednak cieszy się z najmniejszej namiastki awansu :)

Na moich studiach na pierwszy rzut oka mogłam rozpoznać tych, którzy nie będą mieli żadnych problemów z przeliczaniem stężeń, statystyczną obróbką wyników i będą ogarniali całe matematyczne gówno. Oni to po prostu mają wypisane na twarzy. Podczas wykładów obserwowałam ich i aż wyczuwałam procesy szybkich obliczeń, które zachodziły w tych mega mózgach. Cała tablica zapisana wzorami kredą, wszystko jakieś nierówne i zamazane, ja totalnie nie wiem o co chodzi, a tu jakiś mózgowiec podnosi rękę i zagaduje panią profesor:

- Przepraszam, czy tam nie powinien być minus?
- Gdzie?
- O tam w trzeciej linijce przed nawiasem.
- W trzeciej? O, a, rzeczywiście tu, no tak, to teraz tu będziemy mieli tak, a tu tak (przez jeden pierdzielony minus zaczęła zmazywać znaki w kolejnych linijkach i wszystko co ślepo, nic nie kumając przepisałam było do wyrzucenia). Chrzanić to, nie przepisuję od nowa!

Jakimś cudem nauczyłam się na pamięć kilka gotowych zadań z całymi wzorami (dobrze, że mam dobrą pamięć!) i jeszcze większym cudem zaliczyłam matematykę na 3 (z minusem, jak raczyła podkreślić z wyraźną niechęcią pani profesor - nie ma takiej oceny jak 3-, w indeksie jest 3, ale tak mi dogadała, bo wykładowcy matematyki nie lubią takich jak ja, którzy widząc tablicę usraną wzorami otwierają buzię i mają tępotę w oczach).

Mam gdzieś książkę z listy bestsellerów, nigdy nie dam się uwieść matematyce! Powiem więcej: matematyka nie jest ani piękna ani abstrakcyjna - jest po prostu niezdrowo zakręcona...

Jakie książki Wy kupiliście lub pożyczyliście na lato? Ja uwielbiam kryminały Donny Leon, najbardziej, oprócz intrygi, lubię domowe sceny i szczegóły dotyczące tego co komisarz Brunetti zjadl z żoną na obiad, lub jak siadają i podczas rozmowy piją schłodzone prosecco...

A wczoraj na obiad były...

PLACUSZKI ZIEMNIACZANO-CUKINIOWE PRZEKŁADANE MOZZARELLĄ
  • 0,5kg ziemniaków
  • 1 cukinia
  • pół cebuli
  • szklanka mąki
  • 1 jajko
  • sól, pieprz
  • bulion w proszku bez glutaminianu sodu
  • olej do smażenia
  • 1 opakowanie mozzarelli (125g po odcieku)
  • Opakowanie jogurtu greckiego
  • ząbek czosnku
  • pęczek szczypiorku


Ziemniaki i cukinię obrałam, starłam na tarce o grubych oczkach, cebulę posiekałam i wrzuciłam wszystko do miski.  Dodałam mąkę i roztrzepane jajko + przyprawy. Wymieszałam dokładnie i nakładałam łyżką na rozgrzaną patelnię z olejem. Użyłam oleju ze słoika po suszonych pomidorach - zawiera dużo przypraw, co dodaje fajnego smaczku plackom. Smażyłam z obu stron i odsączałam na ręczniku papierowym. Można te placki jeść w takiej postaci, z jogurtem zmieszanym z czosnkiem i szczypiorkiem, ale ja trochę pomysłowo zrobiłam z nich danie ze stopioną mozzarellą.
Mozzarellę pokroiłam w plasterki i obtoczyłam w mieszance mąki, soli i pieprzu. Smażyłam na patelni bez tłuszczu aż się rozpuściła i zarumieniła. Oczywiście plastry niemal natychmiast straciły swój kształt, ale to nie szkodzi. Na talerzu położyłam placek, na tym mozzarellę, potem kolejny placek, znów mozzarellę itd. U mnie wyszły przekładańce z 3 sztuk placków, można zrobić wyższe, ale ciężko będzie je kroić. Można posypać szczypiorkiem, albo nawet miętą. Pyszne :)










poniedziałek, 13 czerwca 2011

Granice ludzkiej wytrzymałości

Granice wytrzymałości człowieka zadziwiają, a to, co zadziwia najbardziej, to, że u każdego ta granica leży gdzie indziej. Jedni są zdolni wytrzymać głód, zimno i ogromny wysiłek fizyczny, inni są wytrzymali na ból, jeszcze inni są obojętni na wzruszające sceny i cierpienie innych, ale za to mdleją na widok najmiejszej ilości krwi. Wielu twardzieli na pewno wymiękłoby w moim domu. Harmider powstały z udziałem dwójki nieustannie jędolących lub hałasujących dzieci i psa wystawia mój organizm na próbę tak ciężką jak wspinaczka na Mount Everest. Z resztą chyba sama Martyna Wojciechowska, którą szczerze podziwiam, powiedziała w jednym z zywiadów, że zdobycie Korony Ziemi jest latwiejsze niż wychowanie dziecka... Cóż, być może tak jest...

Jakie są moje granice? Wytrzymuję dużo, chociaż moje dzieci przez większość dnia są rozkoszne... Lecz gdy mieszkamy z dziećmi trzeci tydzień u mojej mamy, gdzie pomagamy jej po operacji, gdy dwoje dzieci pod rząd się rozchoruje, a ja się zarażę od nich i też jestem chora, gdy od 5:40 rano jestem na nogach, bo tak wstaje mój kaszlący synek, gdy kursuję między butelką mleka, zupką, apteką, wycieraniem glutów z małych nosków, podawaniem antybiotyku i innych lekarstw (hitem jest wkraplanie trzylatce kropli do oczu!!!), dbam, żeby mama miała herbatę i obiad, a pod koniec tego wszystkiego włożę synka na 10 minut do kojca, by chwilę odpocząć i po tych 10 minutach wracam i zastaję cały kojec wymazany gównem - dokładnie powcieranym w materacyk, podusię i zabawki - tutaj właśnie leży moja granica wytrzymałości i z głośnym płaczem biegnę do mamy...

Nie wytrzymam. Nie mam już siły. Niech leży w tym gównie, bo ja już nie mam siły tego wszystkiego teraz sprzątać... łkałam mamie koło łóżka..

Stopniowo rozpoczęłam odgównianie strefy, zaczęłam od kąpieli Wojtusia, a potem prania zabawek i pościeli. Kilka dni po tym wydarzeniu śmiejemy się tylko, że wagoniki z bajki "Stacyjkowo", które tego dnia znajdowały się w kojcu, zamiast pryzmy węgla, załadowano pryzmą gówna...

Szybko się uspokajam i wszystko wraca do cudownie chaotycznej normy. Następnego dnia Wojtuś chyba się zorientował, że robienie kupy w łóżeczku turystycznym to chyba za dużo - że aż na tyle nie może sobie pozwolić, w związku z czym uraczył mnie jedynie obsiusianiem prześcieradełka i kawałka podusi, świeżo upranej i wysuszonej po wczorajszym gównianym show!

Gdy dzieci chorowały nie miałam zbyt dużo czasu by ugotować coś oryginalnego i robić aktualnych wpisów na blogu. Niestety zaraziłam się od dzieci i muszę poodgrzewać trochę starych kotletów, czyli dań z przed kilkunastu dni, których nie miałam szansy pokazać wcześniej na blogu. Ostatni moment przed końcem sezonu szparagowego sklonił mnie do zrobienia bardzo prostej i przepysznej zapiekanki:

SZPARAGI ZAPIEKANE Z POMIDORKAMI KOKTAJLOWYMI
  • wiązanka zielonych szparagów (kilkanaście lodyg)
  • opakowanie pomidorków koktajlowych (0,5kg)
  • kilka łyżek oliwy
  • garść świeżego rozmarynu
  • sól, pieprz
  • płatki parmezanu do podania
Szparagi umyłam, osuszyłam i obrałam. Położyłam w naczyniu do zapiekania i wymieszałam z oliwą, posypałam solą i pieprzem. Pomidorki umyłam, ponakłuwalam i obtoczyłam w oliwie z przyprawami. Posypalam posiekanym rozmarynem, jedną łodyżkę ulożyłam na wierzchu dania. Warzywa wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do ok. 200C na jakieś pół godziny (właściwie to trzeba sprawdzać, czy szparagi są już miękkie, może wystarczy krócej piec). Gdy pomidorki puściły dużo soku i skórka się przyrumieniła - zapiekanka byla gotowa. Trzeba odczekać chwilę, by nie była tak potwornie gorąca (jak jest duży upał to można odczekać nawet dłużej) i posypać wierzch zapiekanki płatkami parmezanu, grana padano lub pecorino - każdy z tych serów będzie bardzo dobry. Smacznego!








poniedziałek, 16 maja 2011

MOC MUZEÓW. Faszerowane ziemniaki doskonałe...

Jaki jest stan polskich muzeów? Od lat podśmiewamy się trochę z żalem, trochę z sympatią i opowiadamy o swojej wizycie w warszawskim muzeum ziemi. Gdy weszliśmy, to kobiety sprawujące nadzór nad eksponatami mało nie zemdlały ze szczęścia, że oto przyszli zwiedzający, którzy nie są tu obowiązkowo na jakiejś szkolnej wycieczce. Że przyszliśmy sobie z własnej woli w środku dnia, w środku tygodnia, w środku roku. Oprócz nas nie było żadnych zwiedzających. Prawie za rękę, a mojego męża to na pewno za rąbek bluzy, kobiety prowadziły nas do sali meteorów i z ogromnym podnieceniem pokazały nowe eksponaty. Mój mąż, który w dzieciństwie często bywał w muzeum ziemi, tłumaczył mi następnie, ze ten entuzjazm jest chyba spowodowany tym, że ta nowa część wystawy to pierwsza rzecz jaka się zmieniła w tym muzeum od 20 lat... smutne!

Jak przyciągnąć zwiedzającego? Morskie akwarium w Gdyni słono kosztuje, jednak moja trzylatka była zachwycona zarówno częścią "żywą", jak i tablicami edukacyjnymi, planszami i modelami. A pod koniec zwiedzania na dzieci czeka największa atrakcja: nisko zamontowane, bardzo płytkie akwarium z flądrami, jesiotrami i babką byczą, gdzie można "pogłaskać" rybę!

W sobotnią warszawską noc muzeów oddaliśmy dzieci "na przechowanie" do mojej mamy i umówiliśmy się na zwiedzanie muzeów z zamierzeniem takim, że między jednym a drugim punktem na trasie, będzie pit stop na piwo! Kolejki były potworne i przyznam, że jedyne co skłoni mnie do wyjścia w następną noc muzeów, to atmosfera miasta tętniącego życiem do późnej nocy, czego na co dzień nie ma - a szkoda! Udało nam się w nie najgorszym tłoku i wcale bez kolejki zajrzeć do muzeum techniki w Pałacu Kultury i aż żałuję, że nie miałam ze sobą aparatu fotograficznego, bo stare pralki ręczne i pierwsze automatyczne, kuchenki i inne "gadżety" ówczesnych gospodyń uświadomiły mi, że nie mam prawa narzekać na prace domowe!

Po pierwszej przerwie na piwo większość naszej grupy nalegała na niedawno otwarte muzeum erotyki. Tym byłam wyjątkowo rozczarowana. Podśmiewaliśmy się, że może zobaczymy jakiś pierwszy XIX wieczny wibrator, ale eksponaty to w większości stare ryciny i regulaminy prostytucji, czy wycinki z ostrzeżeniami przed chorobą weneryczną ze starych gazet. Ciekawa obserwacja jest taka, że na rycinach przedstawiono każdy rodzaj seksu: kobiet z mężczyznami i z kobietami, mężczyzn z kobietami i z mężczyznami, obu płci ze zwierzętami, seks młodzieży pod okiem i instrukcją dorosłych... Nie było nigdzie seksu z ciężarnymi, czyli ten ze zwierzętami to nie była perwersja ani dewiacja w porównaniu ze stosunkiem z brzuchatą? nieźle... pod koniec trafiłam na jakąś gablotkę i uradowana zawołałam Kacpra, że oto znaleźliśmy "pradawne" wibratory, ale okazało się, że to amulety płodności!!! :)))))

Na tym zakończyliśmy. Moja mama się podśmiewa, że muzeum seksu i techniki to dziwne połączenie jak na jedną noc...

******************************

FASZEROWANE ZIEMNIAKI II
  • 1,5kg ogromnych ziemniaków grilowych
  • 0,25kg żółtego sera*
  • pół paczki mrożonego groszku
  • 2-3 łodygi selera naciowego
  • 2-3 marchwie
  • sól, pieprz, oliwa


* dobrze, by ser był słony i ostry, ale może być zwykła gouda lub jakiś inny.

SOS JOGURTOWY
  • opakowanie jogurtu greckiego
  • ząbek czosnku
  • ogórek
  • łyżka oliwy
  • sól, pieprz


Niedawno, w czasie pobytu w Gdańsku, upatrzyłam na ryneczku te gigantyczne ziemniaki, których koło siebie dawno nie widziałam. Uwielbiam faszerowane ziemniaki! Pokazywałam już przepis z cebulką, serem i boczkiem, zajrzyjcie tutaj. Wiem, że to danie niektórych przeraża, ale naprawdę robi się je szybko. Najdłużej trwa pieczenie całych ziemniaków (posmarowane odrobiną oliwy, posypane solą i pieprzem, około 1,5h w 180-190C), ale podobno można je włożyć na 10 minut do mikrofali na dużą moc i efekt będzie taki sam jak po upieczeniu - nie wiem, nie próbowałam. Po upieczeniu (piec można nawet 2 dni przed faszerowaniem) trzeba schłodzić ziemniaki, przekroić na pół i wyjmować miąższ dużą łyżką - przy dobrze upieczonych jest to bardzo proste i szybkie. Do miąższu dolewam łyżkę oliwy i dodaję startą na dużym oczku marchew, posiekany seler naciowy, pół paczki mrożonego groszku i część startego sera. Farsz dokładnie mieszam i nakładam do pustych łupinek ziemniaczanych. Na koniec posypuję jeszcze warstwą sera żółtego i jeszcze raz do piekarnika, na jakieś pół godziny, 180-190C. Podczas pieczenia robię szybki sos jogurtowy, czyli mój ulubiony "jogórek". Ziemniaczki są wegetariańskie, zdrowe i przepyszne. Najlepsze na gorąco, ale ciekawe tez na zimno! Polecam, wypróbujcie, aha pierwszy raz zobaczyłam ten przepis u Rachel Ray w "30 minute meals".











poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Prowizoryczne rozwiązania...

Z niewiadomych przyczyn, z ogromną migreną, niewyspana - zadziałałam nożycami w kwestii fryzury mojej królewny... Nie mogłam od dłuższego czasu umówić się z naszą zaprzyjaźnioną specjalistką od fryzur, w związku z czym patrząc kolejny dzień na chaos na główce Meli - hmmm - brakuje mi trafnego słowa - z determinacją przycięłam odstające farfocle, żyjące własnym życiem kosmki i kukuruźniki :) efekt jest beznadziejny, tzn. nie widać żadnej poprawy i moja córcia dalej jest takim słodkim małym einsteinem :) wizyta u pani fryzjer nadal bardzo pożądana... ale to właśnie ja: gdybym nie "żyła" prowizorycznymi rozwiązaniami, czekała cierpliwie na wizytę, nie działała pod wpływem impulsu - nie byłabym desperate housewife, a mój mąż nie miałby się z czego podśmiewać i na co czasem narzekać!

Czasem prowizoryczne rozwiązania owocują jednak czymś ciekawym i stylistycznie dużo przyjemniejszym w odbiorze niż nowa fryzura Meli. Jak mój piątkowy prowizoryczny obiadek w stylu: co masz w lodówce zamień na smaczne danie :)

ZAPIEKANKA Z CUKINII I KALAFIORA
  • główka kalafiora
  • 1 cukinia
  • szklanka mleka
  • łyżka mąki
  • łyżka masła
  • sól, pieprz
  • garść świeżych listków tymianku
  • kilkanaście plastrów boczku wędzonego
Pisałam już kiedyś o mojej miłości do sosu beszamelowego, którego idealny sposób przyrządzania opanowałam dzięki mojej Mamie. Przepis tutaj. Cukinię pokroiłam w grube plastry, kalafiora podzieliłam na nieduże różyczki i oba warzywa podgotowałam na parze (kalafiora 10min, cukinię dorzuciłam na 5 min). Podgotowane warzywa przełożyłam do naczynia do zapiekania, przygotowałam sos beszamelowy, pod koniec dodałam do niego tymianek i gotowym sosem zalałam warzywa. Dokładnie wymieszałam, żeby sos "oblepił" każdy kawałek :) plastry boczku pocięłam nożyczkami na paseczki i ułożyłam na wierzchu zapiekanki taki wzór, jaki często robi się z ciasta na tartach: kratkę, która zawsze kojarzy mi się z piknikiem :) 25minut w piekarniku (190C) lub tak długo aż boczek się ładnie zrumieni i gotowe!





środa, 13 kwietnia 2011

FASZEROWANE OLIWKI W CHRUPIĄCEJ PANIERCE...

Niedawno usłyszałam przypadkiem wyjątkowo krzywdzącą opinię o kuchni włoskiej - że to tylko czosnek, pomidory, pizza i makaron!!! Trudno o większą ignorancję, bo bogactwo kuchni włoskiej aż trudno, według mnie, opisać!!!

Włochom zawdzięczamy tyle rodzajów potraw, serów, alkoholi, deserów!!! Dodatkowo pasja, z jaką Włosi podchodzą do gotowania i jedzenia jest cudowna i zaraźliwa. Moi rodzice zjeździli Wlochy wzdłuż i wszerz, więc opowieści i zapożyczone zwyczaje, a także przepisy, które poznali - towarzyszą mi od dziecka. Oboje z mężem jesteśmy zgodni co do tego, że gdybyśmy mieli na starość zamieszkać poza Polską, marzylibyśmy o tym, by osiedlić się w małym włoskim miasteczku.

W ubiegłoroczne wakacje udało nam się "zaliczyć" króciutki pobyt w regionie Friuli-Wenecja Julijska. Na naszej trasie było Udine, gdzie się "zamelinowaliśmy", a wypady zrobiliśmy do Gemona di Friuli - miasteczka, które w latach 70-tych przeszło straszliwe trzęsienie ziemi i niemal w całości legło w gruzach, oraz leżące już nad morzem - Marano Lagunare - maleńka "wioseczka" rybacko-turystyczna. Włosi zjednali sobie moje serce bezproblemowym podejściem do naszego czworonoga, który nie dość, że nie był klopotem dla nikogo, to  był wręcz mile widziany w każdej knajpeczce i od razu dostawał wodę w wiadrze (!) i kawałki chleba do gryzienia!!! :)

Od lat interesowałam się kuchnią włoską - dlatego nie sądziłam jak wiele jeszcze może mnie zadziwić i zaskoczyć! To jest dowód na to, że kuchnia włoska kryje wiele bogactw i niespodzianek. Codziennie jedliśmy coś totalnie nowego i nieznanego nam wcześniej. Jedno odkrycie kulinarne było niezwykle cenne. Popełniłam błąd podczas składania zamówienia w miłej, malutkiej restauracyjce i zamiast zwykłych oliwek do przegryzania, dostałam bardzo oryginalną, gorącą przystawkę, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania: Olive all' ascolana. To gigantyczne oliwki, faszerowane jakimś mięsem, pokryte grubą i chrupiącą panierką... absolutny smakołyk, cudna przekąska! Po powrocie do Polski próbowałam poszukać przepisu, jednak znalazłam tylko po włosku i muszę poprosić mojego tatę, żeby mi przetłumaczył. Jest nawet jakiś filmik na youtube, ale niespecjalnie dobrze rozumiem jak je przygotować, podobno sam farsz jest praco i czasochłonny w przygotowaniu. Postanowiłam jednak zrobić coś w miarę podobnego na własny sposób:

FASZEROWANE OLIWKI W CHRUPIĄCEJ PANIERCE
  • zielone oliwki olbrzymie bez pestki
  • pęczek bazylii
  • puszka tuńczyka
  • puszka anchois
  • kilkanaście suszonych pomidorów
  • 1 jajko
  • kilka łyżek mąki
  • kilka łyżek bułki tartej
  • pomidory w proszku*
  • suszona papryka
  • pieprz
  • olej do smażenia

* Genialna przyprawa, którą dostałam w prezencie od sklepu Aledobre.pl - sproszkowane pomidory można dodawać do sosów, zup, sałatek - ja w kilka dni zużylam już prawie całe opakowanie, bo dodaję do wszystkiego i bardzo, bardzo poprawia smak!!! Przyprawa nie zawiera soli ani żadnych dodatków, dlatego już sporo łyżeczek wylądowało w potrawkach dla mojego synka :) Gorąco polecam!

Oliwki nacięłam je z jednej strony i do środka wkładałam liść bazylii i suszonego pomidora, kawałek tuńczyka lub anchois. Obtaczałam nafaszerowane oliwki w mące,  w jajku,  w bułce tartej z dodatkiem suszonej papryki, pomidorów w proszku i pieprzu. Smażyłam na rumiany kolor. Prezentowały się wspaniale! Te z tuńczykiem i suszonym pomidorem były najlepsze, z anchois było ciekawie, niestety sama oliwka, podobnie jak anchois - to bardzo słone dodatki i w połączeniu były nawet nieco zbyt słone. Koniecznie wypróbujcie taką przekąskę, na zdjęciach widać piękne dekoracje potrawy przygotowane przez moją siostrę. To duże muszle suchego makaronu pokryte złotym sprayem oraz pęczki rozmarynu.

PS. po przepisy z "włoskim sercem" radzę zajrzeć na świetnego bloga Italia od kuchni. Pozdrawiam autorkę :)








piątek, 1 kwietnia 2011

Robię sobie jaja...

Bez jaj!
On sobie z ciebie robi jaja!
Ale jaja!

Pomiędzy wczesną podstawówką a późnym liceum, pewnie z resztą też na studiach - cała młodzież jaką poznałam wykorzystywała hasło "jaja" na okrągło! Pojawiały się w różnym kontekście - przeważnie chodziło o dowcipy, żarty, wygłupy. Jestem typem łatwowiernej blondynki - wspaniały model, by mnie "wkręcać" w jakieś dowcipy i zaaranżowane żarty. Dziwę się, ze nikt z przyjaciół nie zgłosił mnie nigdy do jakiegoś programu typu "Mamy cię!" :) słynę z tego, że uwierzyłam w nawet najbardziej naciągane historie i opowieści. Znam to jedynie z filmów, ale mina "wkręcanego", gdy słyszy:
- Nie no, co ty, żartowałem. A ty na prawdę uwierzyłaś?!!!!!!!!!

bezcenne.

Dziś pierwszy kwietnia, więc i ja robię sobie jaja!!! :)

Mój mąż zaczął pierwszy, zadzwonił przed chwilą z pracy:

- Kocham Cię!
- Ja też...
- Prima aprilis :)))

Cały ranek teraz obmyślam zemstę, planuję też jakie dowcipy zrobić pozostałej rodzince.

Ale robię sobie jaja także w znaczeniu dosłownym: do Świąt Wielkiej Nocy pozostały jeszcze ponad trzy tygodnie, ale można już zacząć przypominać sobie i testować co poniektóre przepisy z jajkami w roli głównej. Dziś u mnie przepis z "Kuchni Polskiej" Danuty i Henryka Dębskich na jajka faszerowane popularne. Robię dwie wersje: ze szczypiorkiem oraz z natką pietruszki. To taka klasyczna przystawka - tak bardzo kojarzy mi się nie tylko ze świętami, ale również z jakimiś rodzinnymi uroczystościami, imieninami babci, czy jakimś podobnym wydarzeniem. Ostatnio nawet zastanawialiśmy się z Kacprem, czy trochę nie jest tak, że od dawna królują w naszym domu jakieś dania i przystawki z różnych stron świata - więc teraz klasyczna sałatka jarzynowa i jajeczka faszerowane to niemal egzotyka na talerzu :)))

JAJKA FASZEROWANE POPULARNE

podaję składniki na 15 jajek, czyli 30 połówek
  • 15 jajek
  • ok.200g cebuli zwykłej
  • 1 kajzerka
  • sól, pieprz
  • 100g masła
  • pół szklanki bułki tartej
  • 2 pęczki szczypiorku
  • 2 pęczki natki pietruszki
Jajka trzeba ugotować na twardo i ja zawsze robię to dzień wcześniej, gdy ostygną wstawiam do lodówki i nie martwię się nimi aż do następnego dnia. W dniu faszerowania delikatnie kroimy (Kacper to mistrz) jajka na połówki i tu trzeba sobie wypracować jakąś dowolną (skuteczną technikę) - ja piłuję nożem ząbkowanym (do pieczywa), a Kacper lubi sobie sieknąć tak mocno, że od razu wychodzą dwie równiusieńkie połówki! :) wnętrze jajka przerzucam do malaksera, siekam i rozdzielam sprawiedliwie do dwóch misek - jedna będzie do farszu ze szczypiorkiem, a druga z natką pietruszki. Jeśli wolicie zrobić tylko ze szczypiorkiem lub tylko z natką - kupcie 4 pęczki wybranego dodatku i od razu szykujcie tylko jeden farsz. Oba są doskonałe.

Do jednej miski wrzucam natkę, do drugiej szczypiorek. Cebulę drobno siekami duszę na maśle (1 łyżka masla wystarczy) - przepisy Dębskich mają to do siebie, że nie można o nich rzec, że są chude, lekkie i niskokaloryczne! Kajzerkę namaczam w gorącej wodzie z dodatkiem naturalnego bulionu w proszku, ale wystarczy tylko woda. Bułkę dzielę na dwie części, cabulę tak samo - rozdzielam do miseczek z natką i szczypiorkiem. Każdy farsz przyprawiam jeszcze solą i pieprzem - obficie! Następnie nakładam od wydrążonych skorupek farsz i odstawiam do lodówki (u mnie to kolejna noc w lodówce). Tuż przed podaniem "maczam" połówki w bułce tartej i układam bułką tartą do dołu na patelni z rozpuszczonym masłem (tu trzeba dać trochę więcej masła). Podsmażam aż jajka będą gorące a bułka wspaniale zrumieniona i chrupiąca. Ale jaja!!!











Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...