Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 grudnia 2011

Gorąca czekolada z POLARNEGO EKSPRESU!!!



Z czystej ciekawości, a także z ogromną chęcią sprawienia dziecku największej przyjemności, spytaliśmy Melkę, co by chciała dostać pod choinkę. Zaproponowaliśmy napisanie listu do Świętego Mikołaja. To znaczy podyktowania swoich marzeń. Dzieci są tak wspaniałe i takie marzycielskie i oczywiście nie zdają sobie sprawy z możliwości realizacji swoich życzeń. Mówią to o czym marzą. To takie cudowne i czyste, bo gdyby ktoś spytał mnie o to samo, na pewno zaczęłabym się zastanawiać nad tym, co odpowiedzieć, żeby nie sprawić kłopotu, żeby nie trzeba było za tym ganiać po wielu sklepach, żeby nie uszczuplić czyjegoś budżetu...

Dziecko mówi absolutnie szczerze. Proste pytanie, prosta odpowiedź.

W tym roku Mela chciałaby Kubę i Gabrysia, kotka, i lalkę, której można myć główkę oraz...

JECHAĆ POLARNYM EKSPRESEM...



O tych pomysłach-marzeniach zrobię osobny wpis. Dziś taka refleksja o tym, co niemożliwe i jak sobie z tym radzić...

... pojechać Ekspresem Polarnym - jak mam to umożliwić...? Z całego cholernego listu najprościej pójść do sklepu i kupić Kubę i Gabrysia czy lalkę. Ale jakież to rozczarowanie, kiedy pod choinką nie będzie biletu na trasę Warszawa- Biegun Północny...? Czy Mikołaj jest taki magiczny, bo można go poprosić o wszystko?! Bo nie istnieje dla niego pojęcie "niemożliwe"? Czy to przesada, że się tym przejmuję, że nie chcę, żeby Mela doznała zawodu...? To takie przykre dla rodzica, powiedzieć dziecku: kotku, przykro mi, to niemożliwe... I choć wiem, że nieraz będę musiała tak powiedzieć, z różnych względów, w różnych sytuacjach, to jeszcze teraz nie chcę. Nie w tym wieku dzieci, nie w tych okolicznościach. Umożliwię i spełnię to życzenie na własny sposób!



Skoro o czymś bardzo marzy, trzeba spróbować temu zaradzić... Obmyślić coś, co zachwyci dziecko, mimo, że będzie wyłącznie namiastką pierwotnego życzenia. Co Mela bardzo, bardzo lubi w tej bajce, co jest szczególnie cudowne w podróży Ekspresem Polarnym? Jedna z ulubionych scen dzieci to poczęstunek - gorąca czekolada! To z łatwością mogę przyrządzić w domu, resztę pozostawiam wyobraźni. Mamy sporą pufę, która czasem jest dryfującym statkiem rozbitków, czasem samolotem, a dziś z łatwością może się stać przedziałem ekspresu :)

Wsiadajcie! Kto ma ochotę na gorącą czekoladę - ręka do góry!!!









GORĄCA CZEKOLADA Z POLARNEGO EKSPRESU
  • 100g czekolady, mlecznej, gorzkiej - jaką lubicie, ja użyłam 60% kakao
  • 1 i 3/4 szklanki mleka
  • 1/4 szklanki śmietanki do ubijania (do dolania do garnka)
  • 3/4 szklanki śmietanki - do ubicia śmietany do dekoracji
  • łyżka miodu
  • przyprawy: ja lubię z ekstraktem miętowym (można zamiast tego wrzucić i rozpuścić w czekoladzie dwa, trzy cukierki miętowe - takie landrynkowe), ale dla dzieci dodaję łyżkę przyprawy piernikowej lub sam cynamon (1/2 łyżeczki)



z akcesoriów przydatna może być zimowa piżamka z filiżanką parującej, aromatycznej gorącej czekolady!







W rondelku mieszam mleko ze śmietanką, dodaję posiekaną czekoladę i powoli podgrzewam, mieszając, aż cała czekolada się rozpuści. Dodaję miód i przyprawy, mieszam. W międzyczasie ubijam na sztywno śmietankę, przekładam do rękawa cukierniczego (niekoniecznie - można nałożyć na wierzch czekolady zwykłą łyżką, całość i tak opadnie). Gorącą czekoladę przelewam do szklanek czy kubków, dekoruję bitą śmietaną. Można dodać biało-czerwone świąteczne lizaki (ich aromat jest miętowy), posypać z wierzchu czekoladą w proszku lub cukrem cynamonowym, ozdobić skórką pomarańczową - możliwości jest mnóstwo!

Mela była zachwycona, myślę, że taka dawka słodyczy i atrakcji przy pomaganiu trochę ukoi żal, że przejażdżka prawdziwym ekspresem na razie jest niemożliwa :)

     

czwartek, 1 grudnia 2011

PIECZONE NUGGETSY DLA MALUCHÓW



Znacie moje podejście do równouprawnienia, nie jest takie skrajne, ale chodzi mi głównie o to, że przy dzieciach oboje rodzice są zaangażowani niemal na równi. Oboje dzielą się obowiązkami domowymi i opieką. Oczywiście, gdy kobieta jest na macierzyńskim, a ojciec idzie do pracy, to trudno o taką równowagę, ale ten kto zostaje w domu nie musi podpisywać na siebie wyroku ogarniania za karę całego domu, gotowania, prania, wyrzucania śmieci. Opieka nad dzieckiem - nie jakieś tam przypilnowanie, ale proces wychowania - to wystarczy jak na jeden etat. Resztę spraw domowych trzeba podzielić, zwłaszcza, gdy oboje z rodziców pracują. Nie może być tak, że wszystko co w domu należy do obowiązków kobiet, mimo pracy zawodowej.

Taki model jeszcze słabo funkcjonuje, przynajmniej w moim otoczeniu, wśród par, które znam...
A korzenie takiej wieloetatowej tyrki kobiet sięgają niepamiętnych czasów. Ciągle natykam się na dowody, co sądzono jeszcze kilkadziesiąt lat temu i jakie było miejsce kobiety.

Reksio. Nie oglądamy w tv, ale mamy dwie książki z bajkami do czytania o przygodach Reksia. Przerabiamy je po kolei. I ostatnio:

"Jest tyle wspaniałych zabaw, a letnie słońce zaprasza na długie wycieczki. Dokąd? Najlepiej nad jezioro.
- Mamo, czy mogę iść się wykąpać? - zapytał Adaś.
- Idź, idź, tylko bądź ostrożny i nie oddalaj się od brzegu - odpowiedziała z kuchni mama."

tekst Anna Sójka, "Wielka księga przygód Reksia", wyd. Papilion

Jak mama coś mówi, to nie w atmosferze autorytetu, tylko coś tam sobie gada z kuchni... szok, co?


Kiedyś było tak, że tata z doskoku, jak się pojawiał i jako głowa rodziny coś powiedział - to świętość... a mama niech sobie siedzi w tej kuchni...

Cóż, należy tylko odnotować i mieć na uwadze, żeby nie dać się "zamknąć" w kuchni i dbać o partnerskie relacje w każdym aspekcie życia domowego. Nie chcę, żeby się posypały na mnie jakieś gromy, bo nie jestem fanatyczną wojowniczką o prawa kobiet, mam po prostu zdroworozsądkowe podejście i widzę, że zarówno w wychowaniu dzieci jak i prowadzeniu domu, zupełnie inne efekty osiąga się w pracy zespołowej, gdzie każdy jest traktowany równo i ma sprawiedliwie przydzielone obowiązki.

och wyrzuciłam z siebie złość na nieszczęsnego Reksia :)

tymczasem... cieszę się ostatnimi tygodniami, kiedy jestem w domu z dziećmi. Właściwie tylko z Wojtusiem. Listopad był wyjątkowy pod wieloma względami, a szczególnie pod względem temperatury i słońca. Teraz słońca jest już mało, ale my sobie z tym radzimy! Wierzę w terapeutyczny wpływ kolorów, dlatego otaczamy się z synkiem słonecznymi przedmiotami, mamy żółty, ciepły kocyk na spacery, a kilkanaście dni temu przyszła do nas z MamaGama długo oczekiwana przesyłka* z termoizolacyjnym lunchboxem - naszą ukochaną pszczółką. Wydawać by się mogło, że termoizolacyjne opakowania sprawdzają się głównie latem, ale my się nimi zamierzamy nacieszyć zimą! Coś czego nie cierpię to lodowate przekąski! Teraz przed wyjściem na spacer wrzucam do piekarnika rożki ze szpinakiem i pyszne, pieczone nuggetsy z kurczaka, a gdy są bardzo gorące, przekładam do plastikowych pojemniczków i natychmiast chowam do naszej pszczółki. Wychodzimy, a gdy dojdziemy do parku i usiądziemy na pierwszy odpoczynek - zajadamy rozkosznie ciepłe, krzepiące, chrupiące smakołyki... nie ma nic lepszego na mglisty i pochmurny dzień - spróbujcie się wyrwać na krótki spacer!



PIECZONE NUGGETSY Z KURCZAKA Z PARMEZANOWĄ PANIERKĄ
  • podwójna pierś kury
  • pół szklanki maślanki
  • pół szklanki bułki tartej
  • pół szklanki tartego parmezanu
  • szklanka pokruszonych krakersów lub włoskich grissini (paprykowe będą najlepsze)
  • łyżeczka papryki
  • łyżeczka bulionu w proszku bez glutaminianu sodu
  • można dodać odrobinę soli
  • mnożna dodać odrobinę kurkumy dla pięknego, złocistego koloru


Kurczaka kroję w cienkie paseczki i wkładam do miski z maślanką i papryką suszoną. W ej marynacie powinien sobie poleżeć co najmniej pół godziny. Nagrzewam piekarnik do 190C. W tym czasie szykuję panierkę: w malakserze lub wałkiem rozdrabniam krakersy lub grissini na drobniutkie okruszki i wrzucam do miski razem z bułką tartą (można pominąć i dać więcej krakersów), bulionem w proszku i parmezanem. Nie używam soli, bo to danie głównie dla dzieci a bulion, parmezan i krakersy są wystarczająco słone.
Wyjmuję kurczaka z marynaty i ocieram nadmiar maślanki. Paseczki obtaczam w grubej warstwie panierki i układam w naczyniu żaroodpornym. Wstawiam do piekarnika na 18-20 minut. Podaję z jogurtem greckim wymieszanym z papryką w proszku i odrobiną soli i pieprzu lub ketchupem.
Moje dzieci przepadają za tymi nuggetsami, ja też je uwielbiam, są mięciutkie i bardzo smaczne, parmezan w panierce jest chrupiący i przepyszny. Można jeść na gorąco, na zimno, dodać do sałatki, zabrać do pracy - lub - jak my, na zimowy spacer.



nuggetsy i rożki ze szpinakiem - przepis tu.


na spacer zabieramy też kilka garści rodzynek... Wojtuś za rodzynkę zrobi wszystko!!! :)


Czy ta pszczółka nie jest cudowna i słoneczna? Zajrzyjcie do MamaGama po wiele innych wzorów lunchboxów...



* lunchbox z pszczółką otrzymałam od sklepu MamaGama w prezencie, można zatem dzisiejszy wpis potraktować jako sponsorowany. Moja opinia o produkcie jest szczera. Jakość, wzór, kolory, motyw - jestem zachwycona każdym szczegółem, dzieciom także się wyjątkowo podoba. Polecam na chłodne, jak i gorące dni - bo każda pogoda jest dobra, by wyjść z dzieckiem na spacer i wspólnie zjadać przygotowane w domu przekąski :)

niedziela, 18 września 2011

RAZOWE CIASTECZKA - wspomnienie lata



W minione wakacje...

Chrupaliśmy młode marchewki, jedliśmy soczyste arbuzy i pluliśmy pestkami, budowaliśmy i puszczaliśmy latawce, a nad rzeką obserwowaliśmy latające ważki...

Pytanie: co robiliście w wakacje? to chyba najczęściej zadawane pytanie we wrześniu. Padało zawsze na pierwszej lekcji z wychowawczynią, to dobrze pamiętam z podstawówki.

Oto "migawki" z moich wakacji z dziećmi, opowiedziane na talerzu pełnym pysznych, razowych, waniliowych, lukrowanych ciasteczek :)

RAZOWE CIASTECZKA
  • 2 szklanki mąki pszennej razowej
  • 1 szklanka mąki pszennej zwykłej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 150g masła
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (lub migdałowego)
  • 1 jajko

W misce utarłam masło z cukrem na jasną i puszystą masę. Dodałam jajko, ekstrakt waniliowy i wymieszałam. W drugiej misce wymieszałam oba rodzaje mąki, proszek i sól, po czym dodawałam partiami do masy maślanej. Po wymieszaniu wszystkich składników chłodziłam ciasto ok. 2h w lodówce (tak naprawdę to 25 minut w zamrażalniku, bo moja córeczka jest wyjątkowo niecierpliwa, jeśli chodzi o ciasteczka!). Następnie wałkowałam ciasto (najlepiej między dwoma kawałkami folii spożywczej), wycinałam kształty - tu trzeba przyznać, że dodatek mąki razowej bardzo utrudnia uzyskanie precyzyjnych kształtów. Jestem zakupocholiczką, jeśli chodzi o foremki do ciasteczek, ostatnio zostałam szczęśliwą posiadaczką ważki, latawca i marchewki, wszystko marki Birkmann. Czaję się jeszcze na palmę kokosową, źrebaka, nutkę, konika morskiego, salamandrę i wiele, wiele innych... Można przepuścić niezłą fortunę na takie urocze foremki... Wycięte ciasteczka przekładałam na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i piekłam 6-8 minut w 180C.

Do lukru użyłam tradycyjnie cukru pudru i wody oraz barwników spożywczych. Mam sporą kolekcję, wiele kolorów z aledobre.pl. Najbardziej cenię sobie barwniki Wilton. Są bardzo wydajne, odrobina nabrana na koniuszek wykałaczki pozwala na uzyskanie intensywnego koloru, dodatkowo barwniki dobrze mieszają się między sobą i tak z royal blue i amarillo limon uzyskałam piękny trawiasty kolor, co nie udawało mi się podczas korzystania z barwników Squires Kitchen (które również cenię, ale nie da się z nich robić "autorskich" mieszanek i odcieni).

Nie mam profesjonalnych narzędzi do lukrowania - moje ciasteczka ozdabiam za pomocą łyżeczki od kawy i wykałaczki. Mojej córeczce kupuję gotowe lukry w tubce - tak jest jej łatwiej "tworzyć".

Należy zachować odstępy między nakładaniem obok siebie lukrów o różnych kolorach - niestety zbyt wczesne nałożenie odcieni powoduje ich mieszanie się. Bezpieczny odstęp to ok.15-20 minut, a na granicy czerwonego i białego, nawet pół godziny.

Po lukrowaniu i odczekaniu aż lukier wyschnie można już tylko cieszyć się smakiem :)

Zapraszam też do obejrzenia moich poprzednich "sesji" pieczenia i lukrowania tu, tu i tu.. Dziś niestety na zdjęciach nie załapały się dzieła lukrowe mojej córeczki, która wyraźnie inspiruje się kubizmem :)





poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Gdzie byłam, co polecam. Kazimierz Dolny. Placuszki z ricottą i nektarynką.

W te wakacje zajrzałam do kilku polskich cudownych miast i miasteczek. Wiem, że powinnam opowiedzieć o tym, co zwiedziłam, ale to sama nuda. Jak ktoś chce może zajrzeć do przewodnika. Dla mnie istotne są miejsca, gdzie można coś dobrego zjeść, kupić jakieś oryginalne drobiazgi...

Na pierwszy ogień: Kazimierz Dolny. Nie byłam tam od 15 lat i wszystko co pozytywne, co trwało w moich dziecięcych jeszcze wspomnieniach  - uległo zmianie i trochę mnie rozczarowało. Po pierwsze Kazimierz to miasto wyjątkowo nieprzyjazne niepełnoprawnym i rodzicom z dziećmi. Na górę trzech krzyży są tylko schody - cóż, były i dawniej, ale można by obok zbudować pochyłą trasę na szczyt, którą da się pokonać wózkiem... Nie ma przewijaków w knajpkach, nie ma krzesełek do karmienia dzieci... Może to rzeczywiście miejsce, gdzie warto przyjechać bez dzieci, na romantyczny weekend - chociaż na razie nie mam tego w planach :)

Miejsce, które trzeba "zaliczyć" w Kazimierzu to herbaciarnia "U Dziwisza". Gustowne, pozbawione pretensjonalnego charakteru wnętrze, wspaniałe, smakowite ciasta i oczywiście herbaty. Takie przez "duże H". Wszyscy polecają, żeby koniecznie zjeść u Dziwisza andruty przełożone kremem. Nie skusiłam się, może następnym razem, za to inne ciasta wyborne! Zaopatrzyłam się w dwa opakowania herbat, chociaż u znajomych próbowałam znacznie więcej rodzajów. Moje ulubione to sencha kaktusowa i sencha sweet orange. Gorąco polecam to miejsce, chociaż mój szwagier podśmiewa się, że w środku siedzą emerytowane intelektualistki i szepczą na jakieś wybitnie ważne i kulturalne tematy - warto przeżyć coś nawet tak odmiennego :) mają też sklep internetowy, chociaż jeszcze z niego nie korzystałam.

Drugi punkt to gadżety wnętrzarskie: cudowny jest dla mnie sklepik "Lawenda", mieszczący się w rynku. Mój łup to śliczna, nieduża paterka, którą pokazuję na zdjęciach niżej. Przemiła, dobrze doradzająca właścicielka, poinformowala mnie o stronie internetowej sklepu, gdzie warto zajrzeć. Urocze drobiazgi wnętrzarskie, porównując do cen warszawskich, wypadają bardzo atrakcyjnie.

Oczywiście bazar staroci w małym rynku to również świetne miejsce i można tam poszukiwać pięknych, rzadkich przedmiotów, ale w porównaniu z bazarem "Koło" w Warszawie, czy Jarmarkiem dominikańskim w Gdańsku - wypada drogo i blado.

Dziś proponuję apetyczne placuszki z serem ricotta i moim ulubionym "późnoletnim" owocem:

PLACUSZKI Z RICOTTĄ I NEKTARYNKĄ
  • 125g ricotty
  • 1 jajko
  • 3/4 szklanki maślanki
  • 1 szklanka mąki
  • pół szklanki cukru
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • 2 łyżki roztopionego masła
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 nektarynka, obrana i pokrojona w kostkę
  • kilka łyżek miodu
Ricottę rozgniotłam widelcem, wymieszałam z roztrzepanymi jajkami i maślanką. Dodałam roztopione masło, mąkę wymieszaną z proszkiem, ekstrakt waniliowy i sól. Na koniec wrzuciłam pokrojoną nektarynkę i wszystko wymieszałam. Ciasto nakladałam łyżką na rozgrzaną patelnię (bez tłuszczu), ale natychmiast zmniejszałam "ogień" - te placuszki mają to do siebie, że trudno ocenić czy są już wysmażone, bo ciasto jest miękkie i nawet gdy nie jest już surowe potrafi wyglądać jak płynne i "nie ścięte". Tak jednak ma być i tyle :) placuszki są przepyszne słodko-słone i moje dzieci je uwielbiają. Placuszki polewałam miodem, bo według mnie najbardziej pasuje do nektarynek. Można oczywiście użyć syropu klonowego lub innych sosów, ale najbardziej polecam przepyszny, naturalny miód - mój ulubiony jest ze spadzi iglastej...








czwartek, 30 czerwca 2011

PAKOWANIE!!! czas start!

Niedawno przypomniałam sobie króciutki fragment z autobiografii Julii Child: Statek, którym płynęła ze Stanów Zjednoczonych do Francji przybił do nabrzeża. Dźwig sprowadził na ląd auto Julii i jej męża Paula. Chłopaki od załadunku ochoczo wzięli wszystkie ich bagaże i wpakowali do bagażnika oraz na siedzenia. Paul robił przy tym miny wyrażające największe cierpienie. Gdy pakowanie się skończyło, powiedział Julii, że ma szybko wsiadać i czym prędzej odjechali. Zatrzymał się jednak kilka uliczek dalej. Po co? Żeby wyjąć wszystko - wszyściusieńko z auta i spakować od nowa. Tyle, że po swojemu!! Poprzednia opcja ułożenia bagaży tak bardzo mu nie pasowała, że aż go chyba parzyło :))) 

To było zupełnie, jakbym czytała o moim mężu. Albo moim tacie. Oni to uwielbiają inżynierskie podejście do pakowania. Oceniają kubaturę poszczególnych bagaży i najbardziej szczęśliwi są wtedy, gdy pomiędzy futerałem od gitary i wzmacniaczem (chodzi o mojego tatę) znajdzie się jakaś luka, gdzie doskonale wpasuje się torba z ubraniami. Lub maleńka kosmetyczka. Z kolei mój mąż uwielbia zdejmować koła wózka, składać stelaż i poszczególne elementy wózka rozkładać po wielu czeluściach naszego samochodu oraz w boksie dachowym... Ta czynność jednocześnie go denerwuje i uspokaja - tzn. na górze, w mieszkaniu denerwuje się na mnie, że tyle chcę zabrać, po czym, po zniesieniu wszystkiego na dół oddaje się swojej logistycznej pasji pakowania. Chwila namysłu... i paczka pampersów przejeżdża z boksa pod siedzenie pasażera. Druga chwila namysłu... i łóżeczko turystyczne Wojtusia jest obracane o 45 stopni, odsuwane o 15cm od boku bagażnika, a tam trafia namiocik Meli i paczka z psią karmą. Ha! Błysk w oku i duma, jak idealnie to obmyślił! 

Czy znacie taki program na Discovery o super kontenerowcach? Wszystkie kontenery są do siebie dopasowane co do milimetra, tak, że tworzą zwartą bryłę, a w komputerze jest zapis położenia poszczególnych ładunków. Plusy podróżowania z Kacprem są takie, że on też dopasowuje bagaże co do milimetra i mam świadomość tego, że przestrzeń nie mogła być lepiej wykorzystana. Mój mąż również ma w głowie wykaz położenia każdego drobiazgu. Minusy są takie, że gdy chcę coś wyjąć, to okazuje się, że torebka której potrzebuję jest na samym dnie dopasowanej grupy bagaży, a Kacper nie ma ochoty jej szukać, bo nie po to wszystko przez tyle minut ładował, żeby teraz to wywracać. W takim razie sama jej poszukam, mówię, i wtedy grymas przerażenia przebiega przez jego twarz. Przecież jeśli JA się do tego wezmę, to zaburzę układ idealny. A jaki on idealny, skoro kosmetyczka jest na dnie, bo tam powstała luka, która raziła mojego męża, jako źle zagospodarowana przestrzeń???

Dodam jeszcze tylko, że przestrzeń musi być należycie załadowana niezależnie od tego, czy jedziemy 2500km czy 25!

***********************
KOTLECIKI CIELĘCE Z CUKINIĄ I ZIOŁAMI PROWANSALSKIMI I SOSEM CONCASSE
  • 0,5 kg mielonej cielęciny
  • pół cukini
  • łyżka gotowej mieszanki ziół prowansalskich
  • łyżka posiekanej świeżej mięty
  • olej do smażenia (używam rzepakowy lub oliwę z wytłoczyn)
  • sól, pieprz
  • pół ząbka czosnku
  • 1 jajko
  • 1,5 łyżki bułki tartej
  • 1,5 łyżki mąki
na sos
  • puszka pomidorów krojonych
  • cebula
  • 2-3 łyżki masła
  • kilka liści bazylii

Mielona cielęcina jest u mnie "grana" bardzo często. Dzieci chętnie jedzą takie delikatne mięsko, więc co robić - często przyrządzam im kotleciki. Nie przepadam za tradycyjnym, wieprzowym kotletem mielonym. Parę miesięcy temu pokazywałam już moją wersję mieloniaka. Dziś nieco inaczej, z kawałkami cukinii i ziołami prowansalskimi.
W misce wymieszałam wszystkie składniki (mięso, przyprawy, posiekany czosnek, mąkę i bułkę tartą z jajkiem). Cukinię pokroiłam w drobniutką kostkę i wymieszałam z mięsem. Formowałam małe kotleciki, nieco spłaszczałam i smażyłam na rumiano. Przygotowałam sos: podgrzałam masło w rondelku, dodałam posiekaną cebulę i zezłociłam ją w tym maśle, wrzuciłam pomidory, doprawiłam solą i pieprzem, dodałam porwane listki bazylii. Kotleciki i sos podawałam z ryżem posypane miętą.
Gotowe!





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...