Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danie mięsne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Danie mięsne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 grudnia 2011

PIECZONE NUGGETSY DLA MALUCHÓW



Znacie moje podejście do równouprawnienia, nie jest takie skrajne, ale chodzi mi głównie o to, że przy dzieciach oboje rodzice są zaangażowani niemal na równi. Oboje dzielą się obowiązkami domowymi i opieką. Oczywiście, gdy kobieta jest na macierzyńskim, a ojciec idzie do pracy, to trudno o taką równowagę, ale ten kto zostaje w domu nie musi podpisywać na siebie wyroku ogarniania za karę całego domu, gotowania, prania, wyrzucania śmieci. Opieka nad dzieckiem - nie jakieś tam przypilnowanie, ale proces wychowania - to wystarczy jak na jeden etat. Resztę spraw domowych trzeba podzielić, zwłaszcza, gdy oboje z rodziców pracują. Nie może być tak, że wszystko co w domu należy do obowiązków kobiet, mimo pracy zawodowej.

Taki model jeszcze słabo funkcjonuje, przynajmniej w moim otoczeniu, wśród par, które znam...
A korzenie takiej wieloetatowej tyrki kobiet sięgają niepamiętnych czasów. Ciągle natykam się na dowody, co sądzono jeszcze kilkadziesiąt lat temu i jakie było miejsce kobiety.

Reksio. Nie oglądamy w tv, ale mamy dwie książki z bajkami do czytania o przygodach Reksia. Przerabiamy je po kolei. I ostatnio:

"Jest tyle wspaniałych zabaw, a letnie słońce zaprasza na długie wycieczki. Dokąd? Najlepiej nad jezioro.
- Mamo, czy mogę iść się wykąpać? - zapytał Adaś.
- Idź, idź, tylko bądź ostrożny i nie oddalaj się od brzegu - odpowiedziała z kuchni mama."

tekst Anna Sójka, "Wielka księga przygód Reksia", wyd. Papilion

Jak mama coś mówi, to nie w atmosferze autorytetu, tylko coś tam sobie gada z kuchni... szok, co?


Kiedyś było tak, że tata z doskoku, jak się pojawiał i jako głowa rodziny coś powiedział - to świętość... a mama niech sobie siedzi w tej kuchni...

Cóż, należy tylko odnotować i mieć na uwadze, żeby nie dać się "zamknąć" w kuchni i dbać o partnerskie relacje w każdym aspekcie życia domowego. Nie chcę, żeby się posypały na mnie jakieś gromy, bo nie jestem fanatyczną wojowniczką o prawa kobiet, mam po prostu zdroworozsądkowe podejście i widzę, że zarówno w wychowaniu dzieci jak i prowadzeniu domu, zupełnie inne efekty osiąga się w pracy zespołowej, gdzie każdy jest traktowany równo i ma sprawiedliwie przydzielone obowiązki.

och wyrzuciłam z siebie złość na nieszczęsnego Reksia :)

tymczasem... cieszę się ostatnimi tygodniami, kiedy jestem w domu z dziećmi. Właściwie tylko z Wojtusiem. Listopad był wyjątkowy pod wieloma względami, a szczególnie pod względem temperatury i słońca. Teraz słońca jest już mało, ale my sobie z tym radzimy! Wierzę w terapeutyczny wpływ kolorów, dlatego otaczamy się z synkiem słonecznymi przedmiotami, mamy żółty, ciepły kocyk na spacery, a kilkanaście dni temu przyszła do nas z MamaGama długo oczekiwana przesyłka* z termoizolacyjnym lunchboxem - naszą ukochaną pszczółką. Wydawać by się mogło, że termoizolacyjne opakowania sprawdzają się głównie latem, ale my się nimi zamierzamy nacieszyć zimą! Coś czego nie cierpię to lodowate przekąski! Teraz przed wyjściem na spacer wrzucam do piekarnika rożki ze szpinakiem i pyszne, pieczone nuggetsy z kurczaka, a gdy są bardzo gorące, przekładam do plastikowych pojemniczków i natychmiast chowam do naszej pszczółki. Wychodzimy, a gdy dojdziemy do parku i usiądziemy na pierwszy odpoczynek - zajadamy rozkosznie ciepłe, krzepiące, chrupiące smakołyki... nie ma nic lepszego na mglisty i pochmurny dzień - spróbujcie się wyrwać na krótki spacer!



PIECZONE NUGGETSY Z KURCZAKA Z PARMEZANOWĄ PANIERKĄ
  • podwójna pierś kury
  • pół szklanki maślanki
  • pół szklanki bułki tartej
  • pół szklanki tartego parmezanu
  • szklanka pokruszonych krakersów lub włoskich grissini (paprykowe będą najlepsze)
  • łyżeczka papryki
  • łyżeczka bulionu w proszku bez glutaminianu sodu
  • można dodać odrobinę soli
  • mnożna dodać odrobinę kurkumy dla pięknego, złocistego koloru


Kurczaka kroję w cienkie paseczki i wkładam do miski z maślanką i papryką suszoną. W ej marynacie powinien sobie poleżeć co najmniej pół godziny. Nagrzewam piekarnik do 190C. W tym czasie szykuję panierkę: w malakserze lub wałkiem rozdrabniam krakersy lub grissini na drobniutkie okruszki i wrzucam do miski razem z bułką tartą (można pominąć i dać więcej krakersów), bulionem w proszku i parmezanem. Nie używam soli, bo to danie głównie dla dzieci a bulion, parmezan i krakersy są wystarczająco słone.
Wyjmuję kurczaka z marynaty i ocieram nadmiar maślanki. Paseczki obtaczam w grubej warstwie panierki i układam w naczyniu żaroodpornym. Wstawiam do piekarnika na 18-20 minut. Podaję z jogurtem greckim wymieszanym z papryką w proszku i odrobiną soli i pieprzu lub ketchupem.
Moje dzieci przepadają za tymi nuggetsami, ja też je uwielbiam, są mięciutkie i bardzo smaczne, parmezan w panierce jest chrupiący i przepyszny. Można jeść na gorąco, na zimno, dodać do sałatki, zabrać do pracy - lub - jak my, na zimowy spacer.



nuggetsy i rożki ze szpinakiem - przepis tu.


na spacer zabieramy też kilka garści rodzynek... Wojtuś za rodzynkę zrobi wszystko!!! :)


Czy ta pszczółka nie jest cudowna i słoneczna? Zajrzyjcie do MamaGama po wiele innych wzorów lunchboxów...



* lunchbox z pszczółką otrzymałam od sklepu MamaGama w prezencie, można zatem dzisiejszy wpis potraktować jako sponsorowany. Moja opinia o produkcie jest szczera. Jakość, wzór, kolory, motyw - jestem zachwycona każdym szczegółem, dzieciom także się wyjątkowo podoba. Polecam na chłodne, jak i gorące dni - bo każda pogoda jest dobra, by wyjść z dzieckiem na spacer i wspólnie zjadać przygotowane w domu przekąski :)

czwartek, 10 listopada 2011

KACZKA PO TAJSKU Z ORZECHAMI NERKOWCA



Kilka lat temu (pewnie z 7) w pobliżu mojego domu powstała bardzo fajna restauracja, Mandala. Od początku zachłysnęłam się tym miejscem, choć było nieco undergroundowe w stylu. Położenie w starej części warszawskiego śródmieścia, na ulicy starych kamienic z oficynami, mury ze śladami po kulach, zapewne oberwały w czasie powstania warszawskiego. Przejście przez podwórze, na przeciwko wejścia mur z totalnie wykruszonym tynkiem. Od tego miejsca rozciąga się coś jak "warszawski pigalak". Recenzja w warszawskim przewodniku kulinarnym Gazety Wyborczej streszczała się do kilku słów: Ćśsiii, nie mówić nikomu o tym miejscu, bo jest mało znane, a niezwykłe i niech takie pozostanie!

Skoro miało się o nim nie mówić, to czemu znalazło się w przewodniku? Bardzo szybko napłynęła do Mandali klientela biznesowo-lunchowa, a co za tym idzie miejsce się skomercjalizowało, ceny skoczyły mocno w górę, na szczęście smak potraw pozostał ten sam. Teraz na przeciewko Mandali wybudowano apartamentowiec w miejsce wyburzonej, starej kamienicy. Mimo, iż latem jest restauracyjny ogródek, a nawet kącik dla dzieci, a klimat murowo-dziurowo-po-kulowy-powstańczy-oficynowo-starokamieniczny pozostał, nigdy więcej nie byłam klientką w Mandali. Nigdy w środku. Bo od czasu do czasu zamawiałam na wynos.
Teraz nie zamawiam już nawet na wynos. A to dlatego, że sama nauczyłam się przyrządzać większość potraw z ichniejszego menu. Wegetariańskie samosy, butter chicken, a dziś wreszcie opracowałam przepis na kaczkę po tajsku z orzechami nerkowca i tajską bazylią. O ile na butter chicken i samosy krąży wiele przepisów w internecie, o tyle z kaczką musiałam się zdać wyłącznie na intuicję i pamięć smaku końcowego tej potrawy. Metodą prób i błędów osiągnęłam zadowalający w zupełności rezultat. Teraz rzeczywiście nie mam już po co do Mandali wracać, chyba, że po rybę w żółtym curry, której chyba nigdy nie odtworzę, bo jest dość niezwykła i nie mam pojęcia co jest w składzie sosu (oprócz żółtej pasty curry). 

Jeśli macie po drodze do centrum Warszawy, w okolice ul.Emilii Plater - zajrzyjcie tam i spróbujcie kuchni indyjskiej, tajskiej i nepalskiej, szykowanej przez Nepalskich kucharzy. Mimo wszystko polecam to miejsce, jest oryginalne, smaczne, warte "zaliczenia" na kulinarnej mapie Warszawy.

Tymczasem zapraszam na...


KACZKA PO TAJSKU Z ORZECHAMI NERKOWCA
  • 2 piersi kaczki (mogą być mrożone lub świeże)
  • kilka łyżek oleju do smażenia (słonecznikowy, arachidowy, rzepakowy)
  • szklanka wody
  • 1 czerwona papryka
  • 1 zielona papryka
  • pół dużej białej cebuli
  • 1cm świeżego imbiru
  • 1 ząbek czosnku
  • 1/2 - 3/4 szklanki orzechów nerkowca (nie solonych!)
  • 1/4 szklanki sosu sojowego (lub nieco mniej)
  • 2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżeczki skrobi kukurydzianej (lub mąki ziemniaczanej)
  • 1/2 łyżeczki czarnego mielonego pieprzu
  • garść liści tajskiej bazylii
  • sok z połowy cytryny

W ciąży miałam "fazę" na sos sojowy, nasączałam nim kromki chleba, dodawałam do zup, innych sosów, mięs - chyba tylko nie do jajecznicy! Uwielbiam ten słony smak i co jakiś czas lubię zastrzyk konkretnej porcji tego sosu w jakimś daniu. Jeśli nie lubicie takiej słonej rozpusty - zacznijcie od mniejszej ilości, pod koniec gotowania zawsze można dodać więcej sosu.

Używam sosu Kikkoman (tego z napisem all-purpose, nie ma rozdziału na słodki i słony, jest po prostu jeden, tradycyjnie warzony sos), uważam, że jest najlepszy.

W tym daniu największa trudność to pokrojenie kaczki na cieniutkie plasterki - jak do carpaccio. Najlepiej nie rozmrozić piersi do końca, lub, jeśli kupiliście świeże - włożyć je na trochę do zamrażalnika, wówczas mięso stwardnieje i łatwiej będzie je kroić. Ja odcinam tłuszcz z piersi, ale uwaga: nie wyrzucam! Spory kawałek (mniej więcej z połowy jednej piersi) zostawiam i dorzucam do garnka podczas obsmażania kaczki, tłuszcz się wytopi, a skórę wyrzucam pod koniec.

W woku, garnku żeliwnym lub na głębokiej patelni trzeba obsmażyć partiami kaczkę (po kilka plasterków na raz), zrumienione plasterki odłożyć do miski lub innego garnka. Pod koniec smażenia dodałam skórę z tłuszczem i smażyłam aż tłuszcz się wytopił, po czym wyjęłam skórę i wyrzuciłam (jak ktoś lubi - może zachować i zjeść!). Zrumienione plasterki mięsa czekały na swoją kolej, a tymczasem na tłuszczu zeszkliłam posiekaną grubo cebulę, ząbek czosnku i starty imbir. W szklance odmierzyłam sos sojowy i wymieszałam go ze skrobią kukurydzianą. Wlałam do garnka z cebulą, wymieszałam, dodałam mięso kaczki, dosypałam cukier, zalałam szklanką wody i dusiłam pod przykryciem ok.30 minut (lub krócej jeśli kaczka szybciej zmięknie). W tym czasie na drugiej patelni lub w piekarniku prażę orzechy nerkowca - najpierw rozgrzewam porządnie patelnię, wrzucam orzechy i od razu zmniejszam temperaturę. Prażę kilka minut, często mieszając i obracając orzechy, żeby były rumiane z każdej strony. Gotowe orzechy dorzucam do garnka z kaczką pod koniec duszenia, razem z pokrojoną w kwadraty (mniej więcej 1x1cm) papryką i posiekaną tajską bazylią (część liści zostawiłam do posypania już na talerzu). Gdy papryka lekko zmięknie, ale nie rozgotuje się i nie wybarwi - danie jest gotowe. Najlepiej smakuje z ryżem (ja lubię jaśminowy, ale może być basmati, czy każdy inny). Z wierzchu posypuję jeszcze listkami tajskiej bazylii.

Kaczka jest bardzo delikatna i mięciutka, polecam to danie, warto spróbować!


piątek, 16 września 2011

Praca...



Rozmowy o pracę... co za katastrofa!

Od kilku dni stresowała mnie perspektywa odbycia rozmowy kwalifikacyjnej, czy też interview, bo tak się teraz mówi. A jeszcze lepiej: behavioral interview!

To zabawne, jak wiele się zmieniło w ostatnich czasach. Kiedyś wystarczyło:

- Dzień dobry, czy jest dla mnie jakaś praca?
- A co Pani umie?
tu jakaś odpowiedź, po czym finał:
- Może Pani zacząć od jutra? lub
- W tej chwili nie mamy wolnych miejsc pracy.

Dziś wszystko jest do bólu oficjalne, a błyskotliwe uwagi, luźniejsze zachowanie czy ubiór - zupełnie nie na miejscu. Chłodny profesjonalizm - czyli coś w obliczu czego ja bardzo tracę...

Zachowałam się nieodpowiednio. Czy też nieprofesjonalnie, skoro już jesteśmy w tym żargonie. W obliczu pytań: jak wyobrażam sobie pracę na stanowisku, na które się zgłosiłam (upss, APLIKOWAŁAM!), pytań: czemu chcę pracować akurat w tej branży i pytań o charakterystykę wymarzonego szefa, a na sam deserek pytań o sytuacje z mojego doświadczenia zawodowego (!!!) - którego nie posiadam (!!!), co wynika z cv, trudno mi było zachować ów, wspomniany, chłodny profesjonalizm...

Wszystkie moje cechy, które eksponuję, jako swoje atuty - obracają się przeciwko mnie! To zaskakujące, ale nie padły pytania: jak Pani pogodzi opiekę nad dziećmi z pracą zawodową, nic z tych rzeczy...

Pytanie brzmiało: jak Pani pogodzi prowadzenie bloga z pracą zawodową? Jak osoba nietuzinkowa, o licznych zainteresowaniach, odnajdzie się w odtwórczej pracy administracyjnej i archiwizowaniu dokumentów?

Powinnam odpowiedzieć: Och, jakże ja kocham administracyjną pracę, jestem wręcz stworzona do archiwizowania, chciałoby się rzec, że pragnę dożyć emerytury archiwizując dokumenty! Ach jak byłoby cudownie!

A na usta ciśnie mi się: to praca jak każda inna, dziedzina leży w granicach moich zainteresowań, profilu moich studiów, a jeśli otrzymam stabilność, stałość, jasne reguły, normowany czas pracy i zadowalające wynagrodzenie, na końcu kontakt z innymi ludźmi, to w zamian zaoferuję lojalność, rzetelność i wydajność. Słowem: będę wzorowym pracownikiem.


Dla kogoś, kto realizuje swoje zainteresowania i pasje, ma rodzinę, (prowadzi bloga?) - żadna praca nie będzie zwyczajnie nudna, bo czerpie tak wiele satysfakcji w innych dziedzinach życia, że chroni go to przed frustracją i wypaleniem. Dla kogoś, kto jak ja, czerpie siłę z towarzystwa innych ludzi, kontaktu, kto inspiruje się historiami i opowieściami poznanych osób - każda praca, w której nie jest się samotną, anonimową sekretarką w odizolowanym boksie - będzie idealna. A zwłaszcza taka 10 minut pieszo od mojego domu, w zespole młodych osób, zajmujących się "administrowaniem" ciekawych projektów... dla mnie? wymarzona!

Skoro zużywa Pani tyle energii na pasje, bloga, rodzinę, to gdzie znajdzie się energia do pracy?

Czyli jednak archiwizowanie i praca administracyjna nie mogą być aż tak odtwórcze i nudne, skoro potrzeba na to energii :)  Mam jej wystarczająco wiele! No a jest logiczne, że na pasje będzie mniej czasu... Ten czas powróci, gdy uda mi się przywyknąć do nowej sytuacji i organizować dobre funkcjonowanie życia zawodowego i rodzinnego.

Jasne, że zdarza mi się być hipokrytką. Czemu nie umiałam tym razem? Aplikant powinien formułować na takiej rozmowie łatwe do przełknięcia frazesy i przekonywać, że od dawna marzył o tym, żeby pracować akurat tu, akurat przy takich projektach. Oczywiście młodych ludzi przyciąga do takiej pracy albo chęć zarobku (czego nie można powiedzieć w przypadku pytania o twoje motywacje), albo czysty przypadek, stąd nie wiem jak wymyślają odpowiedzi na pytania o ich wyobrażenie pracy na tym stanowisku. Ja nie mam wyobrażenia, a jeśli mam to i tak może być sprzeczne z rzeczywistością.

Zaryzykowałam dużo ujawniając te prawdziwe, nie hipokrytyczne "opinie". Teraz poczekam na efekt...

Czy chcę iść do pracy? Marzę o tym! Nawet, gdybym nie musiała, gdybym była zabezpieczona od strony finansowej, to chyba bym sobie strzeliła w łeb, jeśli miałabym siedzieć kolejne lata w domu, a dzieci już i tak "przechwytuje" przedszkole i życie w społeczeństwie.

Zabawny moment był na dwa dni przed rozmową. W co się ubiorę? To największy dylemat. Przynajmniej raz w życiu mogłam nie obwiniać dupska oversize, bo nawet gdybym dobiła do rozmiaru z przed pierwszej ciąży - i tak nie miałam żakietów, spodni garniturowych, ołówkowych spódniczek i innych "biurowych" strojów.

Zadzwoniłam do mamy. Pożycz żakiet. Ok, przyjedź. Tylko do czego ja, cholera, ten żakiet założę? Pożyczę od mamy spodnie? Wykluczone: moja mama to metr siedemdziesiąt cholernie zgrabnej kobitki, z czego pewnie z metr dwadzieścia to szczuplusieńkie nogi! W nic się nie wbiję... Tymczasem mój "uniform mamuśki", przez ostatnie trzy lata, taki dress code ze spacerniaka to legginsy, tunika i klapki/balerinki/śniegowce - zależnie od pory roku.

Strój ogarnęłam, zakurzony tusz do rzęs, którego nie używałam całe lato - też znalazłam. Tak zasechł, a nie było oczywiście czasu, żeby kupić nowy. Nabiedziłam się wypłukując wodą grudki tuszu, aż "odzyskałam" szczoteczkę i nawet uchowało się trochę koloru...


PAPRYKI FASZEROWANE MIELONYM MIĘSEM

  • 0,5kg mielonego mięsa (wołowe, wieprzowo-wołowe, cielęce
  • 1 czerwona cebula, posiekana
  • 2-3 ząbki czosnku, posiekane
  • puszka pomidorów krojonych
  • sól, pieprz, oliwa
  • suszona papryka (słodka i ostra)
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • opcjonalnie - feta

Danie idealne po stresującym dniu? Wyjmuję gotowe, przyprawione mięso mielone, które przygotowałam i zamroziłam kilka tygodni temu. Podsmażałam czosnek i cebulkę, dodałam mięso, smażyłam kilka minut, wlałam pomidory z puszki, przyprawiłam i zamroziłam!
Wracając do domu kupuję cztery papryki. Kilkanaście sekund zajmuje mi odkrojenie "wieczka", oczyszczenie wnętrza z nasion. Potem tylko rozmrażam na patelni mięso, faszeruję papryki i zapiekam w piekarniku. Można pod koniec zapiekania dodać na wierzch mięsa pokruszoną fetę. Jeśli zacznę pracę - takie porcje mięska, które uchowały się w czeluściach zamrażalnika... na wagę złota! bo obiad gotowy w 20 minut - razem z pieczeniem.











wtorek, 9 sierpnia 2011

Rutyna - jednak za nią tęsknię... CYTRYNOWO-MIĘTOWE KULKI MIĘSNE


Jestem w domu... jeszcze parę tygodni temu nie mogłam patrzeć na ściany pomazane kredkami, ubrudzone śladami łap mojego psa, poobijane od ciągłego przesuwania krzesła. Wchodziłam do domu i widziałam ogrom zniszczeń i okaleczeń, których zaznał w ciągu ostatnich miesięcy i bardzo mi to przeszkadzało. Wystarczy jednak na trochę wyjechać, żeby zatęsknić za każdym szczegółem i uznać swoje mieszkanie za najcudowniejszy zakątek :)

Pamiętacie, że od początku istnienia tego bloga narzekam na rutynę?! Chyba szykuje się jakaś mała rewolucja, bo ostatnie tygodnie były totalnym wywróceniem do góry nogami mojego poukładanego grafiku, wybiciem z rytmu, i okazuje się, że osobą, która najbardziej tęskni za przewidywalnym schematem dnia, przestrzeganiem pory spacerku, obiadu i drzemki ... jestem ja!!!

Dzieci mają się świetnie, mimo, że od końca maja kilkukrotnie zmieniły miejsce, nigdzie nie "zagrzewając się" na dłużej niż kilka dni. A ja jestem rozdrażniona, zmęczona i płaczliwa... może to jakiś nasilony pms, a może ta przeklęta rutynka jednak ułatwia życia głównie mamuśkom a nie pociechom. Tak, wyszło wszystko na jaw - jestem znerwicowaną mamuśką i okazało się to właśnie teraz! To ja przeżywałam, że nie mam gdzie podgrzać słoiczka, że przez żuwaczki moich dzieci przemieliło się tyle śmieciowego żarcia, że wszystko było nieregularnie i nie tak jak "zazwyczaj". Z tego wszystkiego nie byłam zdolna do podjęcia jakiejkolwiek decyzji i zamieniłam się w potworka. Teraz spokojnie sobie powrócę do znienawidzonej, ale koniecznej dla mojego zdrowia psychicznego  "normy" :) co również oznacza codzienny, kojący rytuał gotowania i aktualizowanie bloga.

Na początek jeszcze danie z przed urlopu Kacpra (na pewno zamieszczę kilka postów o tym gdzie byliśmy i co polecamy). Pożyczyłam od szwagra, który wspaniale gotuje, ale niestety nie prowadzi bloga kulinarnego, książkę Brytyjki, mieszkającej w Toskanii - Valentina Harris, "Recipes from an Italian Terrace". Pełno w niej wspaniałych przepisów, powiedziałabym, że dla bardziej zaawansowanych w kuchni wloskiej. Nie ma tam przepisów na podstawowe pasty i pizzę lub risotto, ale na owoce morza, warzywa w roli głównej i dania mięsne, które przez laików nigdy nie byłyby uznane za włoskie, a jednak w niektórych regionach są to potrawy tradycyjne. Mi od razu przypadł do gustu przepis na smażone pulpeciki:

CYTRYNOWO-MIĘTOWE KULKI MIĘSNE
  • 0,5kg mielonego mięsa*
  • 100g świeżo utartego suchego pieczywa
  • 50g parmezanu
  • skórka z całej cytryny
  • sok z połowy cytryny
  • pół szklanki wody
  • 2 jajka
  • 50g zwykłej bułki tartej
  • kilka listków mięty**
  • sól, pieprz
  • olej do smażenia***

*Valentina podaje, że z mięs najlepsza będzie cielęcina lub wołowina, można jednak użyć też drobiowego i wieprzowego mięsa. Ja zrobiłam kulki z cielęciną
**w oryginalnym przepisie była natka pietruszki, jednak spróbowałam zamiast tego zrobić z miętą i wyszło wspaniale. Myślę, że z jagnięciną mięta smakowałaby jeszcze lepiej.
***użyłam oleju słonecznikowego, bo taki akurat miałam, ale rzepakowy chyba byłby lepszy.

Mięso wymieszałam ze wszystkimi podanymi wyżej składnikami i długo wyrabiałam rękoma - bułka tarta z wodą mogą się skleić i wówczas nie "dostaną się" tam przyprawy. Uformowałam kulki wielkości orzecha włoskiego i smażyłam w głębokim tłuszczu. Po smażeniu kładłam kuleczki na ręczniku papierowym, żeby odsączyć trochę tłuszczu. Najlepiej smakują lekko ciepłe, bo w tych bardzo gorących, dopiero co usmażonych nie czuć tak dobrze mięty. Oczywiście pyszne są też na zimno :)




środa, 6 lipca 2011

Zabawy z ogniem...

Czy pamiętacie listę 10 rzeczy, które każda kobieta powinna umieć??? Ten wpis ciągle znajduje się na liście przebojów w pasku "popularne posty". To takie moje autorskie podsumowanie - minimum czynności do opanowania... Po kilku miesiącach przyszło mi na myśl wiele kolejnych, a ostatnio najbardziej "palącym" w sensie dosłownym, problemem, okazało się rozpalanie kominka, grilla lub ogniska. Ogień... czy to nie kobiety miały podtrzymywać ogień w jaskini (a potem się mowiło, że dbają o ognisko domowe)??? No, z całą pewnością, ale chyba, że mężczyzna najpierw to ognisko rozpalił!!!

Jestem ułomna w kwestii rozpalania ognia... a może raczej byłam, bo po długim i wyjątkowo deszczowym tygodniu spędzonym na działce w zimnym i wilgotnym domku - musiałam opanować tę umiejętność. Dodatkowo, przez kilka pierwszych dni nie miałam dostępu do kuchenki - stąd spore ciśnienie na naukę rozpalania grilla :) lekcje układania stosików w kominku, podkładania żarzących się kartoników w różne szczeliny między bryłami drewna, dmuchania na suchą korę i igły mam za sobą... opłaciło się, chociaż czarny nalot na paznokciach i skórkach okazał się trwalszy niż henna!!!

Grill to nieco łatwiejsze zadanie, chociaż uważam, że dobrze jest rozpalać go bez rozpałki (czego oczywiście nie umiem!). Następne w kolejce będzie ognisko - jak tylko zrobi się sucho... Wczesną zimą, na urodziny szwagra oraz imieniny mojego męża, kupiłam podręczniki przetrwania Beara Gryllsa - jego programy na Discovery namiętnie oglądają obaj wspomniani faceci. Żartowałam z nich, że sprawdzę czy skończyli lekturę zlecając każdemu zademonstrowanie 17 sposobów rozpalania ogniska (w tym na śniegu, na piachu i z użyciem mokrego drewna!). Sama muszę na razie opanować przynajmniej jeden...

Tymczasem pokażę Wam cudowny i efektowny sposób przygotowania gorącej przekąski w sytuacji, gdy nie ma się ognia ani na kuchence, ani w kominku ani żaru na grillu:
Sposób mojej prababci Zofii, który w ubiegłe wakacje pokazała mi moja Babcia Jadzia :) dzieci to uwielbiają, ale oczywiście tylko dorośli mogą to szykować - dzieci wyłącznie patrzą i się cieszą. A później jedzą :)

Maleńkie kiełbaski lub kabanoski kroję na kawałki i ukladam na talerzu żaroodpornym. Zalewam łyżką spirytusu (lub odrobinę więcej, jeśli kiełbasek jest dużo) i podpalam! Spirytus się pali, a kielbaski/kabanoski pieką. Najlepiej zgasić światło. Talerz poza zasięgiem dzieci, psów i włosów (najlepiej na podkładce). Trzeba widelcem obracać kiełbaski, żeby się równomiernie grzały. Gdy cały spirytus się wypali - można jeść, nie będą bardzo gorące. Jeśli są zbyt mało przypieczone, trzeba dodać spirytusu i podpalić ponownie.

Dodatkowo podaję przepis Nigelli Lawson na cudowne pałki z kurczaka, który w jej książce figuruje pod nazwą "Afrykańskie pałki" i błagam! niech ktoś z Was przyzna, że nie tylko mi ta nazwa się dziwnie kojarzy i, że jest wyjątkowo niefortunna! Bo samo danie jest przepyszne :)

PAŁKI Z KURCZAKA W AFRYKAŃSKIEJ MARYNACIE
tak lepiej, prawda? :)

  • 8 pałek z kurczaka
  • 80ml sosu Wrocestershire
  • 4 łyżki keczupu
  • łyżka morelowego dżemu
  • łyżeczka mielonego imbiru (dałam świeży, starty)
  • 2 łyżeczki musztardy w proszku (dałam ze słoiczka)
  • 1 cebula, posiekana
  • 2 łyżki oliwy


Z podanych składników powstaje gęsta marynata, którą zalałam pałki kurczaka (na drugi dzień zrobilam całe uda i też było super). Kurczaka marynowałam przez noc w lodówce, ale można piec od razu. W naczyniu żaroodpornym lub na blaszcze - posmarowałam oliwą, ułożyłam kurczaka i zalałam marynatą, piekłam ok. 45-50 minut (pałki) lub 1h10min. (uda) w 200C. Podawałam z ziemniaczkami posiekanymi na kawałki, pieczonymi z całymi ząbkami czosnku. Pycha!

na początku kiełbaski w pieczone w płonącym spirytusie, dalej kurczak w marynacie:









 

czwartek, 30 czerwca 2011

PAKOWANIE!!! czas start!

Niedawno przypomniałam sobie króciutki fragment z autobiografii Julii Child: Statek, którym płynęła ze Stanów Zjednoczonych do Francji przybił do nabrzeża. Dźwig sprowadził na ląd auto Julii i jej męża Paula. Chłopaki od załadunku ochoczo wzięli wszystkie ich bagaże i wpakowali do bagażnika oraz na siedzenia. Paul robił przy tym miny wyrażające największe cierpienie. Gdy pakowanie się skończyło, powiedział Julii, że ma szybko wsiadać i czym prędzej odjechali. Zatrzymał się jednak kilka uliczek dalej. Po co? Żeby wyjąć wszystko - wszyściusieńko z auta i spakować od nowa. Tyle, że po swojemu!! Poprzednia opcja ułożenia bagaży tak bardzo mu nie pasowała, że aż go chyba parzyło :))) 

To było zupełnie, jakbym czytała o moim mężu. Albo moim tacie. Oni to uwielbiają inżynierskie podejście do pakowania. Oceniają kubaturę poszczególnych bagaży i najbardziej szczęśliwi są wtedy, gdy pomiędzy futerałem od gitary i wzmacniaczem (chodzi o mojego tatę) znajdzie się jakaś luka, gdzie doskonale wpasuje się torba z ubraniami. Lub maleńka kosmetyczka. Z kolei mój mąż uwielbia zdejmować koła wózka, składać stelaż i poszczególne elementy wózka rozkładać po wielu czeluściach naszego samochodu oraz w boksie dachowym... Ta czynność jednocześnie go denerwuje i uspokaja - tzn. na górze, w mieszkaniu denerwuje się na mnie, że tyle chcę zabrać, po czym, po zniesieniu wszystkiego na dół oddaje się swojej logistycznej pasji pakowania. Chwila namysłu... i paczka pampersów przejeżdża z boksa pod siedzenie pasażera. Druga chwila namysłu... i łóżeczko turystyczne Wojtusia jest obracane o 45 stopni, odsuwane o 15cm od boku bagażnika, a tam trafia namiocik Meli i paczka z psią karmą. Ha! Błysk w oku i duma, jak idealnie to obmyślił! 

Czy znacie taki program na Discovery o super kontenerowcach? Wszystkie kontenery są do siebie dopasowane co do milimetra, tak, że tworzą zwartą bryłę, a w komputerze jest zapis położenia poszczególnych ładunków. Plusy podróżowania z Kacprem są takie, że on też dopasowuje bagaże co do milimetra i mam świadomość tego, że przestrzeń nie mogła być lepiej wykorzystana. Mój mąż również ma w głowie wykaz położenia każdego drobiazgu. Minusy są takie, że gdy chcę coś wyjąć, to okazuje się, że torebka której potrzebuję jest na samym dnie dopasowanej grupy bagaży, a Kacper nie ma ochoty jej szukać, bo nie po to wszystko przez tyle minut ładował, żeby teraz to wywracać. W takim razie sama jej poszukam, mówię, i wtedy grymas przerażenia przebiega przez jego twarz. Przecież jeśli JA się do tego wezmę, to zaburzę układ idealny. A jaki on idealny, skoro kosmetyczka jest na dnie, bo tam powstała luka, która raziła mojego męża, jako źle zagospodarowana przestrzeń???

Dodam jeszcze tylko, że przestrzeń musi być należycie załadowana niezależnie od tego, czy jedziemy 2500km czy 25!

***********************
KOTLECIKI CIELĘCE Z CUKINIĄ I ZIOŁAMI PROWANSALSKIMI I SOSEM CONCASSE
  • 0,5 kg mielonej cielęciny
  • pół cukini
  • łyżka gotowej mieszanki ziół prowansalskich
  • łyżka posiekanej świeżej mięty
  • olej do smażenia (używam rzepakowy lub oliwę z wytłoczyn)
  • sól, pieprz
  • pół ząbka czosnku
  • 1 jajko
  • 1,5 łyżki bułki tartej
  • 1,5 łyżki mąki
na sos
  • puszka pomidorów krojonych
  • cebula
  • 2-3 łyżki masła
  • kilka liści bazylii

Mielona cielęcina jest u mnie "grana" bardzo często. Dzieci chętnie jedzą takie delikatne mięsko, więc co robić - często przyrządzam im kotleciki. Nie przepadam za tradycyjnym, wieprzowym kotletem mielonym. Parę miesięcy temu pokazywałam już moją wersję mieloniaka. Dziś nieco inaczej, z kawałkami cukinii i ziołami prowansalskimi.
W misce wymieszałam wszystkie składniki (mięso, przyprawy, posiekany czosnek, mąkę i bułkę tartą z jajkiem). Cukinię pokroiłam w drobniutką kostkę i wymieszałam z mięsem. Formowałam małe kotleciki, nieco spłaszczałam i smażyłam na rumiano. Przygotowałam sos: podgrzałam masło w rondelku, dodałam posiekaną cebulę i zezłociłam ją w tym maśle, wrzuciłam pomidory, doprawiłam solą i pieprzem, dodałam porwane listki bazylii. Kotleciki i sos podawałam z ryżem posypane miętą.
Gotowe!





wtorek, 10 maja 2011

Pół-dupki

Kilka ostatnich dni byłam w Gdańsku. Mieszka tam rodzina mojego męża, więc często jeździmy do Starej Oliwy. Wszyscy nas pytają "Jak było nad morzem?" - a my... prawie wcale nie chodziliśmy na plażę. To co najbardziej lubię w tej części Polski to lasy... Wiele lat temu moją i Kacpra - naszą wspólną pasją, było obserwowanie dziko żyjących zwierząt, fotografowanie ptaków i łażenie po mniej uczęszczanych leśnych zakamarkach. Często robiliśmy wypady w różne leśne rejony Polski. Naszą największą dumą są własne zdjęcia jednego z najrzadszych i bardzo trudnych w obserwacji gadów polskich: węża gniewosza. Ale Kacpra miłością zwasze były i zawsze pozostaną ptaki. Znajomym opowiadamy zabawną anegdotę:

Pewnej zimy, na Mazurach, spędzaliśmy Sylwestra w stacji terenowej Uniwersytetu Warszawskiego, w towarzystwie zacnego grona biologów, ekologów, ornitologów, etc. Kacper był wniebowzięty, bo wreszcie mógł dopytywać o ptaki, jak je podejść, jak rozpoznać i zrobić dobre zdjęcia. W lesie, w ramach bardzo na poziomie studenckiego żartu, zrobił mi zdjęcie, kiedy poszłam w krzaczki siusiu! Na szczęście grube zimowe ubrania mnie w większości zasłoniły, jednak na zdjęciu uwidocznił się goły półdupek! Od razu, dumny ze swojego dowcipu, pokazał mi to zdjęcie, ja się zaśmiałam, kazałam skasować i już po chwili zapomnieliśmy o sprawie, bo na polanie, przy jakiejś padlinie ukazał się orzeł bielik. Następnie Kacper zrobił zdjęcia jeszcze jakimś innym ptakom, o których nie mieliśmy zielonego pojęcia, więc po powrocie do bazy pobiegł do jednego ze znajomych ornitologów i pokazał mu na wyświetlaczu aparatu zdjęcia, które zrobił w lesie.

- Przewiń w lewo, tam jest więcej zdjęć - zachęcił znajomego.

Na pewno już wiecie co było dalej, ale opiszę:

- O, tu widzę bielik. Świetnie.
- Dalej są jeszcze kruki.
- A to co? - zdziwił się ornitolog.
- A to jest dupa.

Na początku wogóle nie zrozumiałam o co chodzi, ale szybko przypomniałam sobie "leśną" sytuację. I wszyscy w trójkę wybuchnęliśmy takim śmiechem, że ledwo łapaliśmy oddech. Sylwester był bardzo udany, obserwacje ptaków - również. A tamat mojego półdupka na zdjęciu powracał w czasie nocy sylwestrowej jeszcze kilka razy, przynajmniej był powodem gromkich śmiechów, a to poprawiało humory w nocy, gdy z powodu strasznej wichury zostaliśmy pozbawieni prądu.

**********

Co jeszcze kojarzy mi się z półdupkami. Żółta literka "M" zapowiadająca rychłe napotkanie na swej drodze McDonaldsa. Raz jeden jedyny wzięłam Meli jakiś zestaw happy meal i to byl największy błąd. Teraz moje dziewczynka jak pod wpływem jakichś metafizycznych zdolności budzi się akurat wtedy, gdy mijamy szyld z żółtymi półdupkami, krzyczy: "FRYTKI!!!" i już nie ma dyskusji...

KURCZAK CURRY Z MIĘTĄ I GROSZKIEM
  • podwójna pierś kurza
  • puszka groszku konserwowego
  • średnia cebula
  • ząbek czosnku
  • garść listków mięty
  • 1-2 łyżki gotowej przyprawy curry lub: łyżka kurkumy, pół łyżeczki cynamonu, łyżeczka nasion kolendry, łyżeczka nasion kminu rzymskiego, łyżeczka startej gałki muszkatołowej i dwa goździki - wszystko to wrzucam do moździerza i tłukę na papkę - lepsze od gotowej przyprawy curry Kamisu, bo bez glutaminianu sodu.
  • łyżeczka bulionu w proszku bez glutaminianu sodu
  • 2 saszetki ryżu jaśminowego (używam Kupiec)

Tuż przed świętami (mówię o Wielkanocy, od której jeszcze nie minął miesiąc, a ja mam wrażenie, że chyba pół roku), mój szlachetny mąż przygotował taką potrawkę, która była wyjątkowo prosta, a bardzo smaczna. Pokroił kurczaka w kostkę, podsmażył posiekaną cebulkę i czosnek, dodał kurczaka, bulion w proszku i połowę listków mięty wraz z groszkiem. Ugotował ryż i wszystko razem wymieszał, na koniec posypał świeżą miętą. Gotowe!



 i jeszcze dla zainteresowanych polską przyrodą:

gniewosz plamisty, nad Odrą, fot. Kacper Głowacki

Bielik, pojezierze mazurskie, fot. Kacper Głowacki

W Polsce żyje mnóstwo pięknych i rzadkich gatunków zwierząt. Obserwowanie ich w naturze jest niesamowitym przeżyciem. Nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz zobaczyłam bielika "na żywo". Wiosna się na dobre rozkręcila, weźcie dzieci w ciekawe miejsca, pożyczcie lornetki, wysmarujcie się przeciwko kleszczom i ruszajcie podziwiać, poznawać i szanować przyrodę!

wtorek, 3 maja 2011

Czemu nie polubię Pascala... polędwiczki wieprzowe z czekoladą

Co zrobić z polędwiczką wieprzową? Przyznam, że to nie jest moje naj, naj, najbardziej ulubione mięso - robię je tylko na 2 sposoby: pieczoną w occie balsamicznym (bliżej lata zrobię i pokażę) oraz w plasterkach, duszoną z cebulką i ziołami.
Od wielu miesięcy zbieram się, żeby zrobić danie Pascala Brodnickiego, które jadłam kiedyś u naszych przyjaciół. Chodzi o wołowe ragout z czekoladą. A zbieranie się do tego dania zajmuje tyle czasu, bo Pascal jest kucharzem, którego przepisy zupełnie mi nie pasują. Gdybym nie zachwyciła się tym ragout u przyjaciół - nigdy bym nie chciała zrobić go według powyższego przepisu (link). Pascal przeraża mnie aptekarską dokładnością i finezją "na siłę". Do szału doprowadzają mnie przepisy typu: 10 ziarenek czarnego pieprzu, 12 ziarenek kolendry, 100ml czerwonego wytrawnego wina, 100 ml  czerwonego wina półwytrawnego i 100ml porto! Wiem, że przepisy kuchni francuskiej są skomplikowane i wieloskładnikowe - właśnie dlatego nie są tak powszechne, jak np. dania kuchni włoskiej. Francuska kuchnia nie jest na codzień! Kto ma w domu otwarte trzy różne rodzaje wina, żeby sobie ot tak, dodać do sosu? Kto ma czas odmierzać ziarenka pieprzu, kolendry czy listeczki natki, żeby przygotować wszystko potrzebne do przepisu? no, może ktoś się znajdzie.

Ragout jest przepyszne, ale trzeba je zrobić "na oko" :)

Po swojemu przygotowałam danie Pascala tak: zamieniłam polędwicę wołową na wieprzową, bo akurat miałam w domu. Nie było boczku, porto ani słodkiego wina. Nie dodałam cebulek perłowych. Połowy nie było, ale wyszło pysznie :) danie podałam naszym gościom (rodzicom chrzestnym), którzy przyszli na skromniutką urpczystość - 1 urodziny Wojtusia. Tort już wkrótce, z resztą zdjęcia już i tak pokazałam na facebooku...

POLĘDWICZKI WIEPRZOWE W SOSIE Z CZEKOLADĄ
  • 0,5-0,75kg polędwiczek wieprzowych
  • kilka ząbków czosnku
  • 2 zwykłe cebule
  • 2 średnie marchewki, pokrojone w plasterki
  • puszka pomidorów
  • garść ziarenek kolendry
  • sól i pieprz do smaku
  • oliwa
  • garść świeżego tymianku
  • garść natki kolendry
  • szklanka czerwonego wina
  • 25g gorzkiej czekolady

Polędwiczki pokroiłam na plasterki i zrumieniłam na oliwie z obu stron. Czosnek i cebulkę również podsmażyłam i dodałam do garnka razem z mięsem. Wrzuciłam marchewkę, puszkę pomidorów, wlałam wino i szklankę wody, dodałam zioła (oprócz natki kolendry) i gotowałam mniej więcej godzinę, aż mięso zmiękło. Po ugotowaniu do lekko ostudzonego dania wsypałam czekoladę startą na tarce i wymieszałam. Podawałam z ziemniaczkami pokrojonymi w kostkę i smażonymi z tymiankiem i rozmarynem. Danie koniecznie posypcie natką kolendry. Bardzo oryginalne i przepyszne danie!








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...