Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makarony/sosy/pasty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makarony/sosy/pasty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2011

KURKI, SZAŁWIA, MASCARPONE I CHRUPIĄCY BOCZEK!!! PASTA IDEALNA...

Zaczął się sezon na jedyne grzyby (oprócz pieczarek), które jadam... Tak, tak - nie przepadam za grzybami, chyba, że jest to doskonały krem z borowików. Ale dziś mowa o kurkach. Te małe grzybki są cudowne po prostu! Pokażę Wam zatem potrawę, którą "zasiała" w naszej rodzinie moja mama. Danie jest ciężkie, ale w takie zimne, mokre lato - wspaniałe. Kurki można kupić, oczyścić i osuszyć i zamrozić - wtedy ten przepis można "odkurzyć" nawet w środku zimy i delektować się jego wspaniałym smakiem. Drogie singielki, jeśli zamierzacie zaprosić nowo poznanego, obiecującego mężczyznę na domową kolację i pragniecie go oczarować poezją smaków, wszystkim co faceci mogą lubić w jednej potrawie i totalnie nad nim zapanować - przez żołądek do serca - to coś dla Was ;)

Jest tu wszystko, co tygryski lubią najbardziej: grzyby, chrupiący boczek, aromatyczna szałwia i delikatny serek mascarpone...

TAGLIATELLE Z KURKAMI, SZAŁWIĄ, BOCZKIEM I MASCARPONE
  • 2 opakowania boczku w plasterkach*
  • 0,5kg świeżych kurek**
  • 500g serka mascarpone
  • pęczek świeżej szałwii (ewentualnie suszonej)
  • ekologiczna kostka rosolowa, najlepiej grzybowa (ewentualnie bulion w proszku bez glutaminianu sodu)
  • sól, pieprz
  • 500g makaronu tagliatelle



* moja mama daje na tę ilość składników jedną paczkę boczku, ale ja podwajam - boczek jest pyszny!** zimą można kupić mrożone kurki, dostępne w niektórych supermarketach

Boczek pokroiłam nożyczkami w małe kwadraciki i podsmażyłam, aby był rumiany i bardzo chrupiący. Wrzuciłam do garnka, dodałam oczyszczone z piasku i osuszone kurki. Mieszałam podgrzewając - kurki muszą oblepić sie tłuszczem z boczku. Dodałam posiekaną szałwię (kilkanaście listków wystarczy). Całość zalałam serkiem mascarpone i mieszałam aż się rozpuścił. Dodałam kostkę rosołową, może się wydawać, że to przesada z tą ekologiczną kostką, generalnie nie mam jakiejś "fazy" na ekologiczną żywność, ale po prostu tradycyjne kostki rosołowe to straszne świństwo, a bulion w proszku bez glutaminianu sodu kosztuje 8 pln i nie ma w składzie żadnych zbędnych substancji, poza sproszkowanymi warzywami i przyprawami. Wracając do sosu - doprawiłam jeszcze solą i pieprzem i ciągle mieszając podgrzewałam aż zgęstniał i nabrał grzybowego aromatu. Ugotowalam makaron i nakladałam na talerze polewając obficie tym pysznym sosem. To jedno z niewielu dań z makaronem, którego nie posypuje się parmezanem ani innym serkiem. Jest po prostu doskonale dokladnie w takim "skladzie". Polecam, naprawdę warto!











wtorek, 28 czerwca 2011

SKRZYNIA SKARBÓW, czyli prawdziwie męska strefa

Faceci to niemożliwi gadżeciarze, akurat taką pasję (kolekcjonowania) jestem w stanie zrozumieć aż za dobrze...
Od kilkunastu dni obserwuję męża i szwagra podczas pracy przy remoncie i urządzaniu od nowa działki. Pobłażliwie się uśmiecham, gdy widzę jak porównują skrzynki z narzędziami, wymieniają się wkrętarką ("Ja nigdy nie kupiłem wkrętarki, Gośka mi nie pozwoliła"), na czas skręcają ramy łóżek, kombinują i majsterkują...
To jest coś zupełnie innego niż kolekcjonowanie ciuchów przez kobiety. Miłość do konkretnej sukienki czy pary butów nigdy nie jest tak trwała i tak doskonała, jak miłość mężczyzny do jego gadżetów do majsterkowania. Ta skrzynka z narzędziami, to jest kwintesencja męskości, symbol władzy w domostwie, niczym skrzynka z guzikiem do odpalania rakiet, którą, podobno, zawsze ma w Air Force One prezydent Stanów Zjednoczonych. Kobieta, nawet gdy wie, jak posługiwać się poszczególnymi narzędziami, nigdy nie dozna tych emocji, które odczuwa facet odkładając swoje klucze francuskie, imbusy, wkrętarki, śrubokręty, kątowniki, mierniki i inne cudeńka na właściwe miejsca w skrzyneczce. Wzajemna zazdrość - tu też skala jest inna. Można nie mieć spoilerów, czy turbiny w samochodzie, ale nie mieć wiertarki?! Trudno o większy obciach! No a sama praca z narzędziami? Żadna inna czynność domowa (bo skręcanie i naprawianie to przecież obowiązki domowe!) nie będzie nigdy wykonana z takim zapałem - tu kobiety nie dorównają mężczyznom... Mężczyzn podobno można godzinami błagać o prasowanie, mycie naczyń, odkurzanie, czy inne sprawy, ale gdy w grę wchodzi użycie młotka i wiertary, to aż kapcie im się palą! W tej dziedzinie chyba nigdy nie będzie równouprawnienia :)
Pozostaje mi tylko zamówić mężowi na urodziny zestaw końcówek "Bit kit" wkrętaki czy jakieś inne bajeranckie i niezbędne uzupełnienie zestawu do Multi Tool'a firmy Leatherman, który był bohaterem na blogu parę miesięcy temu...

 
MUSZLE MAKARONOWE ZAPIEKANE Z GRILLOWANĄ PAPRYKĄ I SEREM HALLOUMI
  • opakowanie muszli makaronowych
  • 2 czerwone papryki
  • puszka pomidorów
  • pół cukinii
  • 3-4 ząbki czosnku
  • kilka łyżek oliwy
  • 125g mozzarelli
  • garść czarnych oliwek
  • kilka suszonych pomidorów
  • pół cebuli (najlepiej czerwonej)
  • liście bazylii
  • igły rozmarynu
  • 2 łyżeczki suszonego oregano
  • kilka plastrów sera halloumi (opcjonalnie)

Czosnek i cebulkę podsmażyłam na oliwie, dodałam pomidory w puszce i obraną, posiekaną w kostkę cukinię, przekrojone na pół oliwki i posiekane suszone pomidory. Doprawiłam solą i pieprzem, dodałam połowę ziół. Paprykę pokroiłam w kostkę, skropiłam oliwą i wstawiłam do piekarnika pod grzanie górne - opcja grill. Ugotowałam makaron (odjęłam 3 minuty od czasu gotowania - potem jeszcze zapiekamy, więc makaron nie może być zbyt miękki). Gdy papryka była gotowa, naładowałam nią muszle makaronowe, całość zalałam sosem, ostrożnie wymieszałam i posypałam z wierzchu świeżymi ziołami i pokrojonym w kostkę serem mozzarella. Wstawiłam do piekarnika na jakieś 20 minut (200C) - pilnujcie, żeby się nie przypaliło. Na patelni usmażyłam plastry sera halloumi. gdy zapiekanka była gotowa nakładałam porcje na talerz i na wierzchu kładłam plastry halloumi. Można sobie darować zarówno halloumi jak i mozzarellę, a zamiast tego po zapiekaniu dodać pokruszoną fetę.








piątek, 8 kwietnia 2011

OBNIŻANIE STANDARDÓW...

Kiedyś nie do pomyślenia było dla mnie wstać rano, nie umyć i nie ułożyć włosów i wyjść z domu... kiedyś nie pozwoliłabym sobie na wyjście bez minimalnego, podkreślającego makijażu. Kiedyś raz na jakiś czas czyściłam fugi między kafelkami szczoteczką do zębów roztworem z octu i sody!!! Nie miałam góóóóóóry prasowania, prania, przeraźliwie zapuszczonego mieszkania, nie malowanych od stuleci paznokci i wielu innych "zaległości" - oczywiście niedopuszczalnych parę lat temu.

Obniżanie standardów zaczęło się prawie 5 lat temu - wraz z zakupem naszego golden retrievera - Molo. Oj tak, mój psiak kocha błotko, trawkę, kałuże i piach. On po prostu cierpi, gdy jest czysty. Moja podłoga bezlitośnie odczuła, że zamieszkało z nami nowe żywe stworzenie. Siłą rzeczy - nowy obowiązek w postaci psa, wymusił mniejszą dbałość o mieszkanie. Niemal dwa lata później urodziła się Melcia. Karmienie, przewijanie, spacery i zabawa + drugie studia = mniej czasu, większy syf w domu, ale też znieczulenie na te nowe "aspekty" życia domowego. Rok temu urodził się Wojtunio i obniżanie standardów nadal trwa. Jeszcze niedawno, gdy Mela spała, a Wojtuś siedział grzecznie w bujaczku, mogłam w ramach relaksu przerobić trochę prasowania, a synek patrzył na to z zachwytem. Niestety od wielu tygodni nie ma już nawet takiej opcji. Uschło kilka dodatkowych kwiatków, a pies dożył pierwszego w swoim życiu roku bez kąpieli!!! Wraz z nadejściem wiosny, gdy nieco bardziej intensywne promienie zaczęły docierać do naszych wnętrz - przecieraliśmy oczy ze zdumienia - czy to rzeczywiście nasza chałupa??!! Ile tu gratów, ile kłaków, ile brudnych plam na ścianach (i tajemniczych rysunków, namalowanych przez Sam Wiesz Kogo).

Dodatkowo całą zimę, byle tylko jak najszybciej wyjść z domu z marudzącymi dziećmi - nakładałam płaszcz puchowy na jakąś tunikę i legginsy, wciskałam czapkę na totalny chaos fryzurowy i maszerowałam z wózkiem schowana za szalikiem rundki po dzielnicy. Refleksja nadeszła, gdy spotkałam koleżankę, a ona zaproponowała:

- O! A może wejdziemy tu i siądziemy na jakąś kawkę?

Perspektywa zdjęcia płaszcza i czapki w zaistniałej sytuacji była przerażająca i bolesna. Na ratunek przyszedł mi Wojtuś, bo zaczął przeraźliwie płakać i musiałam się ewakuować.

Teraz mój Wiosenny Plan Podnoszenia Standardów to, choćby kosztem snu i jedzenia - mieć wspaniale prezentujące się włosy, paznokcie i mieszkanie. No i czystego "wyczesanego" psa do kompletu :)

KOKARDKI Z KURCZAKIEM, FASOLKĄ I MASCARPONE

czas przygotowania i gotowania - ok.25 min
  • jedna (podwójna) pierś kury
  • paczka mrożonej fasolki szparagowej
  • paczka serka mascarpone (250g)
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • kilka gałązek świeżego rozmarynu
  • sól, pieprz
  • pół średniej cebulki
  • 2 ząbki czosnku
  • łyżeczka oliwy
  • łyżeczka naturalnego bulionu w proszku
  • paczka makaronu "kokardki"

Cebulka i czosnek - posiekane - trafiają na patelnię, do zeszklenia. Wrzucam do nich rozmaryn i tymianek pocięty nożyczkami. Następnie pokrojoną w kostkę pierś kury i podsmażam, aż będzie lekko zrumieniona. Dodaję serek mascarpone, sól, pieprz, bulion w proszku i na sam koniec fasolkę szparagową. Chyba najdłuższy etap ze wszystkiego to gotowanie makaronu :) Gotowe! Przepis dołączam do akcji "Ekspresowo w kuchni" na Durszlaku.
Szczegóły akcji - tutaj.









Oto mój wielce nieszczęśliwy golden - Molo - w czasie kąpieli... 




poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Chłopiec Demolka i El Myszofico

Słodki ciężar dwójki dzieci odczuwam ostatnio jakoś mocniej :) bo niby były w zeszłym roku jakieś wyjątkowo trudne trzy miesiące, ale jesienią wszystko się ustabilizowało, dograło i zorganizowało w naszym domku i było na prawdę świetnie. Ale teraz... mój mały eksplorer raczkuje po całym mieszkaniu, zagląda wszędzie, wszystkiego się chwyta, otwiera przy tym szuflady, grzebie w misce z psią karmą, przewraca (na siebie!) krzesła, a przy tym wszystkim jest niestrudzony jak najlepszy traper! Wojtasek narzucił sobie surową dyscyplinę, wstaje przed 6 rano, odbywa poranny trening wierzgania i pokrzykiwania w łóżeczku a następnie przywoławszy rodziców zostaje uwolniony zza szczebelków i rozpoczyna obchód swoich włości. Nieopatrznie pozostawiona gazeta, książka lub kubek - ups... niszczyciel ma trudny do przewidzenia zasięg rażenia!!! Wśród zniszczonych przedmiotów znalazło się już sporo gadżetów, książek, książeczka Meli, przegryzione balony, rolety okienne (cudowny jest do gryzienia ten sznureczek z koralikami), dwa kubki, poobijane "garnuszki" z Meli kompletu do gotowania i wiele wiele innych - mój chłopczyk demolka się ostatnio rozkręcił, nie ma co! Oprócz tego lubi podpełznąć do naszego psa i z ogromnym skupieniem i uwagą wyciągać małymi łapkami garści pełne sierści. Molo leży i nic sobie z tego nie robi, ale jego oczy mówią: "Człowieku niezłą masz jazdę! Dobrze się czujesz?".

Pół godzinki później wstaje moja dziewczynka, która jest  niezwykle przytulaśna i od razu przychodzi do mnie na kanapę, gdzie jednym okiem jeszcze kimam, a drugim zerkam na demolkę. Mela domaga się włączenia Tom i Jerry, jednak codziennie z tą samą cierpliwością tłumaczę, że ta bajka jest nadawana o konkretnej porze i nic nie zrobię, że nie mogę tego przyspieszyć. Pokazałam jej, że Tom i Jerry jest wtedy, gdy cyfry zegara na dekoderze pokazują 09 i 55. Niestety od tej 6:30 rano czas jej się strasznie dłuży i wielokrotnie podchodzi do tego nieszczęsnego dekodera i pokazuje "Mamuniu zobacz!!! Jest już pięć!". Nauczyła przy tym Wojtusia obsługi dekodera, to znaczy niekontrolowanej zmiany kanału lub zupełnego odłączenia. Tak, słyszałam o tym, że młodsze rodzeństwo korzysta i uczy się od starszego... Dodatkowo moje rodzeństwo nieźle współpracuje. Na jeden okrzyk Wojtusia niezadowolonego z powodu uwięzienia w kojcu - zjawia się wierny muszkieter, który odpina suwak w bocznej ściance kojca i uwalnia więźnia!

Mela jest bardzo rezolutnym stworzonkiem i ostatnio łapiemy się na tym jak łatwo dajemy się nabrać jej zawiłej argumentacji - dziewczynka przypomina nam, w których sytuacjach wolno dostać czekoladkę i jak tele marketer opisuje jakąś sytuację, po czym zadaje kluczowe pytanie: "No to dlaczego nie może teraz Mela zjeść czekoladki" - a my w świetle przedstawionych argumentów widzimy jasno, że nie ma takiego powodu. Czujemy się zupełnie jak Tom i jakiś inny rudy kot z jej ulubionej kreskówki, którym Jerry przed nosem kradnie jedzenie i knuje jakąś intrygę, w którą tak łatwo dali się wciągnąć. Rudy kot z rezygnacją mówi:

- Jeszcze nikt nigdy nie wygrał z El Myszofico!

Moja słodka El Myszofico właśnie staje się na naszych oczach nie do pokonania na argumenty!!!

TAGLIATELLE Z ŁOSOSIEM I SZPINAKIEM
  • paczka mrożonego szpinaku
  • ząbek czosnku
  • 2 łyżki serka ricotta
  • kilka suszonych pomidorów
  • ścinki łososia surowego lub kilka plastrów wędzonego
  • pół łyżeczki zmielonej gałki muszkatołowej
  • pół łyżeczki słodkiej papryki
  • sól, pieprz, oliwa
  • łyżeczka naturalnego bulionu w proszku
  • 3 łyżki parmezanu
  • 4 gniazda makaronu tagliatelle
  • garść orzeszków pini (niekoniecznie, mogą być też inne orzechy lub danie podać wogóle bez orzechów)
Niedawno u przyjaciół jadłam bardzo smaczną pastę. Oczywiście od razu spytałam o przepis. W oryginale jest łosoś wędzony, ja użyłam świeżego, bo teść przywiózł mi kilogram prosto z nad morza! Na patelni podsmażyłam posiekany ząbek czosnku, dodałam mrożony szpinak, gdy się rozpuścił dodałam ricottę. Posiekałam suszone pomidory, dodałam do sosu, wrzuciłam też ścinki lososia. Gdy się ugotował w sosie dodałam przyprawy i parmezan. Całość wymieszałam, dodałam ugotowany makaron - gdy się połączył z sosem to jeszcze uprażyłam na suchej patelni troszkę orzeszków pini (prezent od mamy) i posypałam już na talerzu. Jak widzicie spora część rodziny "sponsoruje" moje gotowanie :) a pasta szpinakowo-łososiowa - pycha, dodaję do ulubionych! Dzięki Madziu :)





Mama! Ja nic nie psuję!

Nikt nie patrzy - do dzieła!


El Myszofico i Demolka... o tyle dobrze, że się razem grzecznie bawią. Zamknięci w łóżeczku oczywiście :)


sobota, 19 lutego 2011

COŚ OSOBISTEGO!!!

Niedawno, zupełnie przypadkiem odkryłam, że nie mam swojej szczoteczki do zębów! To znaczy mam, ale jednocześnie nie mam w tym sensie, że nie jest... tylko moja!!! Unikając oklepanego podziału, że to co damskie ma być różowe, a to co męskie - niebieskie lub granatowe, kupiłam dla siebie szczoteczkę granatową, a dla męża jaskrawo zieloną. Dziś rano wchodzę do łazienki, a tam Kacper w wannie, polewa się prysznicem, pieni się tym swoim męskim żelem i w ustach trzyma przygryzioną moją szczoteczkę!!!

- Jak długo to trwa?!!! - wrzasnęłam, co najmniej takim tonem, jakbym go pytała o świeżo odkryty romans!
- Co takiego?! - trochę się wydygał :)
- Używasz mojej szczoteczki!!!
- Nie kochanie, ta jest moja! Twoja jest zielona!
- Tak?!!!
- yyy... tak.

Nie myślcie sobie, że się brzydzę, że mam coś przeciwko - nic z tych rzeczy! Przywykłam już do sytuacji, w których ledwo przyjeżdżamy na miejsce wypoczynku, a okazuje się, że Kacper tradycyjnie zapomniał szczoteczki i przez cały pobyt używamy tylko mojej. Tu chodzi po prostu o zasady! Moja szczoteczka jest zawsze taka ...zadbana, a jego wygryziona, z witkami sterczącymi na wszystkie strony! Po prostu chcę mieć w tym domu coś wyłącznie swojego - a nawet taka drobnostka jak szczoteczka, no cóż... okazuje się, że to niemożliwe. Nie mam:
- swojego łóżka, prawie co noc ląduje w nim co najmniej jedno dziecko, a w dzień Mela podczas zabawy z psem rozkopuje precyzyjnie pościeloną narzutę,
- swojej szczotki do włosów, ciągle zabiera ją do zabawy Mela, parę tygodni temu upuściła ją na podłogę i odpadł trzon i tak "okaleczoną" przyniósł mi ją w pysku mój pies...
- swojego komputera - wieczna walka o laptopa, kiedy dzieci śpią przybiera na sile i zagraża zgodności naszego małżeństwa!
- swoich skarpetek - mam, ale w szale chowania wszystkiego "na miejsce" Kacper ciągle kosi moją bieliznę do swojej szuflady, gdzie przepada na długie tygodnie!
- swoich posiłkóww w lodówce: dzwonię ze sklepu:
- Kochanie chcesz, żeby ci kupić serki waniliowe?
- Nie dziękuję.
- Na pewno? bo sobie kupuję.
- Niee, mi nie kupuj.
Oczywiście gdy następnego dnia zaglądam do lodówki nie ma co najmniej jednego!

Pod swoją poduszką nieustannie znajduję dziecięce zabawki, piszczałki, smoczki i inne cudeńka. Z mojej książki "ktoś" notorycznie wyjmuje kolorową zakładkę. Moje tygodniki "ktoś" ciągle rwie na strzępy i gniecie najciekawsze strony.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaaaaaaaaaaa!!!!
Chcę mieć coś tylko swojego, własnego!!!!!!!!!!!!!!

Masz sobie swojego bloga. Tam ci nikt nic nie rusza.
aaa? Co racja to racja!

MUSZELKI Z SOSEM ŚMIETANOWO-MIĘTOWYM Z GROSZKIEM

Oto kolejny rewelacyjny  przepis Jamiego - myślałam, że jeśli chodzi o makarony to nic już mnie nie zaskoczy, a jednak! To danie pochodzi z dodatku kulinarnego do Gazety Wyborczej, dodawali dania Jamiego jakoś jesienią.

  • 10 plastrów boczku wędzonego
  • 300g groszku *
  • małe opakowanie kwaśnej śmietany do zup
  • sok z 1 cytryny
  • mięta **
  • garść parmezanu
  • paczka makaronu muszelki
  • kawałek masła
  • oliwa, sól, pieprz
* groszek miał być mrożony, ale takiego nie miałam, więc użyłam z puszki - było świetnie
** już się domyślacie, że mięta też miała być świeża? no tak, ale też nie miałam, więc rozcięłam saszetkę herbatki ziołowej "Liść mięty" i wsypałam do dania pół saszetki - wyszło doskonale

Boczek pocięłam nożyczkami na małe kawałki i podsmażyłam na patelni na oliwie z dodatkiem masła. Dodałam groszek, następnie śmietanę i miętę. Doprawiłam solą i pieprzem. W międzyczasie ugotowałam makaron i gdy był gotowy dodałam kilka łyżek gotującej się wody z makaronu - do sosu. Potem odcedziłam makaron, wsypałam do sosu, dodałam sok z cytryny i parmezan i dokładnie wymieszałam. Zakochaliśmy się w tym daniu bez pamięci! Następnego dnia poczłapałam do sklepu po mrożony groszek i świeżą miętę i w przyszłym tygodniu zrobię to danie jeszcze raz, jak "Jamie przykazał" :) oto nasz makaron:







poniedziałek, 31 stycznia 2011

Rodzina w kawiarni i ekologia

Ostatnio pozwiedzałam trochę miejsc, do których można zabrać dzieci i nie czuć wstydu z powodu tego, że hałasują, brudzą, bawią się, rozlewają picie, rozsypują jedzenie i są po prostu dziećmi. Ogromna ulga - że są takie miejsca. Ale zaraz potem ogromne rozczarowanie - natknęłam się bowiem na kolejną kategorię rodziców. W kilku postach (tu, tu i tu) pisałam już o rozmaitym "nawiedzeniu", to jednak było co innego. To było dążenie do doskonałości dziecka lub wypieranie się tego, że po urodzeniu dzieci jest taki moment, kiedy można wyluzować, nie być doskonałym i cieszyć się każdym dniem - niewielu ludzi to potrafi i docenia. Wielu, którzy dopiero co zwolnili w wyścigu szczurów - tym zawodowym, przenosi ten zapał bycia najlepszym na wychowanie własnych dzieci. Ale dziś o kawiarni. Wchodzę i widzę lansiarskie wnętrze oraz lansiarskich rodziców z laptopami i Iphonami, Ipodami, Ipadami, którzy rozsiedli się w fotelach, nie zaszczycają spojrzeniem nie tylko swoich partnerów, nawet swoich dzieci!!! Przyszli tu jakby za karę, zapłacili za zajęcia edukacyjne swoich dzieci, by przykryć wyrzuty sumienia, że sobotniego poranka nie spędzają z dzieckiem RAZEM w domu, robiąc coś fajnego. Przecież dla dziecka wycinanki, wylepianki czy jakieś tam inne atrakcje z animatorką to super sprawa. A oni mają czas na swoje Ipad-zajęcia. Plus dziecko dostało "zdrową" przekąskę: na stoliku, przy którym siedziały dzieci biorące udział w zajęciach stało kilka kubeczków z UWAGA krojoną w słupek surową marchewką, pociętymi łodygami selera naciowego, wszystko udekorowane listkami sałaty... A gdzie jakieś bajeranckie muffinki? gdzie zdrowe domowe ciacha (już niech będą nawet z tej całej ekologicznej mąki orkiszowej czy tam pełnoziarnistej Montignaca!). Gdzie włączenie rodzica w zabawę razem z dzieckiem? Rodzice siedzą sobie oddzieleni we własnej części kawiarni!

Z dodatkowych obserwacji wniknęło coś jeszcze. Ten typ rodziców przykłada dużą uwagę do tzw. eko-wychowania dziecka. Wśród przyniesionych akcesoriów dominują zabawki materiałowe i drewniane, bo przecież wszystkie plastikowe trzeba potępiać. Zgadzam się, zalewa nas fala plastików, chętnie bym kupowała niemal wyłącznie zabawki drewniane lub materiałowe, szkoda tylko, że ich ceny są, powiedzmy niezbyt konkurencyjne wobec plastikowych. Aktywne wspieranie zabawek ekologicznych zmierza w złym kierunku. Snobskie marki takie jak Haba czy Moulin Roty dodają prestiżu! Krew mnie zalała, jak w którymś z kobiecych czasopism wypowiadała się Anna Dereszowska, z zachwytem opowiadając, jak to swojej córeczce na święta kupiła laleczkę do wyszywania Moulin Roty, zestaw do szycia tejże firmy i coś tam jeszcze chyba firmy Haba. Było coś jeszcze o ogromnej szkodzie jaką naszej kuli ziemskiej wyrządzają zabawki plastikowe... Dbanie o ekologię za wszelką cenę - tu razi dosłowność tej wszelkiej ceny, bo nie widziałam zabawki Haba tańszej niż kilkadzesiąt złotych, a to był chyba gryzak..

Dodam, że są producenci zabawek drewnianych, niedrogich i świetnej jakości - moja Mela ma śliczne zestawy materiałowych warzyw, owoców, kanapeczek i ciastek z Ikei - to po prostu cudeńka, a zabawa jest wspaniała.



 


Dziś proponuję znowu lasagne, ale tym razem inną:

LASAGNE Z RICOTTĄ I SZPINAKIEM

  • paczka mrożonego szpinaku
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki serka kremowego (philadelphia, turek lub piątnica)
  • łyżka oliwy
  • paczka serka ricotta
  • sól, pieprz
  • płaty makaronowe do lasagne (nieco ponad pół paczki)
  • kilka garści startego sera, ja użyłam parmezanu, może być dowolny ser żółty do zapiekania
Na sos beszamelowy:
  • łyżka mąki
  • 2 łyżki masła
  • szklanka tłustego mleka
Potrzebny będzie sos beszamelowy, wykonany z tego przepisu. Po zrobieniu sosu odstawiam go na bok, do czasu, gdy będzie potrzebny. Czosnek kroję drobno w plasterki i podsmażam na oliwie, dodaję szpinak i serek kremowy, po czym trochę odparowuję, doprawiam solą i pieprzem, dodaję ricottę. Płaty lasagne smaruję wodą z olejem i układam pierwszą warstwę w naczyniu żaroodpornym. Nakładam sos beszamelowy, następnie pierwszą porcję szpinaku (założyłam, że wyjdą mi trzy piętra lasagne, więc od razu podzieliłam masę szpinakową na mniej więcej równe trzy części). Na szpinaku ułożyłam kolejne płaty makaronowe, znów beszamel i znów masa szpinakowa. Na samym wierzchu dodałam ser żółty o wstawiłam do piekarnika na 35-40 minut (pierwsze 20 minut piekłam pod przykryciem z folii aluminiowej, potem bez). Gotowe!







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...