Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wegetariańskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

Ja też! Tarta ze szparagami, parmezanem i jajkami.




- Ja też!

Czy macie w swoim otoczeniu, osobę, która, cokolwiek nie powiecie - odpowiada: Ja też?!

Ja też :) Zaskakujące, jak pewne zbieżności poglądów, opinii, zainteresowań - mogą wywołać ogromnie różne reakcje. Czasem to bardzo irytuje. Czasem jest zwyczajnie nudne. A czasem - bardzo kręci! Bez względu na płeć i wiek - krążymy wśród dziesiątków spotykanych ludzi i w tym misz maszu napotykamy osoby nam podobne.

Przyjemnie jest mieć kogoś kto rozumie, łapie w lot nasze żarty, podteksty i niedopowiedzenia, z kim można się porozumieć niemal bez słów. Z kim można chichotać, kto śmieje się tak samo głośno i często i tak samo łatwo nawiązuje kontakty. Przyjemnie wreszcie zrozumieć, że samemu nie jest się nadekspresyjną, niemożliwą gadułą, ocierającą się o krawędzie błazeństwa! Przyjemnie jest zobaczyć na własne oczy: jest nas więcej! Mieścimy się w normie, a nie na społecznym marginesie!

Zapewne wielu jest ludzi, którzy nie lubią kotów, mogą przyjąć hektolitry sosu sojowego, wiele kobiet, które uważają, że Dr House jest seksowny. Co jeszcze wyznacza to podobieństwo poglądów, charakterów, co warunkuje dobre samopoczucie w towarzystwie drugiej osoby? Może to jakieś ulotne substancje, może to jakieś fale o zbliżonej częstotliwości, bo przecież często używa się takich paranaukowych metafor, jak: między nimi jest chemia, nadają na tych samych falach.

Tego nie wiem. I choć ciągle mam ochotę odnotowywać kolejne podobieństwa - nie zagłębiam się bardziej w temat. Cieszę się, że miałam szansę spotkać aż kilka takich osób. Bratnich dusz, dzięki którym każdy aspekt życia, jak szkoła, praca, wychowanie dzieci - staje się łatwiejszy.



Czasem zdarza się moment ogromnego niedowierzania:

- To było z Monty Phytona, nie pamiętasz?
- Nie. Nienawidzę Monty Phytona...
- Nie...? Jak to?!
- Cóż... czymś musimy się przecież różnić :)


dla wszystkich bratnich dusz, które przepadają za szparagami - tych zapewne jest wiele!

TARTA ZE SZPARAGAMI, PARMEZANEM I JAJKAMI

Przepis z książki "Tarty. Słodkie i pikantne", wyd. MUZA S.A.,  z moimi modyfikacjami

  • 100 g masła
  • 175 g serka kremowego (Philadelphia, Piątnica, Turek)
  • 1,5 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • kilkanaście łodyg szparagów (według książki 175g)
  • 2 żółtka
  • 3 całe jajka (według książki 5 całych jajek)
  • garść parmezanu
  • szklanka śmietanki 18% (według książki 12%)
  • sól i pieprz

Z masła, mąki i serka z solą zagniotłam ciasto i odstawiłam do lodówki na pół godziny. Następnie wyłożyłam ciastem naczynie do pieczenia tarty (może być tortownica, lub każde inne żaroodporne naczynie), na wierzchu ciasta położyłam arkusz papieru do pieczenia i wysypałam suche ziarna fasoli. Piekłam w 175C przez ok. 25 minut.



Szparagi zblanszowałam kilka minut w osolonej wrzącej wodzie i odcedziłam. Przełożyłam na upieczony spod tarty. 3 jajka delikatnie rozbijałam na spodeczek (po jednym) i delikatnie przekładałam na szparagi. 2 żółtka wymieszałam ze śmietanką i parmezanem, doprawiłam solą i pieprzem, przelałam na powierzchnię szparagów i jajek. Tartę zapiekałam jeszcze kolejne 15-20 minut, aż jajka się zestalą.

Najlepiej smakuje na ciepło!




Dodaję do akcji: Czas na piknik!

Czas na piknik

oraz: Sezon na szparagi.

Sezon na szparagi

sobota, 12 maja 2012

Chcę być taka jak Ty. Gazpacho. Na piknik!





- Kiedy dorosnę, kiedy będę duża, chcę być taka jak ty.

Rozpływam się. Powtarzam w myślach to, co przed chwilą usłyszałam i jestem bliska łez wzruszenia.

Czyli jaka...? myślę sobie... Nie muszę długo czekać na odpowiedź.

- Chciałam by mieć kolczyki i będę mogła wszystkiego dosięgnąć!

Moment ogromnego rozczarowania szybko znika, po chwili głośno się śmieję i mocno przytulam córeczkę do siebie!

Słowa Meli są ze mną cały dzień. Opowiadam je koleżankom z pracy. Żartuję, że muszę się chyba bardziej postarać, bo te kolczyki i sięganie to jest cecha jakże wielu kobiet!



Wieczorem, w domu, przeglądam trochę zdjęć, na których jestem tylko z mamą. Przyglądam się i próbuję przypomnieć sobie, co wtedy czułam. Nie pamiętam już, czy kiedyś chciałam być taka jak Mama. I co to mogło oznaczać. Najwcześniejsze wspomnienie związane z Mamą to mgliste wyobrażenie - Mama idzie po kamienistym dnie rzeki Poprad i usiłuje dogonić sitko, które porwał nurt. Musiałam być młodsza od Meli i pamiętam tylko długie nogi Mamy kroczącej jak czapla.

Dzień Matki nadchodzi bardzo szybko. Przygotowania w przedszkolu idą pełną parą. Mela ćwiczy jakieś wierszyki, które przedszkolanki wydrukowały na kolorowym papierze i rozdały rodzicom. Ogłoszenie "przynieść strój galowy" przypomina mi podstawówkę. Dziś nie mam czasu więcej wspominać. Poza tym... tylko się rozklejam. Próbuję narzucić sobie samodyscyplinę i odsunąć na bok sentymenty.

Wiosna jest cudowna.

Weekendy na świeżym powietrzu, nowy koc piknikowy - ciekawe czy Mela to zapamięta, oprócz kolczyków :)




GAZPACHO - chłodnik z pomidorów

  • kilka dojrzałych pomidorów (użyłam 6 malinowych)
  • 1 ogórek
  • pół czerwonej papryki
  • 1 łodyga selera naciowego
  • pół czerwonej cebuli
  • ząbek czosnku
  • 2-3 łyżeczki octu balsamicznego
  • trochę oliwy
  • łyżeczka bulionu w proszku bez glutaminianu sodu
  • sól i pieprz

Do przyozdobienia: kawałki obranych ogórków, paski papryki, łodygi selera naciowego.


Andaluzyjski chłodnik jets idealny na lato, do pracy, na pikniki, na grila, a nawet - jak stwierdził nasz przyjaciel - stanowi najdoskonalszą bazę do krwawej Mary :)

Pommidory sparzyłam, obrałam ze skóry, wrzuciłam do blendera, dodałam obranego ogórka i paprykę, czosnek, cebulę i resztę składników. Zmiksowałam na gładki krem. Idealnie jest, jeśli macie dość czasu, żeby Gazpacho się przegryzło, co najmniej kilka godzin w lodówce.

Moje dzieci mnie kulinarnie zaskakują, tym razem zgodnie odmówiły jedzenia chłodników, mimo iż w ubiegłym roku bardzo im smakowały. Cóż - podobno tylko krowy nie zmieniają zdania :)

Czy też tak bardzo cieszycie się z pojawiających się już tu i ówdzie przepysznych pomidorów???




Chłodnik doskonale można przetransportować w kubku termicznym (chodzi o utrzymanie chłodu of korrrs), w termosie, ale też w zwykłej szklanej butelce czy innym słoiku. Z nami "zaliczył" już działkę oraz plener, więc trafia do akcji "Czas na Piknik", już trzecia edycja!

Czas na piknik
klinkij tu!

czwartek, 12 stycznia 2012

Nominacje... Zupa z kasztanów i soczewicy



Styczeń to czas nominacji, podsumowań, rankingów ubiegłorocznych wydarzeń artystycznych, filmów. Jeszcze kilka (a może już kilkanaście) lat temu, z uwagą śledziłam nominacje Oscarów, nastawiałam budzik w nocy, by obejrzeć galę wręczenia nagród.

Zawsze zastanawiało mnie czemu wszystkie kategorie obejmują filmy anglojęzyczne, gdzie startować mogą filmy z wielu krajów (bo w wielu krajach mówi się po angielsku!), zaś na całą resztę, nierzadko świetnego kina, przydzielono jedną kategorię - film nieanglojęzyczny. Przykładowo, węgierski film, gdzie zagrali fenomenalni aktorzy, nie może startować w kategoriach scenariusz, aktor, kostiumy - może liczyć na uznanie w worku "film nieanglojęzyczny".

Nie śledzę już Oscarów, choć mój tata często tłumaczy na żywo transmisję z gali. Jeśli nie mogę spać w nocy, włączam na chwilę telewizor i słyszę znajomy głos :)

Gdybym mogła, sama zgłosiłabym kilka nominacji:

W kategorii najlepsza aktorka dramatyczna nominuję swoją córkę, za sceny pod tytułem "Mama, nie idź do pracy!!!". Moja córka ma niekwestionowany talent i poradziłaby sobie z graniem kilku postaci w jednym, tym samym przedstawieniu - tak szybko umie zmieniać maski (gniewną, obrażoną, zrozpaczoną), tembr głosu i tak doskonale wyczuwa emocje widza.

W kategorii najdłuższy pocałunek na ekranie nominuję siebie i swojego synka, za scenę "Poranne czułe pożegnanie". Całuje mnie kilkanaście razy i opóźnia moje wyjście z domu, co chwila podchodzi po kolejne buziaczki.

W kategorii najlepszy make up i kostiumy nominuję siebie, za charakteryzację pod tytułem "Outfit do pracy". Po blisko trzech latach noszenia legginsów, klapek, luźnych tunik i jedynie śladowego makijażu - założyłam b.wysokie obcasy, w których wytrzymuję 8 godzin, używam tuszu do rzęs i przez cały czas pracy pamiętam, że go nałożyłam i nie rozmazuję ani odrobiny. Do tego poranne ułożenie włosów zajmuje mi kilka minut. Właściwie to mogłabym nominować siebie także w kategorii metamorfoza roku. Dla porównania - jak to było przed metamorfozą...

W kategorii aktor w najlepszej roli drugoplanowej nominuję mojego męża, za rolę w scenach "Welcome home". Kacper wraca godzinę przede mną, wychodzi z psem i gotuje lub podgrzewa obiad!

W kategorii najlepszy scenariusz adaptowany nominuję całą swoją rodzinę za adaptację filmów i seriali: Pełna Chata, Gotowe na Wszystko, Obłęd, Waleczne serce, Moda na sukces, Lepiej późno niż wcale i Lepiej późno niż później, Prawdziwe męstwo, Firma, Working Nine to five i wielu wielu innych. Brakuje tylko czasu na Seks w wielkim mieście.

Chętnie poznam inne kandydatury w wyżej wymienionych kategoriach!

Tymczasem poczęstujcie się pożywną i aromatyczną zupą Nigelli Lawson z książki "Nigella Świątecznie". Przepis, który podaję jest po moich modyfikacjach.

P.S. trochę rzadziej się pojawiam ostatnio, więc wszystkich zapraszam - z okazji wpisu o aktorach i Oscarach, do przeczytania zeszłorocznej ciekawej, kobiecej dyskusji o Leo DiCaprio i innych przystojnych jegomościach ze świata filmu oraz kolejnego chronologicznie wpisu zmianie gustu, o męskich typach - obiektach pożądania kobiet :))) może pojawią się Wasze nowe głosy w dyskusji!



ZUPA-KREM Z SOCZEWICĄ I KASZTANAMI

dla 4-6 osób
  • 1/2 cebuli
  • 1/2 pora
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 małe marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 2 łyżki oliwy
  • 250g czerwonej soczewicy
  • 1,5 l wody i bulion w proszku bez glutaminianu sodu
  • 250g (1 puszka) obranych, jadalnych kasztanów
  • 50ml wiśniówki (Nigella zaleca sherry, ale polska wiśniówka jest świetna - po prostu mocna!)
  • sól i pieprz
  • opcja dla mięsożerców - kilka plastrów boczku wędzonego do podania





Na oliwie podsmażyłam posiekane byle jak: czosnek, cebulę, por, seler i marchewkę. Przez kilka minut, żeby zmiękły. Dodałam soczewicę (nie namaczałam wcześniej), chwilę podgrzewałam, wlałam wodę wymieszaną z bulionem (ilość proszku w stosunku do wody trzeba obliczyć według przepisu na opakowaniu bulionu). Gotowała około 30minut. Następnie dodałam kasztany i zmiksowałam na gładki krem. W czasie, gdy zupa się gotuje nie-wegetarianie mogą podsmażyć boczek posiekany w cienkie paseczki, aż będzie rumiany i chrupiący. Gotową zupę dekorujemy boczkiem i zajadamy!





Przepis dodaję do durszlakowej akcji "Ministerstwo zupy"

Ministerstwo Zupy


czwartek, 24 listopada 2011

Marokańska zupa korzenna z suszonymi morelami.

Emocje i hormony - to podtytuł.


Kilka razy czytałam już u "blogowych" koleżanek o pewnym przestrojeniu hormonalno-emocjonalnym, które nastąpiło po porodzie. Ja przestrojenie zaobserwowałam także u siebie, ale nie łączyłam go z porodem, a raczej z porodami. Lektura wyżej wspomnianych dziewczyn uświadomiła mi jednak prawdopodobne źródło moich nietypowych zachowań oraz powszechność i skalę tego zjawiska. Nie wyjaśnione pozostaje jak je zwalczyć, bo płaczliwa jestem do granic możliwości, a sytuacje, w których łzy i szlochy następują - irytują mnie samą najbardziej!

Dawniej byłam takim wrażliwszym dzieckiem, wiadomo, dziewczynka z zapałkami, król lew, My girl i wiele, wiele innych filmów, które u dzieci i nastolatków wywołują wzruszenie i łzy. No więc łzy były.

W miarę dorastania wszystko się jakoś ustabilizowało, tzn. łzy były dalej, ale nie jakoś przesadne. Umiarkowane i nie wstydliwe.

Łzy były i na ślubie, ale to nie tylko wzruszenie, ale też stres, pewna trema i napięcie. Były przy porodzie, ale to też ból, zmęczenie, radość, wszystko przemieszane. A wiadomo, że kobieta jak czuje zbyt wiele sprzecznych odczuć naraz - najlepiej się rozładuje płacząc.

Ostatnio jednak mój stan osiągnął zenit! Jestem wściekła sama na siebie, bo jak wyjaśnić, że popłakuję podczas finału mistrzostw świata w piłce nożnej, kiedy ze świecą szukać na świecie osoby, która mniej ode mnie interesuje się piłką, sportem, piłkarzami, stadionami?!

Jak wyjaśnić, że drżącym głosem mówię "Brawo Justyna", kiedy zakładają jej złoty medal na szyję? I łzy ciekną po policzkach i potem płaczę już ze złości, że taka ze mnie łzawa idiotka!!!

Popłakuję teraz wyjątkowo często: gdy urodziło się dziecko szwagra, gdy przyjaciółka ujawniła długo ukrywaną ciążę, gdy przyjechałam do szpitala do mamy i się okazało, że już po operacji, gdy Mela narysowała po raz pierwszy swoją rodzinę w komplecie na jednej kartce, gdy ją odbierałam pierwszego dnia z przedszkola, gdy zadzwonili, że proponują mi pracę, gdy w serii "Katastrofa w przestworzach" stewardesa liczy ocalałych pasażerów, gdy E.T, gdy Śnieżka, gdy Bernard i Bianka, gdy Lilo i Stich, Tomek i Przyjaciele, siatkarze, łyżwiarki z brązowym medalem, Ekspres Polarny i setki innych sytuacji.

Nie wiem, czemu nic nie znaczące dla mnie wydarzenia, jak mecze - bo kibicem nie jestem, wywołują aż takie emocje. I szczerze mówiąc - nie interesuje mnie teraz czemu. Teraz chcę wiedzieć jak przestać. Filtrować emocje i kontrolować swoje reakcje. Szkoda, że o tym blogowe koleżanki nie napisały :)


Ostatnio przeglądałam "Książkę kucharską dla kobiet w ciąży" i znalazłam przepis na bardzo oryginalną zupę marokańską. Oto on:




MAROKAŃSKA ZUPA Z CIECIERZYCY ZE SZPINAKIEM I SUSZONYMI MORELAMI
przepis Fiony Wilcox
  • 2 cebule (użyłam czerwonych)
  • 3 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • 1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka kminu
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • puszka ciecierzycy
  • 100g mrożonego szpinaku
  • 10 suszonych moreli
  • 200ml soku pomarańczowego
  • sok z jednej cytryny
  • 500 ml bulionu (używam wody i eko bulionu warzywnego w proszku)
  • sól i pieprz do smaku


Połączenie smaków w tej zupie jest niezwykłe, ale efekt końcowy - wspaniały!


Cebulę i czosnek posiekałam i podsmażyłam na oliwie. Dodałam przyprawy wymieszałam, wsypałam ciecierzycę, mrożony szpinak i chwilę gotowałam. Wkroiłam posiekane morele. Potem wlałam sok z cytryny, sok z pomarańczy, dodałam bulion w proszku i pół litra wody i wymieszałam. Chwilę gotowałam, następnie spróbowałam, dodałam soli do smaku i gotowałam ok.20 minut. Na sam koniec dodałam pieprz do smaku. Zupę można jeść "w kawałkach" lub zmielić w malakserze - lepiej w malakserze, bo jest wtedy ciekawie ziarnista. W dzbanku koktajlowym zmiksuje się na gładki krem, co też będzie smaczne, ale uważam, że ziarnista faktura jest lepsza. Polecam to danie, jest bardzo oryginalne!








piątek, 12 sierpnia 2011

Daj się uwieść... matematyce...? Ziemniaki + cukinia + mozzarella

 
 
Wczoraj znalazłam gdzieś link do strony Gazety Wyborczej z listą książek - bestsellerów, które Polacy masowo kupowali przed wakacjami. Jest tam dział literatury pięknej, literatury faktu i kategoria dla dzieci i młodzieży. Wśród tych książek, na 9 miejscu w dziale literatury faktu znajdziemy esej popularnonaukowy "Matematyka. Daj się uwieść" Christoph Drösser. Ten sam autor figuruje również 4 punkty niżej, tym razem próbuje tak: "Fizyka. Daj się uwieść".

Cholera jasna! Prawie się skusiłam. Już byłam na stronie empiku i nawet włożyłam do przechowalni.

Jak ja nienawidzę matematyki!!! Mój wujek często lubił powtarzać, że matematyka jest piękna i abstrakcyjna. Dla mnie jest wyłącznie abstrakcyjna. To czemu tak bardzo żałuję, że totalnie jej nie ogarniam? Jakoś podświadomie chciałabym rozumieć, kumać i funkcjonować w świecie cyfr, wielomianów, różniczek i funkcji kwadratowych. W szkole zawsze czułam szczególną dumę i radość, gdy przypadkowo zrozumiałam o co chodzi w jakimś zadaniu ... :)

Tak jak ktoś, kto aspiruje do pewnej klasy, ale wie, że nie ma na to szans - jednak cieszy się z najmniejszej namiastki awansu :)

Na moich studiach na pierwszy rzut oka mogłam rozpoznać tych, którzy nie będą mieli żadnych problemów z przeliczaniem stężeń, statystyczną obróbką wyników i będą ogarniali całe matematyczne gówno. Oni to po prostu mają wypisane na twarzy. Podczas wykładów obserwowałam ich i aż wyczuwałam procesy szybkich obliczeń, które zachodziły w tych mega mózgach. Cała tablica zapisana wzorami kredą, wszystko jakieś nierówne i zamazane, ja totalnie nie wiem o co chodzi, a tu jakiś mózgowiec podnosi rękę i zagaduje panią profesor:

- Przepraszam, czy tam nie powinien być minus?
- Gdzie?
- O tam w trzeciej linijce przed nawiasem.
- W trzeciej? O, a, rzeczywiście tu, no tak, to teraz tu będziemy mieli tak, a tu tak (przez jeden pierdzielony minus zaczęła zmazywać znaki w kolejnych linijkach i wszystko co ślepo, nic nie kumając przepisałam było do wyrzucenia). Chrzanić to, nie przepisuję od nowa!

Jakimś cudem nauczyłam się na pamięć kilka gotowych zadań z całymi wzorami (dobrze, że mam dobrą pamięć!) i jeszcze większym cudem zaliczyłam matematykę na 3 (z minusem, jak raczyła podkreślić z wyraźną niechęcią pani profesor - nie ma takiej oceny jak 3-, w indeksie jest 3, ale tak mi dogadała, bo wykładowcy matematyki nie lubią takich jak ja, którzy widząc tablicę usraną wzorami otwierają buzię i mają tępotę w oczach).

Mam gdzieś książkę z listy bestsellerów, nigdy nie dam się uwieść matematyce! Powiem więcej: matematyka nie jest ani piękna ani abstrakcyjna - jest po prostu niezdrowo zakręcona...

Jakie książki Wy kupiliście lub pożyczyliście na lato? Ja uwielbiam kryminały Donny Leon, najbardziej, oprócz intrygi, lubię domowe sceny i szczegóły dotyczące tego co komisarz Brunetti zjadl z żoną na obiad, lub jak siadają i podczas rozmowy piją schłodzone prosecco...

A wczoraj na obiad były...

PLACUSZKI ZIEMNIACZANO-CUKINIOWE PRZEKŁADANE MOZZARELLĄ
  • 0,5kg ziemniaków
  • 1 cukinia
  • pół cebuli
  • szklanka mąki
  • 1 jajko
  • sól, pieprz
  • bulion w proszku bez glutaminianu sodu
  • olej do smażenia
  • 1 opakowanie mozzarelli (125g po odcieku)
  • Opakowanie jogurtu greckiego
  • ząbek czosnku
  • pęczek szczypiorku


Ziemniaki i cukinię obrałam, starłam na tarce o grubych oczkach, cebulę posiekałam i wrzuciłam wszystko do miski.  Dodałam mąkę i roztrzepane jajko + przyprawy. Wymieszałam dokładnie i nakładałam łyżką na rozgrzaną patelnię z olejem. Użyłam oleju ze słoika po suszonych pomidorach - zawiera dużo przypraw, co dodaje fajnego smaczku plackom. Smażyłam z obu stron i odsączałam na ręczniku papierowym. Można te placki jeść w takiej postaci, z jogurtem zmieszanym z czosnkiem i szczypiorkiem, ale ja trochę pomysłowo zrobiłam z nich danie ze stopioną mozzarellą.
Mozzarellę pokroiłam w plasterki i obtoczyłam w mieszance mąki, soli i pieprzu. Smażyłam na patelni bez tłuszczu aż się rozpuściła i zarumieniła. Oczywiście plastry niemal natychmiast straciły swój kształt, ale to nie szkodzi. Na talerzu położyłam placek, na tym mozzarellę, potem kolejny placek, znów mozzarellę itd. U mnie wyszły przekładańce z 3 sztuk placków, można zrobić wyższe, ale ciężko będzie je kroić. Można posypać szczypiorkiem, albo nawet miętą. Pyszne :)










poniedziałek, 13 czerwca 2011

Granice ludzkiej wytrzymałości

Granice wytrzymałości człowieka zadziwiają, a to, co zadziwia najbardziej, to, że u każdego ta granica leży gdzie indziej. Jedni są zdolni wytrzymać głód, zimno i ogromny wysiłek fizyczny, inni są wytrzymali na ból, jeszcze inni są obojętni na wzruszające sceny i cierpienie innych, ale za to mdleją na widok najmiejszej ilości krwi. Wielu twardzieli na pewno wymiękłoby w moim domu. Harmider powstały z udziałem dwójki nieustannie jędolących lub hałasujących dzieci i psa wystawia mój organizm na próbę tak ciężką jak wspinaczka na Mount Everest. Z resztą chyba sama Martyna Wojciechowska, którą szczerze podziwiam, powiedziała w jednym z zywiadów, że zdobycie Korony Ziemi jest latwiejsze niż wychowanie dziecka... Cóż, być może tak jest...

Jakie są moje granice? Wytrzymuję dużo, chociaż moje dzieci przez większość dnia są rozkoszne... Lecz gdy mieszkamy z dziećmi trzeci tydzień u mojej mamy, gdzie pomagamy jej po operacji, gdy dwoje dzieci pod rząd się rozchoruje, a ja się zarażę od nich i też jestem chora, gdy od 5:40 rano jestem na nogach, bo tak wstaje mój kaszlący synek, gdy kursuję między butelką mleka, zupką, apteką, wycieraniem glutów z małych nosków, podawaniem antybiotyku i innych lekarstw (hitem jest wkraplanie trzylatce kropli do oczu!!!), dbam, żeby mama miała herbatę i obiad, a pod koniec tego wszystkiego włożę synka na 10 minut do kojca, by chwilę odpocząć i po tych 10 minutach wracam i zastaję cały kojec wymazany gównem - dokładnie powcieranym w materacyk, podusię i zabawki - tutaj właśnie leży moja granica wytrzymałości i z głośnym płaczem biegnę do mamy...

Nie wytrzymam. Nie mam już siły. Niech leży w tym gównie, bo ja już nie mam siły tego wszystkiego teraz sprzątać... łkałam mamie koło łóżka..

Stopniowo rozpoczęłam odgównianie strefy, zaczęłam od kąpieli Wojtusia, a potem prania zabawek i pościeli. Kilka dni po tym wydarzeniu śmiejemy się tylko, że wagoniki z bajki "Stacyjkowo", które tego dnia znajdowały się w kojcu, zamiast pryzmy węgla, załadowano pryzmą gówna...

Szybko się uspokajam i wszystko wraca do cudownie chaotycznej normy. Następnego dnia Wojtuś chyba się zorientował, że robienie kupy w łóżeczku turystycznym to chyba za dużo - że aż na tyle nie może sobie pozwolić, w związku z czym uraczył mnie jedynie obsiusianiem prześcieradełka i kawałka podusi, świeżo upranej i wysuszonej po wczorajszym gównianym show!

Gdy dzieci chorowały nie miałam zbyt dużo czasu by ugotować coś oryginalnego i robić aktualnych wpisów na blogu. Niestety zaraziłam się od dzieci i muszę poodgrzewać trochę starych kotletów, czyli dań z przed kilkunastu dni, których nie miałam szansy pokazać wcześniej na blogu. Ostatni moment przed końcem sezonu szparagowego sklonił mnie do zrobienia bardzo prostej i przepysznej zapiekanki:

SZPARAGI ZAPIEKANE Z POMIDORKAMI KOKTAJLOWYMI
  • wiązanka zielonych szparagów (kilkanaście lodyg)
  • opakowanie pomidorków koktajlowych (0,5kg)
  • kilka łyżek oliwy
  • garść świeżego rozmarynu
  • sól, pieprz
  • płatki parmezanu do podania
Szparagi umyłam, osuszyłam i obrałam. Położyłam w naczyniu do zapiekania i wymieszałam z oliwą, posypałam solą i pieprzem. Pomidorki umyłam, ponakłuwalam i obtoczyłam w oliwie z przyprawami. Posypalam posiekanym rozmarynem, jedną łodyżkę ulożyłam na wierzchu dania. Warzywa wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do ok. 200C na jakieś pół godziny (właściwie to trzeba sprawdzać, czy szparagi są już miękkie, może wystarczy krócej piec). Gdy pomidorki puściły dużo soku i skórka się przyrumieniła - zapiekanka byla gotowa. Trzeba odczekać chwilę, by nie była tak potwornie gorąca (jak jest duży upał to można odczekać nawet dłużej) i posypać wierzch zapiekanki płatkami parmezanu, grana padano lub pecorino - każdy z tych serów będzie bardzo dobry. Smacznego!








środa, 8 czerwca 2011

MINESTRONE W SAM RAZ DLA DZIECI


Mój mąż codziennie po powrocie z pracy droczy się ze mną rzucając hasła, typu:

- Kochanie, błagam, powiedz, że na obiad jest rozgrzewający rosół!!!
albo
- Zrobisz mi herbatę?
- Mogę się do ciebie przytulić? Strasznie zmarzłem wracając!

Dodatkowo cały czas podśmiewa się, że dla dzieci, w te upały,  na obiad robię zupy! To prawda, ale ja podaję je w temperaturze pokojowej (która niestety jest DOŚĆ wysoka) i upieram się, że to najlepszy sposób na karmienie dzieci w upały: zupa uzupełnia płyny, dostarcza miękkich, zdrowych jarzyn, nie jest jakimś ciężkostrawnym mięsem - a co najważniejsze - moje dzieci chętnie ją jedzą! To zupełnie wystarczający argument - trzeba robić to, co dzieci lubią.

Najwięksi szczęściarze, to, według mnie dzieci, które urodziły się późną jesienią i na wiosnę są wystarczająco duże, by móc jeść młode warzywa i próbować świeżych krajowych owoców. Moja córeczka urodziła się latem, więc gdy zaczęłam podawać jej pierwsze niemleczne pokarmy - niewiele było do zaoferowania w środku zimy. Z kolei dzieci urodzone latem mogą się "załapać" na sezon dyniowy :)

Dla moich dzieci często robię zupkę, którą nazywam oszukanym minestrone. To po prostu zupa jarzynowa, nie na mięsie - kawałki dowolnych świeżych warzyw kroję w kostkę i gotuję w wodzie z dodatkiem ekologicznego bulionu w proszku, bez glutaminianu sodu. Dodaję zioła z balkonowego ogródka: liście bazylii, tymianku i rozmarynu. Cieszę się, że Mela i Wojtuś lubią takie zupki - wszyscy znajomi mojej mamy pytają, czy to na pewno moje dzieci - zasłynęłam w dzieciństwie tym, że jadłam tylko zupę pomidorową, a gdy natrafiłam na pływający kawałek warzywa - kończyło się to histerią i końcem posiłku!

Wszystkim rodzicom niejadków polecam wczesną "warzywną kampanię reklamową". Bawimy się w sklep, czytamy książeczki, razem kroimy i gotujemy. To faktycznie wspomaga warzywny apetyt :)

MINESTRONE

na 2 dni dla dwójki lub na raz dla 4 osób
  • 2 młode marchwie
  • 1 różyczka kalafiora
  • 1 różyczka brokuła
  • 2 młode ziemniaki
  • 1 łodyga zielonego szparaga
  • 1 pomidor bez skóry
  • ok. 7-10cm kawałek cukinii
  • kawałek kalarepki
  • liście bazylii, tymianku, rozmarynu
  • 1 łyżeczka bulionu w proszku bez glutaminianu sodu
  • łyżka oliwy
Warzywa umyłam, pokroiłam w kostkę i wrzucałam kolejno do gotującej się wody z bulionem. Na pierwsze 5 minut marchewka z ziemniakami i kalarepką, potem brokuł, kalafior i cukinia ze szparagiem, na końcu pomidor i zioła. Na samym końcu dodalam trochę oliwy. Zupę należy przygotować wcześniej, żeby zdążyła ostygnąć zanim dzieci zgłodnieją :)









Urocza książeczka do nabycia w Ikei, według mnie 2 lata+
Seria "Obrazki dla maluchów", wyd.Olesiejuk
DUKTIG Komplet warzyw, 14 szt.
komplet pluszowych warzyw do zabawy, Ikea
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...