Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciasteczka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2012

5 kroplówek temu... Makaroniki bazyliowo-cytrynowe.


Wtorek, godzina 18:40. Jestem bardzo osłabiona, ale samodzielnie siadam na krześle z kółkami i pozwalam się wieźć dwóm ratownikom. Mąż mnie goni, daje mi do ręki torebkę. Trzymam w ręce telefon komórkowy i proszę go: włóż do kieszeni torby. Mój mąż otwiera torbę możliwie najszerzej i ruchem głowy wskazuje, żebym sama wrzuciła go tam, gdzie ma być.

- Prawdziwy facet! - mówi ratownik i kiwa z uznaniem głową.
- Słucham? - pytam słabo.
- Prawdziwy facet nigdy nie włoży TAM ręki - mówiąc "tam" ratownik wskazuje dramatycznym gestem dłoni moją torebkę - do damskiej torebki - tłumaczy.
- Gdyby pan wiedział ile razy muszę TO trzymać - mój mąż doskonale udaje skargę w głosie i uśmiecha się, żeby rozładować sytuację.
- Mam na to świetny patent - odpowiada ratownik. - Kiedy żona mnie prosi, żebym potrzymał jej torebkę, wyjmuję z kieszeni worek foliowy i szczelnie zawijam!

Uśmiecham się z grzeczności. Widzę, że wyjechaliśmy już z przychodni i że na zewnątrz jest już zupełnie ciemno. Żegnam się z mężem, a panowie ratownicy mocują moje siedzisko we wnętrzu karetki. Suwane drzwi zamykają się, ratownik patrzy mi w oczy, następnie w kartę.

- No dobra, kogo wieziemy? Pani Głowacka. Aha.
Wzdycha. Jeszcze raz patrzy mi w oczy i zachęca:

- Pani Głowacka, pani opowie jak to się stało, że się pani tak odwodniła, co? Słucham.
- Nie uwierzy pan - odpowiadam ze słabym cieniem kokieterii w głosie. Uśmiecham się z zakłopotaniem.
- No już, słońce, ja uwierzę we wszystko - ratownik nie daje za wygraną.
- To nie tak jak pan sobie myśli - zaczynam się tłumaczyć. - Mam grypę żołądkową...

5 kroplówek, lekarstwa, herbata - za wszystko można zapłacić kartą. Rozczarować ratownika, który myślał, że wiezie jakąś ostrą imprezowiczkę, odwodnioną po 72 godzinach balowania, który liczył, że wysłucha pasjonującej opowieści o niekończącej się zabawie, sex, drugs, rock&roll - spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: to grypa żołądkowa - bezcenne!!!
c.d.n.

*******



Wiele dni temu (w dzień kobiet) upiekłam przepyszne makaroniki. To moje trzecie podejście a zarazem pierwsze w pełni udane. Poprzednie makaroniki, które piekłam razem z Anną Marią, możecie zobaczyć tu. Ściśle trzymałam się reguł, które Anna Maria spisała tu. Nie wiem czy to kwestia mojego charakteru, pośpiechu lub jeszcze jakiegoś innego czynnika, ale makaroniki wyszły najlepsze, kiedy skorzystałam z nie sezonowanych białek, niemal wszystkie składniki wymieszałam w malakserze, nie stosowałam się do całej finezyjnej procedury. A może to po prostu odrobina szczęścia....

Tym razem sukces makaroników to nie tylko udany kształt samych ciasteczek (wyrośnięte, równe i z "falbanką". Przygotowałam fantastyczne nadzienie do przełożenia makaroników, z bazylią, ale na słodko. Do nadzienia dodałam kilka łyżeczek likieru z bazylii, który robiłam pod koniec lata - przepis tu.



MAKARONIKI BAZYLIOWO-CYTRYNOWE
  • 110 g cukru pudru
  • 60g migdałów blanszowanych
  • 60g białek (ok.2 jajka)
  • 40g cukru kryształu

Do masy makaronikowej dodałam też trochę soku powstałego po utłuczeniu liści bazylii w moździerzu, jednak nie zmienił on w widoczny sposób koloru ciasteczek.



Migdały mieliłam w blenderze razem z cukrem pudrem na drobny proszek. Po zmieleniu dwukrotnie przesiałam, aby upewnić się, że nie zostały żadne grudki. Białka ubiłam na sztywno mikserem, pod koniec ubijania dodałam cukier. Do ubitych białek przełożyłam sproszkowane migdały z cukrem pudrem i dokładnie wymieszałam. Radzę przejrzeć cytowany powyżej wpis Anny Marii zawierający dokładne wskazówki, dzięki którym łatwo rozpoznać, czy masa jest już gotowa.
Gotową masę przełożyłam do rękawa cukierniczego. Blachę wyłożyłam papierem do pieczenia, na którym odrysowałam idealne kółka (można wydrukować matrycę - również w cytowanym wpisie A-M) lub przerysować kółka za pomocą nakrętki od wody lub jakiegoś innego przedmiotu (kółka mogą mieć ok 2,5cm średnicy). Masę wyciskałam z rękawa na przygotowane wzory kółek - trzeba bardzo się starać, żeby kółka wychodziły symetryczne - to jest klucz do sukcesu!! Nierównomiernie nałożona masa krzywo wyrasta, kapelusze makaroników wówczas pękają i są brzydkie.

Wyciśnięte kółeczka powinny obsychać przez pół godziny na blaszce. Z podanej ilości masy wychodzi około 60 kółeczek (czyli po sklejeniu 30 gotowych makaroników), trzeba przygotować 2 blachy.

Po obsuszeniu makaroniki wstawiłam do piekarnika na 8-10 minut (170C).

Po wyjęciu z piekarnika makaroniki przełożyłam do naczynia i zostawiłam na noc bez przykrycia. Nadzienie można nakładać po kilkunastu godzinach.

Krem bazyliowy z mascarpone:

opakowanie (250g) serka mascarpone
pół pęczka (same liście) bazylii
skorka z polowy cytryny + 2 łyżeczki soku (lub więcej jeśli lubisz)
2-3 łyżki cukru pudru (według uznania, ja nie chciałam zbyt słodkiego kremu)
opcjonalnie: 2 łyżki likieru z bazylii (może być też limoncello)

W moździerzu roztłukłam liście bazylii z odrobiną soku z cytryny na płynną, jednolitą papkę. Wymieszałam z serkiem mascarpone, dodałam skórkę cytrynową, likier i cukier. Wymieszałam dokładnie, można znów doprawić większą ilością soku lub cukru. Gotową masę nakładałam na jedno ciasteczko (łyżeczką), z wierzchu przyklejałam drugie - gotowe!

P.S. Jeśli za pierwszym razem wyjdzie ci coś takiego:


... nie przejmuj się i próbuj ponownie!!!



Nadzienie bazyliowe - mocno zielone nie wyszło, ale dokładam się do ...

"Zielono mi" !!!, które po raz kolejny się odbywa dzięki PinkCake - dziękujemy :)

Zieloni mi, zielone jedzenie, zielono w kuchni

niedziela, 5 lutego 2012

Kim jestem? Update. Makaroniki z Anną-Marią!

Dziś makaroniki! W mojej kuchni, a także u Anny-Marii, w Kucharni...
ale najpierw pewien wstęp:
Co jakiś czas każdy musi stawić czoło dziwnemu pytaniu, na które nigdy, ale to nigdy nie da się odpowiedzieć jednym słowem.

Kim jestem?

Cofam się do pierwszego posta, który wpisałam na blogu i czytam kilkanaście zdań opisu wszystkich ról, które odgrywam. Próbuję zaktualizować informacje. Dalej jestem mamą, żoną, siostrą, córką, wnuczką... Dalej jestem antyfanką piłki nożnej... Dalej jestem pulchną blondynką. Doszło kilka ważnych ról, które mnie definiują: jestem blogerką, jestem asystentką, mamą pracującą. Jestem ciocią trzech ślicznych chłopców. Jestem przyjaciółką kilku nowych, cudownych osób. Jestem domową mistrzynią cukiernictwa! Jestem coraz większą gadułą, która powtarza wiele razy to samo! A od niedawna wreszcie czuję się w 100% sobą!



Mam za sobą kilkunastoletni okres poszukiwania siebie, nieustannego porównywania z innymi, wiecznego czucia się odrobinę gorszą. Udawania i wpasowywania się. Braku pewności w wypowiadanych poglądach i bronieniu własnych przekonań. To się już skończyło. Myślę, że wraz z nadejściem TEGO Nowego Roku, chyba po raz pierwszy nie zastanawiałam się nad tym, jak by tu spróbować się zmienić!


Wiąże się z tym wiele lęków i wyzwań... Jak odnajdę się w zawodowej rzeczywistości z moim chaotycznym i niepoukładanym "Ja"? Bywam irytująco bezradna, nieprzewidywalnie humorzasta, nie potrafię się dopasować do oficjalnego do bólu stylu bycia. Ale mimo to, czuję, że dam radę! Bo wprowadzam w życie kilka cudownych i prostych zasad. Kategoryzuję dziedziny życia, na te, na które nie mam wpływu. Jest ich wiele. Uczę się je akceptować, godzić się z nieuchronnością pewnych zmian, a także stałością pewnych wartości. Filtruję, wyłapuję i pracuję nad tym, co mogę zmienić, na co mam realny wpływ. Cierpliwie czekam na wyniki!

Ktoś zupełnie nieświadomie pomógł mi w akceptacji siebie :) oj, taka zapowiedź - brzmi banalnie i łzawo :) ale tak już bywa, że czasem mądrości i prawdy życiowe spadają na nas nieoczekiwanie, zapala się przysłowiowa żarówka nad głową - tak było i w tym wypadku!


Anna-Maria i jej "Kucharnia". Wiele miesięcy temu zachłysnęłam się jej słowami, zdjęciami, przepisami. Porównywałam, bo jak inaczej? Z nielicznych początkowo komentarzy zaczęła się wyłaniać znajomość! Przekonanie, że mimo pozornych ogromnych różnic - wiele nas łączy. Przede wszystkim jestem, Aniu, wdzięczna za kilka Twoich słów, które trafiły do mnie w chwili największej frustracji, zmęczenia, utraty nadziei na znalezienie niszy dla siebie:

"...każdy z nas mówi własnym głosem, choć często wolimy głos innej osoby. Ta odmienność jest potrzebna."
To tak proste, ale jakże prawdziwe!

Sens tych słów trafiał do mnie powoli - przebijał się przez podświadomość do świadomości... Kiedy go pojęłam, poczułam niewyobrażalną ulgę! Teraz różnice między mną, a innymi są jedynie powodem ciekawości, wnikliwej analizy, ale nigdy - frustracji :)

Oj tak, różnimy się z Anną-Marią bardzo... także wyposażeniem kuchni!!! Nasze pierwsze, wspólne pieczenie - każda w swojej kuchni - uświadomiło mi jak ważna jest organizacja i precyzja, a także zaplecze kuchenne :) miałyśmy śmiechu co nie miara, znowu wstydziłam się braku miksera (Mamo! Miałam dostać pod choinkę!?), drukarki (wzór do nakładania makaroników z rękawa cukierniczego na blachę zrobiłam ołówkiem wokół nakrętek od wody mineralnej!!!). Mimo to makaroniki wyszły, nie wymarzone, nie perfekcyjne, ale moje! :) Bardzo jestem ciekawa tych w Kucharni!



a to przepis:

przepis na same makaroniki zaczerpnęłam z Kucharni, pomysł na masę jest mojego autorstwa
MAKARONIKI Z NADZIENIEM RÓŻANYM
  • 110 g cukru pudru
  • 60 g migdałów (bez skórki)
  • 60 g białek
  • 40 g cukru kryształu
  • można dodać odrobinę dowolnych barwników spożywczych, w moim przypadku kilka kropli koncentratu buraczanego
Białka ubiłam na sztywno, pod koniec ubijania dodałam cukier aż do uzyskania gładkiej, lśniącej piany. Migdały i cukier puder zmiksowałam razem w malakserze, potem przesiałam. Ubitą pianę przełożyłam do zmielonych migdałów i dokładnie mieszałam. Polecam cytowany wpis Anny-Marii pełen porad jak przygotować masę bez porażek. Gdy masa jest gotowa, przełożyłam ją do rękawa cukierniczego i wyciskałam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Następnie makaroniki czekają na blasze ok. 30 minut - obsychają.
Piekarnik nagrzałam do temperatury 170 stopni. Makaroniki piekłam przez 10-11 minut.  Po wystudzeniu najlepiej je odłożyć na dobę - to potwornie trudne, zwłaszcza dla łakomczuchów, ale rzeczywiście warto się do tego zalecenia zastosować - makaroniki zmiękną i będą się lepiej komponowały z masą.
Masa różana:
  • 5 łyżek konfitury z płatków róży w cukrze
  • 2 łyżki masła
  • 60g serka Philadelphia
  • cukier puder - tyle, by masa nieco zgęstniała
  • łyżeczka koncentratu buraczanego
Wszystkie składniki masy wymieszałam w blenderze. Przekładałam makaroniki i łączyłam je w podwojne markizy.
Całość będzie potwornie słodka, ale obłędnie pyszna!
Z makaronikami jest sporo zachodu... myślę, że gdybym miała wybrać deser, który pasuje do mnie i wyraża moją chaotyczność i niezorganizowanie - nie byłyby to makaroniki! Ale będę próbowała dalej! Już wkrótce chcę przetestować nowe przepisy i pomysły na te cudeńka!
Aniu, Dziękuję za wspólne pieczenie :)

wtorek, 20 grudnia 2011

Czego Wam brak? Pieczenie i dekorowanie pierniczków - spa dla zmęczonego umysłu...

Niebywałe, jak wiele mam do załatwienia przed tymi Świętami. Wciąż słyszę wewnętrzny głos, który każe mi zwolnić, ale muszę go ignorować i odwiedzać urzędy, lekarza medycyny pracy, załatwiać formalności na uczelni...



Pędząc w większość miejsc pieszo, nie poznaję okolicy. Nie wiem co się stało ze wszystkimi rzemieślnikami, którzy mieli jakiś drobny warsztacik, mały salonik fryzjerski, sklep elektryczny, pasmanteria, szewc, lumpeks. Zniknęli. Zamiast tego powstało kilkanaście oddziałów i placówek bankowych, które usiłują mi wmówić, że bez ich pożyczki, nie dam rady. Nie kupię nic na Święta. Każdy z mijanych banków kusi reklamą korzystnej pożyczki. Nakłania, by wziąć pieniądze i jechać kupować. Parsknęłam śmiechem pod nosem, bo w mojej okolicy nie ma już co ani gdzie kupować. Po przedłużacz i kilka żarówek muszę jechać do molocha oddalonego o dwie dzielnice. Nici i guziki - zamawiać przez internet, bo nawet w molochach, największych galeriach handlowych nie widziałam prozaicznego stoiska na kształt pasmanterii... Problemem staje się nawet kupienie bloku rysunkowego, kolorowego papieru i krepiny na łańcuchy choinkowe dla dzieci.



Do tego zewsząd słyszę pytania: co byś chciała, z czego się ucieszysz. Rozglądam się po ulicy. Ludzie taszczą wielkie paki z Rossmanna, sieci, która pod względem liczebności doganiają już co poniektóre banki. Wiadomo, kosmetyki to niemal pewniak, zawsze się przydadzą. Myślę. Z czego się ucieszę. I dochodzę do smutnego i wesołego wniosku zarazem - te rzeczy, z których się ucieszę... nikt nie może mi ich kupić. Bo kiedy myślę o tym, co sprawiło mi ostatnio największą radość, to widzę uśmiechniętą buzię Meli, kiedy śpiewa kolędy na przedszkolnej wigilii. Widzę moją siostrę tuż po porodzie z synkiem przy piersi. To znów czuję podniecenie i radość po tym, jak odebrałam telefon z propozycją pracy. Widzę siebie i Kacpra, jak szykujemy się na przyjście serdecznych przyjaciół, coś gotujemy, otwieramy likier. Wreszcie widzę swoją przyjaciółkę, która przynosi dla moich dzieci książeczki. Niby nic niezwykłego, ale ona przeczytała bardzo uważnie mój wpis o książeczkach, tu, na tym blogu, i kupiła te, których nam brakowało.





Owszem, ucieszę się z także z dóbr materialnych. Ale nie umiem wskazać nic konkretnie... niech to będą totalne drobiazgi. Sama też nie planuję mega prezentów dla innych. Większość rzeczy do domu, zapachów, kosmetyków do makijażu lubimy wybierać sami, dlatego to nie zawsze są trafione prezenty... A w drobiazgach liczy się nie cena, ale pomysł, poświęcony czas i dobre chęci.




Dzieci są w tym wszystkim bardzo ważne. W tym roku mój kuzyn przebierze się w strój Świętego Mikołaja, który "służy" w naszej rodzinie już od kilkunastu lat. Dla dzieci wszystko jest magiczne, choinka, prezenty, przygotowania. Właśnie te przygotowanie mnie także cieszą wyjątkowo, dlatego już dwa razy piekłyśmy z córeczką pierniczki, na pewno zrobimy to jeszcze trzeci raz! Lukrowanie zostawiam sobie na noc, kiedy wszyscy już śpią.... moja córeczka okropnie babrze się w tych kolorowych tubkach i lukrach, a potem zlizuje lukier i zaczyna "dekorować" od nowa :) lepiej jej idzie wałkowanie ciasta i wycinanie ślicznych ciasteczek. Tak, lukrowanie to doskonałe wyciszenie i wczuwanie się w przedświąteczny klimat, którego tak ostatnio mi brak...




Dziś przepis na pierniczki, ten sam, co w ubiegłym roku - kliknij tu. Po inspiracje i pomysły na dekorowanie - zajrzyj tu.

A dziś najświeższy pomysł na dekorowanie - jeden z najprostszych i najlatwiejszych, ale niezwykle efektowny. Śnieżynki... chyba zabraknie nam śniegu w te Święta, ale na choince powiesimy sobie takie śnieżynkowe pierniczki. Ja dekorowałam gwiazdki pierniczkowe, a Kacper robił dla dzieci własnoręcznie przytultowane obwody lampek do świecącej gwiazdki - gdzieniegdzie w Warszawie są jeszcze na szczęście sklepy z gadżetami dla miłośników samodzielnego konstruowania i majsterkowania cudeniek.

Na sam koniec, po południu, zapraszam na krótki przewodnik po naszych zabawkach - last minute przed Świętami, niestety nie zdążyłam wcześniej. Znajdziecie go na samej górze, na początku bloga, gdzie są zakładki "o mnie", "spis potraw", zamieszczę tam zakładkę "Prezenty dla dzieci". Może ktoś jeszcze z tego skorzysta :)

A tymczasem nasze śnieżynki...


poniedziałek, 7 listopada 2011

CIASTECZKA BOLEK I LOLEK oraz porządny mąż.





Od lat słucham od przyjaciółek narzekań na mężczyzn, którzy nie opuszczają deski, nie zakręcają korkiem tubki od pasty do zębów, nie wyrzucają zużytej rolki od papieru toaletowego (i nie zakładają nowego), nie wrzucają brudnych ubrań do kosza na pranie, nie piorą, nie prasują, nie gotują, nie sprzątają i w ogóle są dramatyczni we współżyciu w jednym mieszkaniu. Zawsze słucham tego z ogromnym rumieńcem na twarzy.

Po pierwsze dlatego, że nie mogę się przyłączyć do tych narzekań. Po drugie dlatego, że wyobrażam sobie mojego męża, który chętnie by do nich się przyłączył i dodał jeszcze: "A moja żona na dodatek zostawia pudełko po zjedzonym jogurcie koło łóżka! Jak ja go nie sprzątnę to będzie tam stało trzy dni. Też już nie mogę tego wszystkiego znieść!"
Wszystkie laski by pokiwały w ciszy głowami. Niewypowiedziane zrozumienie otoczyłoby owe narzekające kobiety i mojego męża. Znalazłby się w ich gronie, w tej wspólnej niedoli jaką jest życie z nienawracalnym bałaganiarzem.
Mój mąż sam sobie prasuje koszule, codziennie odkurza i lubi to robić nawet w weekendy o poranku, bo twierdzi, że go relaksuje widok czystej podłogi. Czy już piejecie z zachwytu?! Zazdrościcie? Bo ja siedzę z kubkiem kawy, jeszcze na dobre się nie obudziłam, a ten wariat krąży z hałaśliwym urządzeniem, niemiłosiernie odsuwając krzesła i szafki, by mieć pewność, że każdy pojedynczy kłaczek sierści naszego retrievera zostanie zassany do worka odkurzacza.

- Podnieś nogi! Muszę tu odkurzyć. Możesz się przesunąć?
Ogarnia mnie niesamowita irytacja!

- Przecież poranna kawa to świętość!
- Świętość to będzie jak mi psi kłak wyląduje w filiżance, bo tyle ich się tutaj unosi!

Gdy rano wychodzimy na spacer, to wyjmuję sobie parę skarpetek i kładę na komodzie. Po chwili przypominam sobie, że chciałam coś z łazienki. Idę tam. A gdy wracam - skarpetek nie ma już na komodzie.

- Gdzie są moje skarpetki?!
- Czy to jest ich miejsce?

Wyobraźcie sobie palec wskazujący mojego męża w dramatycznym geście skierowany na komodę w przedpokoju...

- Nie, to nie ich miejsce, ale tu, przy tym krześle, koło tej komody lubię zakładać skarpetki i buty!
- Nie widziałem, żebyś je zakładała. Położyłaś je tu i sobie poszłaś.

Wiem, że dalsza dyskusja jest bezcelowa, wiem też, że za kilka dni zrobię to samo. Kacper też.
Czujecie już tę ironię losu? Irytuje mnie, że mój facet jest porządny? I to jak! A jak ja niesamowicie muszę drażnić jego. Nigdy nie odkładam rzeczy na miejsce, tonę wśród gratów, gadżetów i rupieci, a moje stosy ubrań, książek i czasopism piętrzą się w każdym kącie. Jak to możliwe, że żyjemy razem, jesteśmy w stanie znieść jedno drugie?! Nie wiem.

________________________________________________________________


Zaplanowałam sobie zabawne ciasteczka z bohaterami najsłynniejszej polskiej kreskówki: Bolek i Lolek. To ma być wpis do mojej akcji kulinarnej "Akcja biało-czerwona". Ostatnio odświeżyłam w pamięci Bolka i Lolka, a to dlatego, że wrócili do ramówki MiniMini, Mela poczuła do nich sporą sympatię. Lubiłam Bolka i Lolka, Reksia, a najbardziej wróbla Ćwirka. Te stare polskie bajki miały sporo uroku, a wspomniany wróbel Ćwirek to do dziś wspaniała nauka o polskich gatunkach ptaków i ich zwyczajach.




Bolek i Lolek trafiają na bloga, do akcji Biało-czerwona, dlatego pojawiają się biało-czerwone akcenty: Bolek w czerwonym krawacie w białe grochy, Lolek w białym, w czerwone serduszka. Obaj jako piraci w czerwonych bandamkach (wtedy nie wiem, który jest który!) , Lolo ma chyba też gdzieś muchę. Najbardziej jednak jestem zadowolona z chłopaków jako kibiców polskiej drużyny na Euro 2012 - z policzkami pomalowanymi w Polską flagę :)))



Pomysł był całkowicie mój, nigdy wcześniej nie widziałam Bolka i Lolka na ciasteczkach ani tortach, a szkoda, bo bardzo prosto jest wykonać takie zdobienie.





Użyłam okrągłych foremek o różnej średnicy, wiązanie bandamki, muchę i krawaty wycięłam ręcznie. Do zrobienia lukru użyłam barwników w żelu Wilton (czerwony i czarny) oraz pierwszy raz - białek pasteryzowanych w proszku. Tzw meringue powder pojawia się w przepisach na royal icing na wielu amerykańskich blogach - spróbowałam i jestem bardzo zadowolona, rzeczywiście konsystencja lukru jest lepsza i pozwala na bardziej precyzyjne ozdabianie.  Wcześniej czytałam rady by stosować surowe białko, ale trochę się bałam potem to jeść a w szczególności - podawać dzieciom. Białka sproszkowane rozwiązują ten problem. Kupiłam też w aledobre.pl plastikową tubę do zdobienia marki Wilton. Pamiętacie jak wcześniej pisałam, że ozdabiałam ciasteczka łyżeczką i wykałaczką?! To już przeszłość, powoli zgromadzę sobie troszkę lepsze narzędzia, a taka butla pozwala na sporą precyzję i jest bardzo wygodna w użyciu - kosztuje 10pln.





kliknij link


P.S. wiem, że może Was przerażać ciasteczko z czarnym lukrem - barwnika nie jest dużo, jak dzieci zjedzą kilka to naprawdę nic się nie stanie. Takich rzeczy nie podaję codziennie, tylko kilka razy w roku. Barwniki, których używam są całkowicie spożywcze, nieszkodliwe i wydajne.

poniedziałek, 26 września 2011

KOLOROWE LIŚCIE, KASZTANY I ŻOŁĘDZIE




W ubiegłym tygodniu pokazałam zajawkę słodkich ciasteczek w kształtach jesiennych liści. Dziś już projekt skończony - wreszcie doczekały się lukrowania i ozdabiania. Niestety do tego czasu większość ciasteczek zniknęła - zawsze tak jest: jednego dnia mam czas, żeby upiec, a lukrowanie musi czekać. Bywa, że następnego dnia nie mam już czego ozdabiać...

Najpierw przepis, zaczerpnięty z obłędnego bloga Glorious Treats.

KRUCHE CIASTECZKA

  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 150g masła
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 jajko

Na własną rękę zamieniam czasem jedną trzecią mąki na razową (takie ciasteczka pokazywałam ostatnio tu).

Masło mieszam z cukrem aż powstanie jasna, puszysta masa, dodaję ekstrakt waniliowy i jajko, na koniec partiami mąkę wymnieszaną z proszkiem do pieczenia. Gdy wszystkie składniki są już wymieszane, chłodzę ciasto przez 2-3 godziny w lodówce lub 30min. w zamrażalniku.

Wałkuję pomiędzy dwoma płatami folii spożywczej (podsypywanie mąką i wałkowanie w tradycyjny sposób powoduje, że ciasto pęka). Wycinam kształty i piekę na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia w 180C około 6 minut.

Przy okazji wspomnianych razowych ciasteczek rozmarzyłam się na temat foremek do wycinania kształtów. Mogłabym ich mieć nieskończoną ilość, bo uwielbiam piec ciasteczka i uważam, że to świetna zabawa, zwłaszcza gdy pieczesz z dziećmi. Czasem jednak jakieś kształty są albo nie do kupienia, albo można je uzyskać kombinując w inny sposób. I tak liść klonu to u mnie jakaś nieokreślona foremka z komletu, który kupiłam w Ikei. Ten kształt "uszczypuję" palcami, by przypominał liść klonu. Żołędzie to najpierw wycięte jajko wielkanocne, a następnie góra od rożka z lodami nałożona na ten podstawowy owal (ostatnie zdjęcie). Niestety nie zgadzają się tu proporcje wielkości żołędzi do liści dębu, ale myślę, że nie stanowi to problemu :) kasztanki to zwykłe kółeczko.

Barwniki spożywcze są marki Wilton i Squires Kitchen (tylko cielisty, użyty do mordki jeża i jasnej części kasztanków). Lukier robię tylko z wody i cukdu pudru, ale już niedługo w aledobre.pl ma być dostawa tzw. Meringue powder, czyli białka w proszku, pasteryzowanego, bo z surowego biję się robić lukier, jeśli ciasteczka sa dla dzieci. Przejściowe odcienie uzyskałam nakładając trzy barwniki w różnych miejscach ciasteczka i mieszając je łyżeczką i wykałaczką.

Lukrowanie liści z przejściowymi odcieniami zaczerpnęłam z bloga The Sweet Adventures of Sugar Belle.

A moje wyglądają tak:















Miłego pieczenia!!!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...