Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torty-styl angielski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Torty-styl angielski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 grudnia 2011

Brownie Z BURAKAMI i dekoracją w róże...

Co powiecie na brownie z burakami...?



Widziałam już kilka razy te ciasta, rozmyślałam długo nad tym jak burak i czekolada mogą razem smakować... Nie byłam jednak przekonana, dopóki u Anny Marii, w KUCHARNI, nie zobaczyłam ciasta z czekoladą i bakłażanem... Tak, Aniu, są trendsetterzy, tacy jak Ty, którzy pokazują jakieś niezwykłe i nowatorskie rozwiązania, a są też gdzieś jeden krok w tyle tacy, którzy się inspirują tymi śmielszymi pomysłami :) ja wybrałam asekuracyjnie połączenie buraka i czekolady, ale bakłażana w przyszłości też "dziabnę" :) może nabiorę rozpędu i wymyślę coś jeszcze innego? ciasto z kalafiorem... :) ?




Żeby nie było nudno, ponownie dekoracja w róże, tym razem bez barwników - masę zabarwiłam koncentratem buraczkowym - przy tej ilości cukru pudru kilka łyżeczek koncentratu nie zmienia smaku, a kolor wyszedł przepiękny. Tort z okazji urodzin mojej siostry... 100 lat, 100 lat!!!





Tymczasem przygody z poszukiwaniem niani zakończone. Sukcesem. Po nieudanym podejściu do niań emerytek, celowałam w grupę młodziutkich dziewczyn, najchętniej zaocznych studentek z pierwszych lat studiów. Nie ukrywałam rozczarowania również i tym razem. Czytając opisy, które dziewczyny zamieszczały w swoich ogłoszeniach myślałam: to jedno wielkie nieporozumienie!!!

Ze mną państwa dziecko będzie się śmiało, skakało, tańczyło, malowało, rysowało, śpiewało, wycinało, etc, etc.

Miałam ochotę spytać, a gdzie angielski i stepowanie? A rozwiązywanie różniczek i całek? A kiedy będzie miało czas zrobić siusiu lub się zdrzemnąć? Po prostu być zwyczajnym dzieckiem?



Przesadny entuzjazm i uderzenie w czułą strunę przekonań rodziców, że wszystko co się robi z dzieckiem musi być edukacyjne - zniechęciły mnie do tak nastawionych opiekunek. Nie, podczas gdy ja będę w pracy moje dziecko nie musi cały czas się rozwijać i bawić wyłącznie w edukacyjne gry, malowanie i inne artystyczne aktywności. Chcę, żeby po prostu dobrze się bawiło. Czasem chcę, by trochę się ponudziło, bo nie ma lepszej recepty na samodzielne wymyślanie zabaw lub nowych zastosowań starych zabawek niż chwila nudy!



A ogłoszenie typu:

Z przyjemnością zajmę się waszym dzieckiem, bo cóż może być milszego niż zabawa z maluchem??

BUHAHAHAHAHAHA!!!

Właśnie kończy się tydzień, kiedy Mela nie była w przedszkolu, więc siedziałam z dwójką chorych dzieci, zamknięta w mieszkaniu. Dzieci marudzą i szaleją na zmianę, przytulają się i tłuką (lub gryzą) też na zmianę. Czy może być coś przyjemniejszego???

Na szczęście trafiłam na fajną nianię z polecenia. Na razie nic więcej nie mogę o niej powiedzieć i pewnie już nie powiem, bo z chwilą, kiedy zacznie nas łączyć relacja niania-mama dziecka, którym się zajmuje - nie będę chciała już publicznie pisać o szczegółach. Niania jest młoda, serdeczna, po prostu weszła, umyła ręce i usiadła z Wojtusiem na podłodze i zaczęli się bawić. Ujęła mnie jeszcze kilkoma rzeczami, ale decydujący była autorski test Wojtusia, który jeszcze nie mówi. Nie potrafi zakomunikować co chce. Po prostu podał niani karetkę Lego i swojego misiaczka, a ona wzięła i odruchowo wcisnęła przytulankę do ciasnego wnętrza. Instynktownie wyczuła, czego dziecko oczekiwało. To bardzo głupie z mojej strony, ale jak tylko zobaczyłam taką scenkę - poczułam ulgę. To osoba, która dogada się z moim dzieckiem.

Tymczasem, wspomniane brownie...



CHOCOLATE BEETROOT CAKE

  • 200g ugotowanego buraka (jeden średniej wielkości burak powinien wystarczyć)
  • 200g mąki
  • szczypta soli
  • 100g kakao
  • 250g cukru trzcinowego (dałam 200g)
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 3 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 200ml oleju roślinnego (słonecznikowy, oliwa z oliwek lub rzepakowy)
  • 100g czekolady deserowej.


Piekarnik ustawiłam na 190C.
Czekoladę włożyłam do szklanej miski, którą ustawiłam nad garnkiem z gorącą (nie gotującą się!) wodą, miska nie może dotykać powierzchni wody. W czasie, gdy czekolada powoli się rozpuszczała, przygotowałam resztę składników. W malakserze rozdrobniłam ugotowanego i ostudzonego buraka, dodałam szczyptę soli, mąkę, proszek i kakao. Następnie cukier, ekstrakt waniliowy i jajka, ponownie wymieszałam. Potem wlałam rozpuszczoną czekoladę, wymieszałam i na najwolniejszych obrotach malaksera wlewałam powoli olej. Gdy wszystkie składniki się wymieszały - przełożyłam ciasto do tortownicy (można piec też w keksówce lub dowolnym innym naczyniu żaroodpornym lub silikownowym. Ja część ciasta na brownie upiekłam w porcelanowych kokilkach. Kokilki wstawiłam do piekarnika na 20 minut, tortownicę na godzinę. Ciasto jest przepyszne! Przełożyłam je kremem i udekorowałam, ponieważ było prezentem, ale polecam zrobić je i zjeść tak po prostu, bez dekoracji. Dzięki zawartości buraków zyskuje (czy też przemycacie swoim dzieciom warzywa w niepozornych daniach?!) nowy smak i wilgotność, a także świąteczny charakter :)

przepis na brownie znalazłam tu.
przepis na masę i opis zdobienia pokazywałam już przy poprzednim torcie w róże - o tu.



wtorek, 29 listopada 2011

Mniej Housewife, bardziej desperate... i ROSE CAKE






Pamiętacie stary film, z lat osiemdziesiątych... z Dolly Parton?

"Working nine to five".

Udało się. Zaczynam od 9 stycznia...

Nie mogę i nie chcę pisać gdzie, jak. To w tej chwili jest mało istotne. Najważniejsze to ogarnąć wszystkie logistyczne przedsięwzięcia. Co z dziećmi? Przeraża mnie perspektywa odprowadzania dwójki, w dwa różne miejsca, poranne wychodzenie z psem, "dziobanie" przez 8 godzin, zgarnianie dzieci do kupy, obiadek, zabawa, książeczka, kąpiel i spać. Potem strój na jutro, jakaś szybka kanapka, herbata i spać.

Teraz z podnieceniem myślę o nowej pracy i będzie to cudowna sprawa dla mnie, ale oczywiście pierwsze miesiące będą bardzo ciężkie. Zastanawiam się jak to jest z tymi kobietami, które nierzadko łączą więcej niż jeden etat z dziećmi, domem, mężem i jeszcze własnymi przyjemnościami. Kiedy mogą przeczytać książkę, pójść do kosmetyczki, odwiedzić rodziców, kochać się z mężem, wyjść z przyjaciółmi na drinka lub do kina, jak to wszystko godzą między 17 a 22:00? Na razie nie wiem z czego zrezygnuję na początku, a może po prostu doba zacznie być jakaś elastyczna i wiele rzeczy się zmieści w jednym przedziale czasowym?

Wiele razy tu, na tym blogu żaliłam się, że jestem nieco sfrustrowana, że nie mam pracy i jakoś mi czas przelatuje między palcami, mijają identyczne dni, wypełnione tymi samymi czynnościami... wówczas pisały do mnie kobiety radząc, bym nie narzekała, że dopiero "porzucenie" dzieci jest frustracją i okupione ciężkimi myślami i wyrzutami. Pisały, że kosmetyczka i fryzjer, to czas "wydarty" rodzinie... nie wiem, co mam teraz o tym myśleć.

A zapewne najcenniejszym stanie się czas...

Poświęcenie czasu dla kogoś to najwspanialszy prezent. Dlatego, gdy moja siostra urodziła dzidziusia, poświęciłam sporo czasu na przygotowanie słodkości dla niej oraz gości, którzy przychodzili zobaczyć maluszka. Tak zamiast biegania po sklepach i szukania kolejnej grzechotki czy śpioszków. Za pierwszym razem zrobiłam makaroniki, które pokażę trochę później. A w ubiegły weekend, gdy cała rodzina zjawiła się u mojej mamy, upiekłam wyjątkowy tort.

Inspiracji było kilka. Akcja "Tęcza smaków" zorganizowana przez Panti na Durszlaku. Swirl cake na blogu Glorious Treats. Przepiękne kreacje Lindy z Call me cupcake.

Postawiłam na "Bukiet róż" z zewnątrz, i stopniowe cieniowanie środka tortu w odcieniach błękitu (który po kontakcie z żółtawym w kolorze ciastem stał się zielonkawy).

oto Rose Cake w moim wykonaniu:










dziś nietypowo przepis na samym dole:

WANILIOWY TORT "Bukiet róż" z masą maślaną

użyłam tortownicy zaledwie 16cm średnicy, więc tort wyszedł bardzo wysoki. Jeśli użyjecie 20-24cm tortownicy, będzie szerszy i niższy, ale masy i wszystkich innych składników wystarczy.

Zapewne nikt nie uwierzy, kiedy napiszę, że wykonanie tego tortu nie jest trudne :) jest czaso i pracochłonne, ale nie skomplikowane!



na tort:
przepis Glory Albin, glorioustreats.blogspot.com
  • 2 i 1/2 szklanki mąki
  • 2 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka soli
  • 4 jajka
  • 1 i 1/2 szklanki cukru
  • 3 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 1 szklanka oleju (słonecznikowy, rzepakowy lub oliwa)
  • 1 szklanka maślanki




Mąkę wymieszałam z solą, proszkiem i sodą.
W drugiej misce wymieszałam jajka z cukrem, ekstraktem i olejem. Dodałam połowę mąki i wymieszałam. Potem wlałam połowę maślanki i ponownie wymieszałam. Wsypałam resztę mąki, ponownie wymieszałam, na koniec resztę maślanki i ostatecznie wymieszałam. Na wadze postawiłam miskę i wytarowałam. Wlałam cale ciasto, zważyłam i wynik podzieliłam przez sześć. Na wadze stawiałam kolejno pięć miseczek i do każdej odważałam porcję ciasta, tak by otrzymać sześć porcji o tej samej masie. Każdą miseczkę barwiłam niebieskim barwnikiem, zaczynając od najciemniejszej barwy jako porównawczej mikstury. W sumie użyłam nie więcej niż koniuszek łyżeczki barwnika (Wilton, ze sklepu aledobre.pl), więc niech nie martwią się Ci, którzy czują opory przed jedzeniem barwionej żywności. Można barwienie ciasta wogóle pominąć i upiec jedno, podzielić na części i z wierzchu udekorować. Można także zabarwić poszczególne części ciasta a zrezygnować z dekoracji na zewnątrz, po prostu rozsmarować masę równo na cieście i koniec :) ja jednak trochę się "bawiłam" zarówno z kolorami, jak i z dekorowaniem.

Każdą porcję piekłam osobno, po ok.13 minut w 175C.

W czasie gdy blaty się piekły, przygotowałam masę do przekładania i dekorowania ciasta.

Na masę:

  • 2 szklanki masła (niestety chyba całe 2 kostki 200g...!!!)
  • 1/2 łyżeczki soli (lub odrobinę więcej)
  • 8 szklanek cukru pudru
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 4-6 łyżek śmietanki do ubijania



Wszystkie składniki masy muszą mieć temperaturę pokojową!
Masę najlepiej zrobić w mikserze. Ręcznie będzie bardzo ciężko ją wyrobić tak, by była wystarczająco puszysta. Najpierw rozmieszałam porządnie masło (już w mikserze). Dodałam ekstrakt waniliowy i cały czas mieszając wsypywałam powoli cukier puder. Na koniec wlałam śmietankę i wymieszałam całość na najwyższych obrotach przez ok.minutę.

Połowę masy przeznaczyłam na przekładanie poszczególnych blatów ciasta, połowę na dekorację. Blaty zaczęłam układać od najciemniejszego, do najjaśniejszego, czyli naturalnego - bez barwników.
Następnie posmarowałam cały tort na zewnątrz. Resztę masy przełożyłam do rękawa cukierniczego i zaczęłam robić róże. Żeby to osiągnąć trzeba zaczynać wyciskanie masy od środka i powoli spiralnym ruchem na kierować się na zewnątrz, coś jak gniazdo. W ten sposób powstają twory, które wyglądają jak kwiaty. Jeszcze nie mam wystarczającej wprawy, dlatego wszystkie róże są innego kształtu i innej wielkości, ale idzie mi coraz lepiej. Trzeba się dość szybko uwinąć z tematem, bo masa bardzo szybko się topi pod wpływem ciepła z rąk. Ale warto się napracować, bo wręczenie komuś takiego torty zamiast bukietu kwiatów jest czymś niezwykłym i zachwycającym obdarowaną osobę!



Tort dodaję do akcji smaków pod hasłem "niebieski", mimo iż wyszedł turkusowy :)

wtorek, 22 listopada 2011

POTRÓJNIE CZEKOLADOWY...

Z przyjemnością przyłączam się do akcji zorganizowanej przez Dark Angelikę...
chodzi o słodkie przepisy Nigelli Lawson! Gotowałam jej potrawy już setki razy, ale właśnie do jej deserów mam szczególny sentyment.


Czasem mówię sobie "dość" i odkładam jej książki gdzieś daleko, bo jest tyle nowego, innego, bo się nakręcam, że Nigella to przeżytek i niczym mnie już nie zaskoczy. Ale potem sobie myślę, że wcale nie chcę być zaskakiwana, że tęsknię za niezawodnymi, nietrudnymi, ale też wcale niebanalnymi przepisami kulinarnej bogini.

Nigella to dla mnie czekolada. Deserowa. Wszystkie czekoladowe słodkości Nigelli okazały się niezawodne i przepyszne. Uwielbiam czekoladowy sernik, czekoladowo-bananowe muffiny, czekoladowo-kasztanowe ciasto. Na pierwsze urodziny mojego synka, Wojtusia, również z przepisu Nigelli zrobiłam tort z dekoracją z lukru plastycznego - pszczółką.

A kilkanaście dni temu piekłam ten sam tort na 30 urodziny Wojtusiowego ojca chrzestnego, czyli kuzyna mojego męża- Grzesia. Tym razem ozdobiłam tort tradycyjnie, nie lukrem plastycznym, tylko czekoladowym kremem. Krem Nigelli - którym przełożyłam poszczególne warstwy tortu, nie wystarczył mi tym razem :) zdecydowanie było za mało czekoladowo! Dlatego do pokrycia wierzchu tortu zrobiłam jeszcze jedną masę czekoladową, z przepisu Glory Albin. Efekt był wyśmienity, tradycyjny, elegancki, niezbyt wystawny, potrójnie czekoladowy tort urodzinowy...





TORT POTRÓJNIE CZEKOLADOWY

na ciasto

  • 400g mąki
  • 250g cukru
  • 100g cukru trzcinowego
  • 50g kakao
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub 2 łyżki cukru waniliowego
  • 150ml śmietany 18%
  • 175g rozpuszczonego masła
  • 125ml oleju roślinnego
  • 3 jajka
  • 300ml zimnej wody

na polewę

  • 175g czekolady o zawartości min. 70% kakao
  • 250g masła
  • 275g cukru pudru
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego lub 2 łyżki cukru waniliowego
Przepis Nigelli Lawson "Nigella gryzie"

W jednej misce zmieszałam wszystkie składniki sypkie, a w drugiej ubiłam jajka, dodałam przestudzone masło, śmietanę, olej i wodę. Połączyłam wszystko razem i przelałam do formy o średnicy 26cm. Nigella zaleca użycie dwóch foremek 20cm, ale takowych nie posiadam :(

Piekłam w 190C około 45 minut, po wyjęciu i ostudzeniu przekroiłam ciasto na dwa blaty. Odlożyłam do całkowitego przestudzenia.

W tym czasie rozpuściłam czekoladę na polewę, wymieszałam z miękkim (nie stopionym!) masłem, ekstraktem i cukrem pudrem (dałam 200g). Powstałą polewą posmarowałam oba blaty, a po złożeniu ich w tort - także boki i wierzch ciasta.

Następnie przygotowałam drugą masę z serka kremowego i kakao, przepis tu (chocolate cream cheese frosting).
2/3 masy wyłożylam na wierzch i boki tortu, które następnie ozdobiłam grzebieniem Wilton. 1/3 masy przełożyłam do rękawa cukierniczego i ozdobiłam obrzeże tortu, na koniec zaś dodałam błękitne cukrowe kuleczki.

Do patyczka na szaszłyki przykleiłam etykietę z imieniem jubilata i rocznicą urodzin. Ozdobiłam czekoladową w kolorze wstążeczką. Gotowe, skromne, ale gustowne :)






Słodkości Nigelli
Akcja "Słodkości Nigelli"

piątek, 18 listopada 2011

Ciasto "Wieniec ostrokrzewu" i cyber-randka!

Nazywam się Małgosia i męża nie poznałam przez internet.

Sama nuda. Tak?

A na blogu nie może być nudno. Historie z życia wzięte są fajne. Na przykład taka:

Jak rozpoczęłam naukę w licemu to szał ogarnął nastolatków na coś, co nazywało się IRC. Czy ktoś z Was to pamięta? To taki pierwotny komunikator. Pierwszy czat. Internet Relay Chat. Przynajmniej pierwszy z jakim ja się zetknęłam. Cyfrowe, internetowe znajomości - coś nowego i jakże wkręcającego. Razem z koleżankami z klasy każdą przerwę międzylekcyjną spędzałyśmy w salce komputerowej i jak ktoś pytał, gdzie idziemy, odpowiadałyśmy pretensjonalnym tonem: na irca! (w domyśle: ty kretynie!) Czy pamiętacie to poczucie wyższości, które przez całe liceum nakazywało nam sugerować, że chłopcy nigdy nie zgłębią skomlikowanej psychiki nastoletnich kobiet?? Oni wówczas zupełnie nie rozumieli jak można na przerwie siedzieć przed monitorem i czatować z kimś obcym, zamiast spoglądać na boisko i podziwiać spoconych dzikusów, od których parowało wytwarzanym od niedawna testosteronem, ach...).

Wracając do IRC-a... Byłyśmy niezwykle kreatywne w nadawaniu sobie nicków, opisach swojego wyglądu. Teraz po latach widzę jakie to okropne i będę musiała jeszcze zgłębić temat w kontekście wychowania dzieci i chronienia ich tożsamości w sieci. Wtedy byłam młoda i głupia. Młoda jestem dalej, ale teraz już mądrzejsza. Chyba pod nickiem "Blondyna1984" złapałam pierwszą znajomość internetową. Czatowało się niezwykle przyjemnie, ot o takich bzdurach jak lekcje, klasówki, chociaż "on" - to chyba był już student, mówił, a raczej pisał coś o kolokwiach. Kiedyś padła propozycja spotkania. Którą odkładałam w nieskończoność. Ze swojej strony wiedziałam ile dodałam sobie lat (co mnie później dziwiło, że się na to złapał, bo przecież blondyna 1984 od razu sugerowało mój wiek), ile mi ubyło kilogramów i jak sugestywny może być opis moich blond loków. Ale trudno, co tam! Mama zezwoliła na spotkanie, pod warunkiem, że "on" przyjdzie do domu, pokaże się i będzie wiedziała dokąd idziemy oraz o której wrócę. Może nie była specjalnie zaniepokojona, chyba nie robiło na niej totalnie wrażenia, że "on" jest poznany "na ircu", chyba chodziło o to, że jej pulchna blondyna1984 wybiera się na randkę.

Ten epizod był nic nie znaczący, nawet nie pamiętam dziś "jego" imienia.

Pamiętam, że przyszedł i moja mama była trochę zdegustowana, bo gościu odjął sobie sporo lat. Mama nie wiedziała, że ja sobie dodałam ze trzy. "On" był jakiś okropny, łysiejący i z poważnymi brakami klawiatury*, co dla 14 czy już może 15 latki było totalnym nieporozumieniem. Żadna gadka o kolokwiach, badaniach naukowych i wogóle o czymkolwiek nie uratowałaby jego reputacji ani w oczach mojej mamy, ani w moich. W sekundę mama się uspokoiła, bo widząc moją rezygnację i rozczarowanie - wiedziała, że nie ma się czego obawiać. Krótka wymiana spojrzeń z mamą przypieczętowała nasze wyjście "na spacer", czyli włóczenie się w okolicach placu MDM, bo na kawę już się nie dałam zaprosić. Jak najszybciej chciałam być z powrotem w domu.

__________________________________________________

Po wielu latach, od nowo poznanej koleżanki, a teraz serdeczniej przyjaciółki, usłyszałam, że z mężem poznali się przez internet. Chyba czując presję, że oto oczekuje się ode mnie entuzjazmu (wykrzyknięcia: Jakież to romantyczne!), bardzo się zmieszałam i bąknęłam coś w stylu: żartujesz?!
Szok i niedowierzanie były efektem tej totalnie nieudanej, pierwszej, "ircowej" znajomośći.

* klawiatura - uzębienie :)))))

___________________________________________________
Tymczasem - piernik z dekoracją z lukru plastycznego, późnojesienno-zimowy "Wieniec Ostrokrzewu".



Upiekłam piernik z przepisu Nigelli (Nigella Świątecznie)

PIERNIK Z DEKORACJĄ "WIENIEC OSTROKRZEWU"
  • 15og masła
  • 200g złotego syropu**
  • 200g melasy
  • 125g ciemnego cukru muscovado***
  • 2 łyżeczki startego świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki mielonych goździków
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej rozpuszczona w 2 łyżkach ciepłej wody
  • 250ml tłustego mleka
  • 2 jajka
  • 300g mąki



** przepis na złoty syrop na moich wypiekach (klik), chyba można sprobować dać zamiast tego miód
*** najlepszy cukier muscovado na jaki ostatnio trafiłam - w Marks & Spencer, dział spożywczy, mają tam pełno innych, smacznych, ciekawych produktów

W garnku roztopiłam masło z przyprawami, startym imbirem, syropem, melasą i cukrem. Po ostudzeniu wbiłam jajka, wlałam mleko, roztwór sody i wymieszałam. Dodałam mąkę i wymieszałam - ciasto jest bardzo rzadkie, ale takie właśnie ma być. Przelałam ciasto do formy - ze względu na dekorację użyłam formy do babki z dziurą w środku, ale można użyć każdej innej formy, kwadratowej, keksówki, w ubiegłym roku piekłam w formie o kształcie choinki. Formę wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 170C, i teraz uwaga - zależnie od rodzaju formy dobieram czas pieczenia. W przepisie oryginalnym jest 45 do 60 minut, ale ja miałam formę z dziurą w środku więc piekłam 35.






MASA LUKROWA

przepis pokazywałam już tu (klik), przy okazji tortu na urodziny mojego siostrzenca Mikołaja.
Tym razem prawie cała masa była biała, tylko część wielkości jabłka zabarwiłam na zielono (zmieszałam barwniki azul real i lemon yellow, marki Wilton (sklep aledobre.pl). Zieloną masę rozwałkowałam dość cienko i foremką w kształcie liścia ostrokrzewu (również z aledobre.pl) wycięłam kilkanaście liści. Resztą masy (białą) obłozylam wystudzony piernik. Było to okropnie trudne, bo nie miałam pomysłu jak sobie poradzić z dziurą w środku ciasta, przez co cięzka masa się trochę oberwała, a brzegi, które pierwotnie miały gładko przylegać do ciasta - musiałam pofałdować. Jakoś wcisnęłam masę do dziury i przyklepałam, więc mniej więcej udał się kształt wieńca. Teraz już tylko liście z wierzchu i kilkanaście żurawin "przyklejonych" na cukier puder z wodą, jako owocki ostrokrzewu. Gotowe :)





wtorek, 15 listopada 2011

WIENIEC OSTROKRZEWU

Powoli przymierzam się do świątecznych wypieków i ich dekoracji.

Co sądzicie o pierniku z dekoracją  z lukru, jak świąteczny wieniec ostrokrzewu?

Przepis i szczegóły wkrótce...

poniedziałek, 12 września 2011

TORT Z BAJKI. Było sobie życie. Gdy łza kręci się w oku...



Najprzyjemniejsze chwile jakie pamiętam z dzieciństwa to wakacje spędzane na działce z dwójką braci ciotecznych. Moich rówieśników, którzy się ciągle bili, tłukli, wrzeszczeli, coś psuli, śmiali się z moich lalek, nie raz dostałam solidnego kopniaka w trakcie ogólnej bójki, ale kochałam ich towarzystwo tak bardzo, że trudno to opisać. Przez kilkanaście lat spędzaliśmy ze sobą całe tygodnie wakacji, gdzie zgoda i jedność oraz siostrzano-braterska miłość przeplatała się ze śmiertelną obrazą i nienawiścią, zazdrością, zakazami korzystania z "moich" zabawek. Ciężko przywołać konkretne wspomnienie jakiegoś dnia zabawy na działce, ale są takie chwile, kiedy wszystko staje dokładnie przed oczami. Tak się dzieje, gdy usłyszę jakąś melodię, przypomnę sobie jakąś bajkę, którą razem oglądaliśmy. Pamiętam teleranki i "Było sobie życie", które śledziliśmy w weekendowe deszczowe dni. Ten okres mojego życia był cudowny. Jednego z moich braci nie ma z nami już od 7 lat, zginął w tragicznym wypadku samochodowym. To prawdziwy koszmar, tak strasznie ciężka strata dla mojej rodziny, a cenne wspomnienia z dzieciństwa są tym ważniejsze i tym bardziej wzruszające.

Rok temu, na tej samej działce, lato spędzałam z Melą i nowo narodzonym Wojtusiem, była też moja siostra ze swoim synkiem, który dopiero co dostał komplet bajek "Było sobie życie" na dvd. W deszczowe dni babcia włączała im te bajki. Stałam w kuchni i nagle usłyszałam piosenkę tytułową. Wybuchnęłam niekontrolowanym, niezrozumiałym płaczem, zawsze tak się dzieje, gdy naraz ogarnie mnie tyle sprzecznych uczuć. Wdzięczność za to cudowne minione dzieciństwo. Żal, że to już minęło i nigdy się nie powtórzy. Ból po stracie kogoś tak bliskiego i drogiego. Ogromną rozpacz, bo mój brat nie miał dzieci, które razem z moimi siadałyby na działkowej kanapie i oglądały bajki na przemian się śmiejąc oraz kopiąc i szturchając... Tak sobie obiecywaliśmy, jako nastolatkowie - że bez względu na wszystko nasze dzieci też będą spędzać razem wakacje na działce. Niestety, to nie mogło się spełnić... Czasem właśnie jakaś głupia melodia przypomni coś banalnego, zwyczajnego, ale tak wzruszającego do głębi.

 Posłuchajcie (link poniżej) - może i Wy pamiętacie "Było sobie życie" z dzieciństwa?


i jeszcze po polsku - też pięknie - tak ogląda teraz Mela :)



Wyjrzałam z kuchni i zobaczyłam dwójkę dzieci usadowionych na kanapie. Wpatrzonych w telewizor, a bajka ta sama, tak świetna, tak zabawna jak dawniej. Te dzieci na kanapie - to również było wzruszające, bo wyglądały tak jak ja z moimi braćmi, te kilkanaście lat temu.

W tym roku Mela dostała komplet "Było sobie życie" od swojej prababci. Wieczorami, na działce, Mela ze swoim bratem ciotecznym najpierw kłócili się z czyjego kompletu włączą bajkę, potem kłócili się o to, który odcinek chcą obejrzeć, na koniec, w umiarkowanej zgodzie, razem śpiewali (okropnie fałszując) piosenkę tytułową, a potem w coraz większej zgodzie i wspólnym zadowoleniu siadali bardzo blisko siebie i oglądali z przejęciem. A my, dorośli, cieszyliśmy się, że mamy 25 minut spokoju...

Dla mojego kochanego siostrzeńca na urodziny chciałam zrobić wyjątkowy tort. Nie ogarniam Bakuganów, Ben 10, innych chłopięcych bohaterów - ale przecież jest jeszcze ta cudowna bajka, którą on po prostu uwielbia. Przyznaję się bez bicia, ze pomysł na dekorację nie jest mój, bo kiedyś widziałam już podobny u Cakegirl. Ale nie skopiowałam jej tortu, lecz się nim zainspirowałam - a to ogromna różnica :)

TORT CYTRYNOWO-MALINOWY

na biszkopt:
  • 200g masła
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 4 jajka
  • 2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 2 i 1/4 szklanki mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 i 1/4 szklanki mleka 2%
  • skórka otarta z 1 cytryny
  • 1 łyżka soku z cytryny


UWAGA: wszystkie składniki muszą mieć temperaturę pokojową, trzeba je wyjąć wcześniej z lodówki!

na krem:
  • 250g serka Philadelphia lub Piątnica, Turek - śmietankowy serek kanapkowy
  • 125g masła
  • 2 szklanki cukru pudru
  • świeże maliny (pół tradycyjnego pudelka powinno wystarczyć)


na masę:
  • 70ml wrzątku
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 50g glukozy
  • ok. 850g cukru pudru
  • 1 łyżka miękkiego masła
  • barwniki spożywcze

Masło utarłam z cukrem, dodawałam po jednym jajku, na koniec wmieszałam ekstrakt waniliowy. W osobnej misce wymieszałam suche składniki, dodawałam je do masy jajeczno-maślanej na przemian z mlekiem. Na koniec dodałam skórkę z cytryny i łyżkę soku, wszystko wymieszałam i przełożyłam do wysmarowanej tłuszczem tortownicy (25cm, ale może być mniejsza średnica). Piekłam w 160C około 40 minut. Po upieczeniu studziłam biszkopt, gdy całkowicie wystygł przekroiłam na dwa blaty - powinno być więcej blatów, ale ja boję się przekrawania, więc u mniej tylko jedna warstwa kremu. Biszkopt przydałoby się nasączyć jakimś syropem z sokiem z cytryny, ale zbyt późno o tym pomyślałam.

Serek śmietankowy utarłam z masłem i cukrem na jednolitą masę. 2/3 masy rozsmarowałam na wewnętrznej części blatów biszkoptowych, na spodzie ułożyłam świeże maliny, złożyłam oba blaty ciasta w całość i na wierzchu rozsmarowałam pozostałą 1/3 część kremu. Wstawiłam ciasto do lodówki i zabrałam się za robienie masy lukrowej.

We wrzątku rozpuściłam żelatynę, dodałam glukozę i wymieszałam. Na blat wysypałam połowę cukru pudru i zrobiłam w nim wgłębienie, do którego nalałam wodę z żelatyną i glukozą. Dalej wyrabiałam masę jak ciasto drożdżowe :) stopniowo dodawałam cukru pudru - ciężko tu określić precyzyjną ilość jaka będzie potrzebna. Podczas wyrabiania dodałam do masy łyżkę miękkiego masła - to poprawia elastyczność masy i zapobiega zbyt szybkiemu wysychaniu. Na koniec najbardziej żmudna część: barwienie. Mam sporą kolekcję barwników spożywczych z aledobre.pl. Masa jest biała, więc muszę od razu podzielić ją na tyle "kupek" ile kolorów chcę uzyskać. Potem każdą kulkę masy wyrabiam z osobnym barwnikiem i chowam do woreczka na mrożonki, by masa nie wysychała. Tak więc tło tortu barwiłam barwnikiem cielistym Squires kitchen, czerwony, niebieski i granatowy oraz żółty - Wilton. Masę lukrową wałkowałam na blacie przetartym ręcznikiem papierowym z olejem. Obłożyłam nią tort i zrobiłam fałdy ozdobne. Potem lepiłam figurki i przyklejałam je na wodę wymieszaną z cukrem pudrem - trzymają się nieźle. Figurkę "Metro", czyli dowódcy przeciwciał ulepił mój mąż :) Globinka i posłaniec neuronów są mojego autorstwa :)











poniedziałek, 18 lipca 2011

TORT URODZINOWY DLA MELI



8 lipca moja córeczka skończyła 3 latka... Pytałam ją jaki chce mieć tort urodzinowy i powiedziała, że z misiaczkiem... to teraz kilka słów o misiaczku:

Misiaczek trafił do nas w prezencie, gdy Melcia miała kilka tygodni. Wkładałam go jej do wózka i do łóżeczka jako pierwszą zabawkę - nie miałam wtedy jeszcze pojęcia jakimi zabawkami się zainteresuje. Bardzo szybko misiaczek stał się podstawą, jeśli nie egzystencji, to przynajmniej obowiązkowym gadżetem przy zasypianiu. Pierwsze wypowiadane słowa Meli nie obejmowały misiaczka, ale około roku zyskał własną nazwę, nadaną przez swoją panią. Stał się "Mimi". Mama, Tata, Mimi - to hierarchia ważności członków rodziny, która wówczas obowiązywała.

Widząc uzależnienie córki od tego stworka, poprosiłam o "zapasowego" misiaczka w prezencie na pierwsze urodziny - naszego "basic" misiaczka nie można było niepostrzeżenie uprać, gdy zgubił się na spacerze to w ogromnym stresie biegaliśmy w deszczu po wszystkich alejkach i serio zastanawialiśmy się nad zamontowaniem "Mimi" jakiejś sygnalizacji naprowadzającej, jakiegoś nadajnika lokalizacji!!! Po pierwszych urodzinach pojawił się drugi "Mimi" i Mela szybko się zorientowała, że coś jest nie tak i zażądała stałego osobistego nadzoru nad dwoma misiaczkami... Tak było przez kolejny rok, z tym, że jak jeden szedł do prania, drugi był osłodą, jak jeden się zgubił, drugi go zastępował do czasu odnalezienia pierwszego.

W ubiegłe wakacje jeden z misiaczków zgubił się we włoskim mieście Udine... mimo, że mąż przeszedł dwukrotnie kilkukilometrową trasę zwiedzania, a drugi raz wziął ze sobą profesjonalnego tropiciela - naszego golden retrievera - poszukiwania zakończyły się fiaskiem... drugi misiaczek przepadł na zawsze. Dodatkowo okazało się, że nie można już dokupić kolejnego, bo ten wzór zwyczajnie przestał być produkowany! Musieliśmy pogodzić się z tym, że tego jedynego, ostatniego misiaczka, ukochaną przytulankę - trzeba będzie pilnować jak oka w głowie. Pranie - gdy będzie to absolutnie konieczne, podczas spacerów - Mimi w plecaczku. Ustaliliśmy wszystkie procedury, plan działania w określonych sytuacjach, i jakoś udało się - kolejny rok Mimi jest z nami.

Właściwie ciężko powiedzieć kto jest do niego bardziej przywiązany, ja czy moja córeczka. Żal mi ściska gardło, gdy wkładam go do pralki (oczywiście w czasie głębokiego snu Meli) i wyjmuję za każdym razem mniej barwnego, bardziej wyciumkanego, okropnie wytartego. Mimi zaliczył już dwa etapy zszywania w najbardziej newralgicznych miejscach. Z licznych poradników o wychowaniu dzieci wiem, że nie wolno go nigdy "spisać na straty". To jest przyjaciel mojej Meli, a przyjaciół się nie odtrąca, nawet jak są ... jakby to ująć... zużyci??? Mela nie dostrzega żadnych braków w swoim misiaczku, a ja podziwiam jej wierność wobec tego kawałka materiału :) przyjdzie taki dzień, kiedy Mimi przestanie być najważniejszy wobec nowych atrakcji, koleżanek z przedszkola, pierwszego rowerku bez dodatkowych kółek, hulajnogi i innych rzeczy... Znajdę go zakurzonego za łóżkiem i będę wiedziała, że moja córeczka dorosła. Upiorę go ostatni raz i schowam do pudełka, w którym trzymam ubranko, w którym zabraliśmy ją ze szpitala, pierwszy smoczek, pierwszą szczoteczkę do zębów, pukiel włosów z pierwszego obcinania, pierwsze rysunki i wiele, wiele innych pamiątek.

Mimi jest bohaterem wpisu, zamiast Meli, po jej trzecich urodzinach, bo to właśnie ten misiaczek i stopień jego zużycia uświadamia mi, że moja córeczka rośnie, że czas mija niesamowicie szybko, że tyle już razem przeżyliśmy i w tylu miejscach byliśmy. Mimi jest na zdjęciach ze wszystkich wakacji, spacerów, imprez rodzinnych. Jest mi bliski, bo Mela tak bardzo go kocha. Ucieszyłam się, gdy poprosiła o tort z misiaczkiem, zdjęcia tego tortu to też będzie pamiątka naszej rodzinnej ukochanej przytulanki :)

Tort jest marchewkowy, pokazywałam go już tu i tu. Masę zrobiłam tak jak zawsze, z rozpuszczonych białych pianek marshmallows z dodatkiem sporej ilości cukru pudru i barwników spożywczych Wilton (Aledobre.pl). Efekt pastelowych odcieni uzyskałam dodając śladowe ilości barwników, a pistacjowy odcień przez zmieszanie żółtego z błękitnym. Główkę Mimi zrobiłam bardzo pomysłowo: porcję ciasta upiekłam w formie na muffiny i potem obłożyłam masą lukrową tak jak tort. Podczas urodzin Meli był spory upał, na zdjęciach widać jak biedny torcik lekko się błyszczy, górna warstwa lukru nieco się rozpuszczała już podczas dmuchania świeczki. Ale smak był wyjątkowo dobry, a radość Meli na widok tego torciku - nie do opisania!!!

100 lat dla mojej Meli, cudownej, rezolutnej, łobuzerskiej i przeuroczo kochanej dziewczynki!!!

Oto jak wyglądał Mimi, gdy do nas trafił:

a tak wygląda dziś...


Na torcie prezentuje się jednak jak za czasów swojej świetności :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...