Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta i ciastka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ciasta i ciastka. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 kwietnia 2012

Flirt. Tarta z kozim serem, ananasem i czerwonym pieprzem...



Czy wspominałam kiedyś, że pod koniec pierwszych studiów rozpoczęłam drugie...? Na pewno nie wspominałam, że tych drugich do dziś nie skończyłam. Nie kolekcjonowałam tytułów, na pewno szkoda, ale coś tam wyniosłam. Kilka miesięcy po narodzinach Meli jeszcze udawało mi się chodzić na zaoczne zjazdy i nawet szykować zadane prace i referaty.

Jednym z tematów był flirt. Jako forma komunikacji. Zbierając materiały do tej pracy, dowiedziałam się wielu bardzo ciekawych rzeczy. O ludziach. O sobie.

Okazało się, że flirtuję niemal non stop! Składając rączki (jak do modlitwy) i błagalnym spojrzeniem prosząc kierowcę, aby wpuścił mnie do ruchu z podporządkowanej drogi. Z nieśmiałym uśmiechem, rozglądając się bezradnie, przy dużych schodach prowadzących do podziemi - w celu znalezienia wybawcy, który pomoże mi znieść podwójny wózek. Zagadując sprzedawcę warzyw koło Hali Mirowskiej. Rozmawiając z taksówkarzem. Z wykładowcą akademickim. Z każdym!!! Buzia mi się nie zamyka, pytam, komentuję, nawijam, głośno śmieję, mrużę oczy, gestykuluję...

Taaak, według nauki o społeczeństwie, psychologii i kilku jeszcze innych dyscyplin - każdy, do kogo się po ludzku, po chrześcijańsku uśmiechnęłam, któremu okazałam bezinteresowną sympatię, dla kogo nie byłam oziębła, oschła i konkretna - miał prawo odebrać moje zachowanie jako flirt!!!

To chyba niedobrze?! Ależ nie!

Dziś flirt jest postrzegany po prostu jako jedna z form komunikowania się. Flirt chyba nie powinien też znać podziału płci... Trzeba go oddzielić od kokieterii, która ma nieco więcej podtekstów odnoszących się do damsko-męskich relacji... Dawniej flirt był popularną grą towarzyską, sposobem na spędzanie czasu. Później na długo zmienił znaczenie. Na gorsze... Choć ja dalej nie rozumiem tych zawiłych definicji i oddzielania zachowań, które "przystoją" mężatce (lub każdej innej kobiecie), od tych, które trzeba piętnować. Bo jednak wciąż - flirciara - kojarzy się pejoratywnie... a ja, z ogromnym dystansem do siebie, stwierdzam: mam flirciarską naturę! Zagaduję każdego. Uśmiecham się i mówię "dziękuję", gdy słyszę komplement. Witam się i pozdrawiam ludzi ze sporą dawką serdeczności w głosie. Wyniosłość, chłód, dystans i obojętność są mi całkowicie obce, a uwierzcie, że często są potrzebne! Bo wszystko ma dwie strony... niestety nierzadko bezinteresowna serdeczność jest odbierana zupełnie niezgodnie z moimi intencjami.

Po pierwsze: rozchichotana blondynka w najlepszym razie bywa odbierana jako głupia, infantylna, paplająca coś do wszystkich dziunia. Czasem jak natrętna mucha, od której ciężko się uwolnić. Siedzi i trajkocze, wybucha śmiechem bez powodu. Irytująca, ale w sumie nieszkodliwa.

Po drugie - jest pewna grupa, która może nastawić się na kontakt, do jakiego w żadnym razie nie zmierzam. Ta serdeczność może obudzić coś, co powinno być uśpione... i wówczas... tak usilnie próbuję narzucić chłód i dystans, a nie umiem...

Jednak tym, co najbardziej rani ... jest odbieranie mojego stylu bycia jako zwykłego lizusostwa, obłudy i dwulicowości, wkupowania się w czyjeś łaski ...

Wydawać by się mogło, że najgorzej ma partner flirciary, że wścieka się z zzazdrości, że nie rozumie, denerwuje się... na sczęście ten mój rozumie :) powiem więcej! Nierzadko widzi wymierne korzyści, które wynikają z tej cechy mojego charakteru...

Tak... chyba flirciary to jednak najgorzej mają same ze sobą. Ciągle analizując jak ich zachowanie może być potencjalnie odebrane, czy mogą być sobą, czy powstrzymywać to co aż wyskakuje z naszej osoby i prosi się o interakcję, o kontakt z innymi ludźmi... Narzucenie sobie znacznej wstrzemięźliwości w relacjach z ludźmi - to było dla mnie największe wyzwanie ostatnich miesięcy. Nie do końca sprostałam zadaniu, bo dość szybko okazało się, że jestem w grupie świetnych ludzi, którym obce jest niewłaściwe ocenianie innych. Moje największe zmartwienie, które dręczyło mnie na wiele, wiele dni, przed rozpoczęciem pracy - już powoli zanika. Nie potrafię opisać jaka to wielka ulga, codziennie przychodzić do biura i móc być sobą... tak zaczynać i kończyć dzień tym, co wychodzi mi najlepiej: życiem w cudownych relacjach z innymi ludźmi!


TARTA Z ANANASEM, KOZIM SEREM I CZERWONYM PIEPRZEM

na podstawie przepisu Anny Olson

na spód:
  • 100g masła o temperaturze pokojowej
  • 100g serka Philadelphia (lub dowolnego innego serka śmietankowego, np. Turek, Piątnica)
  • 75g śmietankowego serka koziego (użyłam Turek, twarożek kozi do smarowania kanapek)
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • szczypta soli

na nadzienie:
  • 2 łyżeczki skrobi kukurydzianej (lub mąki ziemniaczanej)
  • ½ szklanki śmietany kremówki
  • 1 łyżka złocistego syropu kukurydzianego (pominęłam, nie posiadam takowego :) )
  • ¼ szklanki cukru (pominęłam)
  • ¼ ubitej szklanki brązowego cukru
  • 3 duże żółtka (białka można zamrozić!)
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (lub małe opakowanie cukru waniliowego)
  • szczypta soli
  • ¾ szklanki niesłodzonych wiórków kokosowych
na wierzch:
  • 6-7 plastrów ananasa (użyłam całej puszki, chyba 10 plastrów)
  • ¼ ubitej szklanki brązowego cukru (dałam kilka łyżek zwykłego)
  • 115 g koziego twarogu (Chavroux)
  • 1 łyżeczka pokruszonych ziaren czerwonego pieprzu
Spód: masło zagniotłam z solą, serkiem i mąką, uformowałam spłaszczoną kulę i włożyłam do lodówki. Po godzinie wyjęłam, wyłożyłam ciastem formę do tarty, wierzch wyłożyłam papierem do pieczenia i przygniotłam ziarnami surowej fasoli. Piekłam 30 minut w 180-190C.

Nadzienie: w garnku rozpuściłam masło, cukier i śmietankę, dodałam ekstrakt i sól, wymieszałam, następnie wsypałam skrobię, porządnie wymieszałam i na końcu resztę składników. Podgrzewałam mieszając, aż całość zgęstnieje (prawie jak budyń). Masę wylałam na upieczony spód.

Rozgrzałam piekarnik od góry na maksymalną temperaturę. Na blaszce wyłożonej papierem ułożyłam plastry ananasa (odsączone!), posypałam z wierzchu cukrem i zapiekałam, aż się pięknie zezłociły. Skarmelizowane plastry układałam na wierzchu tarty. Na koniec ułożyłam kawałki twarożku koziego i pokruszone ziarna czerwonego pieprzu.

TA TARTA TO COŚ CAŁKOWICIE INNEGO I NIEBANALNEGO! JEŚLI MIAŁABYM WYBRAĆ TAKI NIETUZINKOWY DESER, ŻEBY KOMUŚ ZAIMPONOWAĆ, ŻEBY KOMUŚ POKAZAĆ NIECODZIENNE I NIEZWYKŁE POŁĄCZENIE SMAKÓW - to już mam swój typ :)))


niedziela, 19 lutego 2012

Blog roku. Czeko-kokosowe ciacho na koniec karnawału.

 
 
 
 
Długo się zastanawiałam nad fenomenem popularności blogów w Polsce. Popularności pisania, bo z czytaniem jest nieco inaczej. Podobno Polska to blogowa potęga, zajmujemy bodajże czwarte miejsce w Europie pod względem liczby blogów na mieszkańca kraju :) gdzieś wyczytałam takie ciekawe statystyki, niestety nie pamiętam już gdzie :) ale gdy kogoś pytam, czy czyta jakieś blogi, odpowiada, że nie. No bo co tu czytać...?
Czytać można historie wszystkich ludzi, którzy nie mają szansy wypowiedzieć się w mediach i trafić do szerszej grupy odbiorców. A nierzadko mają ogromnie wiele do opowiedzenia. Niektórzy zwyczajne, nudne do bólu życie, opowiadają w tak ciekawy sposób, że wiercę się ze zniecierpliwienia i czekam na dalsze wpisy, jak dawniej na kolejne tomy Harry'ego Pottera! Inni mają arcyciekawe życie, pełne podróży, egzotycznego jedzenia (i egzotycznych chorób :)), nietypowych historii celnych, tubylczych, etc. Nawet kronikarski charakter opisu tych wydarzeń mi nie przeszkadza, bo forma przekazu jest w tych przypadkach drugorzędna.

Blog roku... jak w tym ogromie historii, słów, tytułów, osób i osobowości, wybrać ten jeden? Mam wrażenie, że mniejszym kłopotem jest wybór miss świata lub najlepszej aktorki, bo kandydaci w tych konkursach różnią się od siebie mniej niż poszczególni bloggerzy! Z zaciekawieniem śledziłam tegoroczne nominacje, głosowanie i wyniki. Zdumienie mnie ogarnęło, gdy zobaczyłam, że zwyciężczyni ma tak niewielu obserwatorów! Potwierdza się, że to ta jakość jest najważniejsza... nie tysiące fanów na facebooku, nagonionych dzięki konkursom z tandetnymi gadżetami w zamian za "polubienie". Brak reklam, czysta przestrzeń i te ważne słowa, osobiste, prywatne.

Prywatność... wszędzie słyszę, że to się tak bardzo chroni. "U mnie nie będzie moich danych", "u mnie nie będzie moich zdjęć" ,"nie będzie zdjęć moich dzieci" - tak czytam na wielu blogach. A dokładnie w tym samym czasie i miejscu, w tle słów, bardzo osobistych historii, o macierzyństwie, dzieciach, rodzinie, pracy, partnerze, własnej historii - atakują reklamy, konkursy, komercyjna otoczka.

Jakiś czas temu zgłaszali się do mnie reklamodawcy, z "atrakcyjnymi" ofertami: Pani zrobi konkurs, czytelnicy polubią funpage na facebooku (Pani i nasz), a nagrody -  super - kubki, szlafroki, kapcie i ręczniki z logo sponsora. Pani ustali zasady... Bomba! A to przed chwilą wymienione, to nie zasady? A przez kogo ustalone, bo chyba nie przez mnie... Mimo, że jeszcze kilka miesięcy temu dopuszczałam jakąś dyskretną formę reklamy, to teraz zrobiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, że w moją osobistą przestrzeń, w sam środek moich słów, mojego śmiechu, frustracji, szczęścia lub smutku - ma się wbijać jakiś "sponsor" ze swoim komercyjnym przekazem, z konkursami. 

Na sam koniec wypadałoby przyznać się do tchórzostwa, wyjaśnić, czemu się nie zgłosiłam, czemu nie kandydowałam w konkursie na bloga roku... każdy boi się odrzucenia. Ale najbardziej bałam się porównywania!!! Stania w szeregu razem z nieuleczalnie chorymi, dla których blog jest terapią, a także szansą na zbieranie funduszy do walki z chorobą. W szeregu z rodzicami chorych dzieci. W szeregu razem z bohaterami, którzy codziennie tym chorym pomagają - jak zwyciężczyni tegorocznej edycji, wolontariuszka z hospicjum. W szeregu z tymi, którym życie mija na przygodach, podróżach. W szeregu z tymi, którzy prowadzą bogate życie kulturalne, recenzują setki tytułów: książek, filmów, spektakli. Wśród nich miałabym się znaleźć ja, z lekko histerycznym stylem, ze specyficznym humorem, z dystansem do siebie, z moimi przepisami na kurczaka i ciacho, z moimi przemyśleniami na temat wychowania dzieci, relacji z innymi, opisami kobiecej rzeczywistości...

Jakoś nie mogłam, a dziś się cieszę, że się "nie skusiłam" :) A Wam dziękuję, że do mnie tu zaglądacie! Dziękuję, że klikacie "lubię" tak sami z siebie, że nie przyciągają Was tu komercyjne treści, czy "oferty". Że pytacie w komentarzach, gdzie jestem, kiedy długo nic nie wpisuję.


Zwyciężczyni tegorocznej edycji gratuluję nagrody i to nie jednej, ale aż trzech!!!
Wygooglajcie sami, kto to taki, jeśli jeszcze nie wiecie! Potem chętnie poznam Wasze opinie, będzie mi miło jeśli wpiszecie je w komentarzach u mnie!




 

czekoladowy2012


 
CZEKOLADOWO-KOKOSOWE BROWNIE
  • 1 szklanka mleka kokosowego
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady (60% kakao)
  • 3 jajka
  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 100g masła
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • szczypta soli


Mleko kokosowe wlałam do garnka i powoli podgrzewałam, dodałam masło, następnie czekoladę połamaną na kostki, podgrzewałam mieszając aż się rozpuści. Gdy czekolada się rozpuściła - mieszaninę ostudziłam, wbiłam jajka i dokładnie wymieszałam. Dodałam mąkę i cukier, ekstrakt i sól. Przelałam do kwadratowej formy i wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 190C na mniej więcej 15-20 minut - ciasto powinno być płynne w środku! Można przyrządzić je też w kokilkach jako gorące ciastka lub w innych muffinkowych foremkach. Poluję na naturalny ekstrakt kokosowy - na pewno wzbogaciłby smak i aromat tego ciasta. To mój autorski przepis i jestem zachwycona smakiem, ale uważam, że ciasto potrzebuje jeszcze dopracowania, by już totalnie powalić wszystkie zmysły - zatem kto chętny przyrządzić według moich wskazówek i dorzucić swoje porady???





poniedziałek, 23 stycznia 2012

ŻONATY MĘŻCZYZNA. ORKISZOWE CIASTO MARCHEWKOWE.

To pozbawione logiki. To dowód ogromnej naiwności. To niezrozumiałe i nieoczywiste. Czy niewytłumaczalne? Nie wiem. Spróbuję wytłumaczyć... Wytłumaczyć, czemu tak dobrze, komfortowo, beztrosko - czuję się w towarzystwie żonatych mężczyzn!


Jak zawsze, gdy coś analizujemy,
jak zawsze, gdy coś planujemy,
jak zawsze - gdy w coś wierzymy - przyjmujemy pewne założenia...

Żonaty mężczyzna. To ktoś, kto na wstępie znajomości otrzymuje moją sympatię i zainteresowanie.
To ktoś, kto jest dla mnie potwierdzeniem reguł, według których żyję. To ktoś, kto pozwala mi podtrzymywać wiarę w wiele spraw, a ta wiara jest nieustannie podkopywana przez informacje dookoła.



To dla mnie osoba, którą kojarzę z samymi dobrymi cechami. Z miłością, przywiązaniem, cierpliwością, zdolnością do przebaczenia, skłonnością do zaczynania od nowa wiele razy. Ktoś, kto ufa drugiej osobie na tyle, by obiecać jej wspólne życie. Ktoś kto wkłada potwornie wiele pracy, by maszyna "związek" mogła funkcjonować. Ktoś, komu należy się podziw i uznanie...

 To dla mnie ktoś, przy kim czuję się swobodnie, bo nie spodziewam się podtekstów, dwuznacznych zachowań, trudnych i kłopotliwych sytuacji, napięć damsko-męskich. To ktoś, kogo stać na prawdziwy, bo bezinteresowny komplement. Słowa "Jakie masz ładne kolczyki" są całkowicie beznamiętne i skupione wyłącznie na uznaniu i zauważeniu ładnego przedmiotu u innej osoby.

To ktoś, kogo uważnie słucham i staram się wyłapywać i rejestrować każdą wzmiankę o żonie, każdy przejaw miłości, każdą oznakę dumy. Te słowa, zasłyszane przypadkiem lub w osobistej rozmowie - pozwalają kobietom związanym z kimś na stałe, wierzyć, że gdzieś w innym biurze, w innej kawiarni, lub podczas innego spotkania znajomych, czy przyjaciół, o nas również ktoś opowiada z przejęciem, czule, z tęsknotą.

Żonaty mężczyzna, a raczej żonaty, ciągle zakochany w swojej żonie mężczyzna to po prostu ktoś wyjątkowy i niezmiennie fascynujący!

To wreszcie ktoś, kto potrafi mnie ogromnie rozczarować... Nic tak nie boli, jak całkowite zaprzeczenie wszystkiemu co zakładam: słowa wyrażające zniecierpliwienie, brak szacunku, niepochlebne wypowiedzi. Okazywanie zainteresowania innym kobietom. Przejawy rozpadu związku.

Wiem, że związki powstają i rozpadają się. Wiem, że obie strony mogą zdradzać i krzywdzić się w nieludzki i trudny do zrozumienia sposób. Wiem, że nic, nawet przysięga - nie gwarantuje mi szczęścia w związku na zawsze. 


Dziś, kiedy mija 11 lat mojego związku, dobrze wiem, jak ogromną pracę włożyliśmy w to, by być szczęśliwą parą. Czuję ogromną wdzięczność, za szanse, cierpliwość, miłość i wsparcie, które otrzymałam. Właśnie dziś mężowie fascynują mnie jeszcze bardziej. Właśnie dziś wszystkim mężom kibicuję ze zdwojoną siłą!

_________________________________________________________________

ORKISZOWE CIASTO MARCHEWKOWE
 na podstawie przepisu Michael'a Smith'a z programu "Domowy Kucharz"
  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka płatków orkiszowych
  • 1 szklanka brązowego cukru
  • 1 łyżka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatołowej
  • 2 jajka
  • 1/2 szklanki oliwy
  • 1 i 1/2 szklanki jogurtu naturalnego
  • 3 średnie marchewki, starte na tarce o drobnym oczku




Sypkie składniki mieszam razem, osobno jajka z oliwą i jogurtem. Do sypkich składników wrzucam tartą marchew, a potem wszystko mieszam razem z masą jajeczno-oliwno-jogurtową. Michael Smith sugeruje, że nie wolno zbyt dokładnie mieszać, bo ciasto będzie zbyt twarde.
Pieczemy w 190C, około 45 minut. Używam formy keksowej, ale w oryginale przepis jest na muffiny, zatem śmiało można piec w formie do muffinów z lub bez papierowych papilotek.


wtorek, 11 października 2011

Celebrowanie. Mięciutkie ciastka z dynią i rodzynkami.

Jest coś, co bardzo mi się podoba u Amerykanów. Celebrowanie każdej możliwej okazji. Czasami przybierające skrajnie komercyjny rozmach. Ale to nieważne. Bo gdy przychodzi co do czego, to mają swoje mega huczne obchody Dnia Niepodległości, Święta Dzięczynienia, Halloween i Bożego Narodzenia. Oczywiście i u nas święta religijne są ważne i też mamy swoje tradycyjne potrawy i zwyczaje. Ale nie ma tej wspomnianej celebracji! Nie mamy jakichś form świętowania, np. Dnia Niepodległości z rozmachem. Dla wielu Polaków najbardziej liczy się to, że jest dzień wolny od pracy, jakiś niespieszny spacer czy obiad z rodziną lub przyjaciółmi. A w Stanach? Przyjęcia, fajerwerki, biało-czerwono-granatowe ciasteczka, konfetti, muffiny, torty, flagi, kolorowe dekoracje. U nas to święto wypada blado. Jest nudne i poważne. Parada wojskowa na ulicy w Warszawie i orędzie prezydenta. Koniec. Marzy mi się, żeby ten amerykański patriotyzm zaraził Polaków. Żebyśmy piekli ciasteczka i ozdabiali je na biało i czerwono. Celebrowali ten dzień. Wykonywali dekoracje i gadżety. Organizowali przyjęcia z tej okazji.

U mnie w domu, na pierwszego listopada była pieczona kaczka z jabłkami, pleśniak lub karpatka. Zawsze jest rodzinny obiad. Zawsze jest odwiedzanie grobów bliskich. Ale na 11 listopada nie robimy nic szczególnego. Jakby to było w najlepszym razie niezauważalne święto. Ot, zwykły dzień wolny od pracy.

Ostatnio, gdy przeglądam kulinarne blogi Amerykanek od razu w najpopularniejszych postach dostrzegam ciastka na Halloween. Zastanawiam się, czemu niektórzy ubolewają nad tym, że moda na Halloween przyszła do Polski. W tym ja. Jeszcze nie tak dawno bardzo się temu dziwiłam. Ale teraz, gdy mam dzieci wiem, że każda okazja jest świetna, by usiąść z nimi w kuchni i robić, a następnie ozdabiać ciasteczka. Nawet okazja zapożyczona. A wycinanie dyni, robienie lampionów - to wspaniała zabawa. Te wszystkie potworności z przymrużeniem oka, te dekoracje, ciasteczka - palce wiedźmy - to jest coś co dzieci uwielbiają! Nie można chyba powiedzieć, że obchodzimy Halloween. Po prostu w październiku robimy sobie lampion i pieczemy słodkości z dynią. Rodzinnie.


MIĘKKIE CIASTKA Z DYNIĄ I RODZYNKAMI
przepis z bloga Glorious Treats, zmodyfikowany
  • 1 i 1/3 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 0,5 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 0,5 łyżeczki imbiru
  • 0,5 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • 2/3 szklanki masła
  • 2/3 szklanki brązowego cukru
  • 1 jajko
  • 3/4 szklanki pure z dyni*
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
  • 1/2 szklanki rodzynek

* Pure z dyni robię na dwa sposoby: gotuję obraną dynię w niewielkiej ilości wody i miksuję na gladką masę, lub piekę dynię ze skórą w piekarniku przez 20minut w 200C i następnie wybieram łyżką miąższ i miksuję z odrobiną przegotowanej wody. W obu przypadkach otrzymuję taką samą pulpę dyniową, którą można przechowywać w lodówce kilka dni lub zamrozić na 2-3 miesiące (-18C).

Przygotowanie ciastek: w jednej misce mieszam mąkę, sól, przyprawy i proszek do pieczenia. W drugiej ucieram masło z cukrem na puszystą masę, dodaję jajko i ekstrakt waniliowy oraz pure z dyni. Następnie mieszając wsypuję partiami sypkie składniki. Gotowe ciasto wstawiam na 15 minut do lodówki. W tum czasie nagrzewam piekarnik do 180-190C. Blachę wykładam papierem do pieczenia. Łyżką nakładam ciasto na blachę i piekę ok. 12 minut. Gotowe ciastka trzeba wystudzić na jakiejś powierzchni przewiewnej od spodu, inaczej para wydostająca się z ciastek porządnie je namoczy od spodu. Ciastka są bardzo miękkie, jak biszkopciki, są świetne dla dzieci. W oryginalnym przepisie do ciastek robi się lukier o aromacie klonowym... ja się nie skusiłam, ciastka są i tak bardzo słodkie, mimo iż o połowę zmniejszyłam zawartość cukru.








środa, 5 października 2011

Ciasto z dynią i żurawiną. Nasze babcie i prababcie.

Zaglądając na liczne blogi lub oglądając programy kulinarne, a nawet słuchając opowieści przyjaciół - można odnieść wrażenie, że większość osób miała babcię, która spełniała następujące kryteria:

żyła na wsi,
była bardzo wiekowa, dzięki czemu pamiętała przepisy na rozmaite tradycyjne dania jeszcze z przełomu wieków,
piekła własne pieczywo, na zakwasie, a jakże!,
prawdopodobnie miała własną trzodę chlewną i inne zwierzęta gospodarskie, wobec czego można było u niej spróbować własnego mleka, masła, śmietany no i potraw mięsnych eko 100%!

Posiadanie takiej babci przebija się we wspomnieniach "smaków dzieciństwa", prawdziwego zsiadłego mleka, jak u babci, w opisach ciast, jakie robiła babcia, wyszukanych bezcennych rodzinnych przepisów na poplamionych roztrzepanym jajkiem karteluszkach. Wogóle czytamy o beztroskim dzieciństwie (lub wersja dla mieszczuchów - tylko wakacjach) na wsi.

Ja takiej babci nie miałam. Byłam wielkomiejskim dzieckiem pracujących rodziców i pracujących dziadków. Nikt specjalnie nie miał czasu na gotowanie, stąd u mnie ta umiejętność narodziła się dosyć późno. Kontakt z wsią miałam jedynie sporadyczny, w tle była babcia, bo to ona podczas wakacji na działce zabierała mnie po jajka i mleko od krowy, ale brakuje tu tej magii: mleko kupowałyśmy, a nie same doiłyśmy z własnej krowy. Babcia pokazała mi kurczaczki i prosiaczki, cielaczki i inne "wiejskie" atrakcje. Ale nie było ganiania w stogach siana jak w "Dzieciach z Bullerbyn".

Nie było też chleba na zakwasie ani potraw, na które przepisy przekazuje się od pokoleń. Moja prababcia była Rosjanką, gdybym urodziła się przed jej śmiercią może udałoby mi się uzyskać jakieś interesujące informacje, ciekawostki kulinarne z czasów i regionu, w którym żyła. Niestety nie miałam tej szansy. Druga prababcia parwdopodobnie miała jakieś książki kulinarne, na których widok zaświeciłyby mi się oczy. Niestety wszystko przepadło podczas powstania warszawskiego. Pradziadek nakazał prababci, że, jeśli zajdzie konieczność ucieczki, a jego wówczas nie będzie w mieszkaniu - by w pierwszej kolejności wzięła walizkę z klaserami pełnymi bezcennych znaczków. Prababcia wyrzuciła klasery, a zamiast tego do walizki spakowała mąkę, cukier i kaszę. Tak przygotowana opuściła zruinowaną Warszawę z moją babcią za rękę.

Jeśli chcę upiec ciasto, jak u babci - niestety muszę poszukać gdzie indziej, poza swoją rodziną :) Raz na jakiś czas zaglądam do antykwariatów, ale ceny przedwojennych książek kucharskich powalają! Czasem jednak można trafić na "coś" w internecie. Co prawda nie jest to tradycyjny przepis polski, ani rosyjski, za to bardzo w stylu potraw ameryki północnej. Ale, gdy ja będę babcią, może któreś z moich potencjalnych wnuków upiecze i powie, że takie robiła prababcia :)

CIASTO Z DYNIĄ I ŻURAWINĄ
Pumpkin cranberry loaf - Anna Olson
  • 2 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • pół łyżeczki cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru
  • pół łyżeczki goździków
  • pół szklanki masła (0k.120g)
  • szklanka cukru
  • 2 jajka
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej
  • skórka z 1 pomarańczy
  • szklanka soku pomaranczowego
  • 1 szklanka pure z dyni
  • 1,5 szklanki świeżych żurawin (mogą być mrożone)

    Ostatnio zachwyciły mnie na bazarze piękne rubinowe żurawiny, kupiłam kilogram, umyłam i zamroziłam, zostawiając tylko półtorej szklanki na to ciasto. Trwa w najlepsze również sezon na dynię, którą uwielbiam. Eyszukałam przepis, który łączy te dwa wspaniałe jesienne dary :)

    Zwykle kupuję dynię w całości, ewentualnie połowę. Albo gotuję ją w niewielkiej ilości wody, wówczas trzeba odciąć grubą skórę, albo kroję na duże kawały z zachowaną skórą i piekę w piekarniku nagrzanym do 200C przez ok.15-20 minut. Po upieczeniu moża łatwo oddzieliś miąższ od skóry za pomocą łyżki. Miąższ wrzucam do malaksera, dolewam odrobinę wody i miksuję na gładkie pure. Można je przechowywać w lodowce kilka dni lub zamrozić. Jest świetne do przyrządzania zup i ciast.

    Przygotowanie ciasta z dynią i żurawiną:

    W jednej misce mieszam mąkę, proszek i sodę, sól i pozostałe przyprawy. W drugiej ucieram masło z cukrem na puszystą masę, dodaję esencję waniliową, jajka, sok i skórkę z pomarańczy i pure z dyni. Dokładnie mieszam, po czym lączę z mąką. Na koniec dodaję żurawinę. Jest twarda i nie rozgniata się w cieście. Ciasto przelewam do formy, najlepiej do keksowej, dość sporej, ale ja swoje rozdzieliłam pomiędzy mniejszą keksówkę i malutką tortownicę. Piekłam w 170C około 60 minut. Ciasto będzie ciężkie i wilgotne przez co ustalenie czy skończyło się piec, może być trudne. Czasami trzeba wydłużyć czas pieczenia nawet do 70 minut. Patyczkiem można sprawdzić czy jest gotowe, będzie mokry, ale ważne, by nic do niego nie przylegało. Gotowe ciasto ostudziłam i pokroiłam na kawałki. jest przepyszne!

    Zapraszam też na moje wcześniejsze ciasto z dynią oraz zupę krem z dyni, jabłek i marchewki.










      czwartek, 1 września 2011

      DRUGIE DZIECKO... ciasto z dynią na początek jesieni.


      Jedna z przyjaciółek ostatnio powiedziała mi, że marzy o drugim dziecku. Druga - że właśnie spodziewa się drugiego dziecka. Obie oczekiwały ode mnie entuzjazmu, który okazałam i bynajmniej nie byłam w tym nieszczera. Potem padło pytanie:

      "Jak będzie z dwójką?"  ...

      Będzie cudownie, to najwspanialsze co mogło Was spotkać. Ale: będziesz urobiona po pachy, będziesz na przemian pękać z dumy i cieszyć się z tych dwóch maleńkich ludzików, a potem płakać ze zmęczenia i frustracji. Nie mieć chwili dla siebie. Miłość między rodzeństwem będzie przeplatać się z nienawiścią, zmiany mogą następować nawet co kilka minut.
      Zazdrość między rodzeństwem będzie i koniec, niezależnie od tego ile poradników i rad Doroty Zawadzkiej wysłuchasz. Jeśli postarasz się odpowiednio moderować tymi emocjami, być może ty sama mniej odczujesz jej "obecność". Jeśli wrócisz do pracy po kilku miesiącach - będziesz mieć poczucie, że oto dałaś życie dwójce istot, a na dodatek masz satysfakcjonującą pracę! Wspaniale! Tonąc w wyrzutach sumienia będziesz godzić te dwie, niemal niemożliwe do pogodzenia role. Jeśli zdecydujesz się zostać w domu to podczas wchodzenia do kibla będziesz odganiać od siebie dwójkę wrzeszczącą o każdą sekundę twojej uwagi. Zamykając się tam, żeby w spokoju zalatwić "co trzeba" będziesz słyszała maleńkie piąstki bijące w drzwi i ścianę i wołające z rozpaczą gardziołka. Ponieważ dzieci nie można i nie da się traktować tak samo, a sprawiedliwość nie oznacza, że mają wszystko po równo, będziesz nieustannie zmuszona negocjować - bez chwili namysłu wytaczając coraz rozsądniej brzmiące argumenty (młodsze dziecko, które nie mówi, nie negocjuje - terroryzuje krzykiem). Starsze już wie, kiedy twoja mina oznacza głęboką zadumę i wie, że właśnie wtedy trzeba spytać "Mogę żelki?", bo ty w tej zadumie automatycznie odpowiesz "tak"! Wobec tego nie wolno być w zadumie! Bo wtedy dziecko naciągnie cię na co zechce.
      Mając świadomość rad wszystkich psychologów i podręczników będziesz miała poczucie ciągłej porażki, bo oto, żeby jedno dziecko nie obudziło drugiego, żeby dziko nie wrzeszczało - zaczynasz ustępować i przekupywać żelkami, jeszcze jedną bajką lub czymś innym, na co przy jednym dziecku byś sobie nigdy nie pozwoliła. Chcesz to krzycz, nie ustąpię. O tak, tak bylo kiedyś, gdy miałam tylko Melanię. Ale jak Wojtuś, którego usypiałam kilkadziesiąt minut wreszcie śpi - zrobię wszystko, żeby się nie obudził. I Mela dobrze o tym wie!

      Po paru miesiącach przyjdzie na jakiś czas moment ulgi i oddechu. Skończy się wraz z pierwszymi krokami i sprawnym przemieszczaniem się młodszego potomka. Skończy się totalnie gdy siostra i brat odkryją, że mogą trzymać sztamę i wymuszać pewne rzeczy razem - w brygadzie raźniej.
      Starsze dziecko, to pierwsze, wychuchane, wyczekane, któremu poświęcałaś każdą sekundę i uczyłaś mówić, liczyć, czytać książeczki i wszystko pokazywałaś - będzie ciągle chciało być na rękach, być karmione, dostać mleko z cyca. To młodsze traktowane zupełnie inaczej, nie może liczyć na tyle samo twojej uwagi co starsze w jego wieku. Ten fakt każdego wieczora będziesz analizować, zamartwiać się i czuć wyrzuty z tego powodu. Później, gdy zorientujesz się, że młodsze dziecko jest już w tym wieku, kiedy starsze mówiło zdania z trzech wyrazów, tymczasem nie mówi nic poza "mama", zaczniesz się zamartwiać jeszcze bardziej, obwiniając się, że to młodsze ma gorzej. Wpadniesz na świetny pomysł, żeby drzemki dzieci nie były w tym samym czasie, wtedy w czasie snu jednego z dzieci masz czas na nadrobienie zaległości z drugim. Doprowadzi to do ogromnego zmęczenia, które poskutkuje - nazwijmy to osłabieniem relacji z partnerem, który nic nie zawinił, a będzie pokrzywdzony jak to młodsze z rodzeństwa.

      Zmęczenie doprowadzi do znacznego obniżenia standardów w ogarnianiu domu, co jeszcze bardziej pogarsza samopoczucie.

      A gdy usłyszysz "AAAAAAAAA Wojtuś zabrał moją kupę" i wrzaśniesz z przerażeniem "Co zrobił???" "No zabrał! MOJĄ kupę aaa położył tu na dywanie!!! Aaaa!!!"

      ... to będzie ci się chciało ryczeć razem z dziećmi z bezsilności i wyrzutów, że oto poszłaś zrobić sobie kawę, a nie powinnaś, bo właśnie takie są efekty, kiedy kilka minut chcesz przeznaczyć na siebie. Kiedy ogarniesz temat kupy na dywanie, brudnego tyłeczka i brudnych rąk obojga dzieci, to postanowisz już nigdy więcej nie zostawiać ich nawet na chwilę bez kontroli (co jest trudne, kiedy starsze idzie sobie samo do łazienki i niesie nocnik przed telewizor, gdzie leci bajka, którą włączyłaś właśnie po to by się napić pieprzonej kawy). Nie martw się. Następnego dnia, gdy będziesz wracać ze spaceru i zaprowadzisz dzieci najpierw na górę, a potem wrócisz po wózek z zakupami i będziesz wnosić go na pierwsze piętro, to okaże się, że w tym czasie jedno z dzieci otworzyło drzwi do sracza, a drugie wrzuciło smoczek do kibla. Sięgało po niego, na szczęście wszystko upuścisz i w ostatniej chwili zdążysz się rzucić, żeby nie włożyło tego smoczka do buzi. Adrenalinka jest cudowna.

       
      Mimo, że jestem tak zajebiście zmęczona, mimo, że ta dwójka kosztowała nas ogromnie wiele wyrzeczeń,  towarzyskich, finansowych, rodzinnych, czy wreszcie poświęcenia i wystawienia na ciężką próbę naszych małżeńskich relacji i porzucenia na czas jakiś naszych pasji i zainteresowań - mimo tego wszystkiego nigdy nie żałowałam ani jednej minuty, ani kawałka obsranego dywanu, ani jednej awantury z najbliższymi spowodowanej moim złym humorem, spowodowanym zmęczeniem, a radość z obserwacji jak rosną, rozwijają się i nawiązują więzi z nami, więzi między sobą i z resztą rodziny jest trudna do opisania, w sposób nie tandetny, bezpretensjonalny i nie łzawy. Chyba najlepszym dowodem na to jest fakt, że kiedyś, w kilkuletniej perspektywie, myślę jeszcze o trzecim dzidziusiu...

      To właśnie ta przyjaciółka, która dopiero myśli o drugim, mówiła, że zastanawia się jak przekonać męża. Nie wiem. Tego nie można przełożyć na jakieś logiczne argumenty. Po prostu jak pomyślę, że już nigdy miałabym nie przeżyć tych wszystkich cudownych chwil w czasie oczekiwania i wychowywania dziecka - ogarnia mnie potworne, trudne do wyjaśnienia przygnębienie. To jakaś pierwotna, kobieca cecha każe zapominać wszystkie trudne momenty i pamiętać tylko o tym jakim cudem są dzieci.

      Moja gwiazda, Mela, poszła dziś pierwszy raz do przedszkola. Wszyscy mi gratulowali, że teraz będzie mi łatwiej... Hmmm... od rana snuję się po domu, jest mi bardzo ciężko bez słodkiego szczebiociku córeczki i hałaśliwych awantur z braciszkiem... Nie ma przyjemniejszego widoku niż dwa bawiące się dzieciaki. Trudno mi będzie przywyknąć do "tylko jednego"...



      CIASTO Z DYNIĄ
      • 2 szklanki upieczonego miąższu z dyni*
      • 2 szklanki mąki
      • 3/4 szklanki cukru
      • 3 jajka
      • 1 łyżka cynamonu
      • łyżeczka ekstraktu waniliowego
      • 3/4 szklanki oleju roślinnego (dałam słonecznikowy)
      • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
      • opcjonalnie: odrobina startej gałki muszkatołowej, mielony imbir oraz posiekane orzechy włoskie.

      * Duży kawałek dyni wsadziłam do piekarnika na 15 minut (180C) i po wyjęciu odcięłam skórkę i rozgniotłam miąższ widelcem. W takiej postaci dodałam do ciasta. W przeciwnym przypadku z twardej dyni trzeba odkrawać skórę i kroić lub trzeć na tarce surowy miąższ co jest bardziej praco- i czasochłonne.

      Jajka ubiłam z cukrem, dodałam mąkę, olej, cynamon, ekstrakt waniliowy i proszek. Wszystko wymieszałam, na koniec dodałam rozgnieciony miąższ dyni. Ja piekłam bez orzechów, ale można je oczywiście dodać. Moje dzieci nie przepadają za "intruzami" w cieście, a piekłam z myślą o nich. Mój mąż natomiast narzekał, że brakuje mu czegoś chrupkiego.

      Ciasto piekłam ok. 50 minut w 180C. Patyczkiem sprawdziłam czy jest wypieczone, potem wydłużyłam czas pieczenia do 60 minut. To ciasto jest bardzo wilgotne, przez co sprawia wrażenie niedopieczonegop, ale taki jest po prostu jego urok, więc po godzinie w piekarniku lepiej je już wyjąć, ostudzić i delektować się wspaniałym smakiem :)
       









       

      środa, 15 czerwca 2011

      Najseksowniejsza kobieta... hmmm...

      Przeglądam "zaległości"... Gala, Viva i te klimaty. Okazuje się, ze Jennifer Lopez została uznana za najpiękniejszą i najseksowniejszą kobietę na Ziemi. O gustach się nie dyskutuje - takie rankingi to bzdura, pewnie bym jedynie "odnotowała" ten fakt, gdyby nie pełne sprzeczności dyskusje na forach internetowych i glosy oburzonych. Czym oburza Jennifer? Wielkim dupskiem. Chodzi o to, że ta latynoska i bezdyskusyjnie atrakcyjna kobieta ma... jakby to ująć - ma na czym usiąść. Widać to zwłaszcza na koncertach na żywo, oglądanych w HD. Nie widać tego prawie wcale na licznych sesjach zdjęciowych - i o to chodzi przeciwniczkom J.Lo. Twierdzą, że ona udaje taką równiachę z sąsiedztwa, że w wywiadach opowiada o tym, że jest normalną kobietą, że też ma problemy z cerą, cellulitem, że przytyła w ciąży, etc. Po czym, jak skarżą się forumowiczki - na okładkach pism i swoich płyt ukrywa ten cellulit, kiepską cerę i prezentuje się jak bóstwo. Nie wiem czy to efekt dobrze dobranego stroju, na pewno sporo photo shopa... Kumacie o co chodzi? Bo ja tu widzę gigantyczną HIPOKRYZJĘ!!! Laski zawistne chciałyby, żeby jak ktoś ma cellulit, fałdki na brzuchu czy coś tam jeszcze innego - żeby to pokazywał. Bo jak inaczej wytłumaczyć taką zaciekłość???

      Czy nie jest to normalne, że na zdjęciach, które mają obiegać cały świat, Jennifer chce wyglądać jak najlepiej? Według mnie to normalne... Gdy zamieszczam swoje zdjęcia na blogu, facebooku, lub oprawiam jakieś do powieszenia nad kanapą w domu - to takie, na których wyglądam korzystnie, ładnie, wybieram najlepsze z wakacji, ślubu, urodzin córeczki. Przecież byłoby to co najmniej dziwne, gdybym celowo wybrała takie, na którym krzywo się uśmiechnęłam lub usiadłam z rozplaskanym na krześle udem, że wygląda jak zapaśnika sumo! Nawet sobie żartujemy z mężem, jak robi mi zdjęcia z dziećmi w wannie, proszę go, żeby powiedział czy piana zakrywa mi fałdki :))) Przecież moje dzieci nie spojrzą na zdjęcie oprawione, a potem na takie ukryte w jakimś folderze na pulpicie i nie powiedzą: patrz, mama to taka hipokrytka, wybrała zdjęcie na którym wygląda chudo, a tak na prawdę to przecież baleronik!!!

      Cieszę się, że wybrali Jennifer - o niej z całą pewnością można powiedzieć, że jest za co złapać i jest apetyczną kobitką, w przeciwieństwie do anorektycznych ciałek wielu modelek i aktorek o równie ślicznych buziach. Nigdy nie ceniłam J.Lo jako wokalistki, tak sobie coś tam miauczy wysokim głosikiem do całkiem przyjemnych, nieskomplikowanych melodii, ale ogólnie odbieram ją pozytywnie. A zawistne laski namawiam, żeby w akcji protestu "Zabierzmy J.Lo tytuł najseksowniejszej kobiety świata" przyznały, np. na facebooku, przed wszystkimi czy mają takie obciskające gacie korygujące sylwetkę i czy w nich chodzą na wesele przyjaciółki (jak ja dwa tygodnie temu!!!) oraz, żeby pokazały, również na facebooku zdjęcia przed i po włożeniu tego cudnego wynalazku!!! Pozdrawiam!

      Nie ma to jak przejść od obciskających gaci korygujących sylwetkę do czegoś na słodko...
      Dopadło mnie paskudne zapalenie oskrzeli, wiec pokazuję kolejne danie z początku czerwca - teraz dużo odpoczywam, ale już mnie baaardzo korci, by znów coś piec i gotować - lato w pełni, to cudowny moment dla fanów dobrej kuchni!!!

      TARTA Z BUDYNIEM ZE ŚWIEŻYCH TRUSKAWEK I RABARBAREM
      ciasto
      • 150g mąki
      • 1/4 łyż. proszku do pieczenia
      • szczypta soli
      • 60g cukru pudru
      • 125g masła
      • 1 żółtko

      nadzienie
      • 2 jajka
      • 2 żółtka
      • 50g cukru pudru
      • 4 łyżki mąki/skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
      • 300ml mleka
      • 300ml śmietanki kremówki
      • szklanka truskawek posiekanych na kawałki
      na wierzch
      • 2-3 łodygi obranego rabarbaru posiekanego na plasterki
      Składniki ciasta połączyłam, wyłożyłam gotowym ciastem formę do tarty i schłodziłam (albo 15 min w zamrażalniku albo godzinę w lodówce). Upiekłam w 190C (około 15min) i odstawić.

      Jajka i żółtka wymieszałam z cukrem i mąką ziemniaczaną. W garnku podgrzewałam powoli śmietankę z mlekiem. Gdy była na granicy wrzenia odstawiłam ją z kuchenki i wlałam masę jajeczną cały czas mieszając. Dodałam truskawki i zagotowałam mieszając. Odstawiłam na bok.

      Rabarbar umyłam, obrałam i pokroiłam w plasterki. Na koniec na upieczony spód wylałam budyń truskawkowy, na wierzchu ułożyłam wzór z plasterków rabarbaru, posypałam niewielką ilością cukru i piekłam jeszcze mniej więcej 15-25 minut w 165C. Rabarbar ma być lekko twardawy, wtedy najlepiej czuć jego kwaskowatość i fakturę. Gotowe!




      piątek, 20 maja 2011

      JAK ZABRAĆ LODY NA PIKNIK?? ciasteczka lawendowe + nadrabianie zaległości z newsów o celebrytach :)



      Wczoraj "zaliczyłam" dwie godziny cudownego relaksu: wizyta u fryzjera! Co tam hucząca obok suszarka, wyjątkowo gadatliwa sześciolatka, która przyszła z mamą, pył lakierów, farb i pełno innych bodźców, które normalnie mogą irytować, ale dla mnie są tak odmienne od "domowego" zgiełku, że brzmią jak muzyka. Błyskawicznie zaszyłam się w "archiwalnych" numerach Gali, Vivy, Twojego Stylu, Elle i innych tego typu pisemek i nadrobiłam spore zaległości. Zaczęłam od lutego!!! Dowiedziałam się o kilku nowych celebrytach, przeczytałam o szczegółach rozstania Dody z Nergalem, okazało się (z gigantycznego nagłówka Gali), że Doda lubi seks i orgazm - to wyznanie, niemożliwe do niezauważenia, wypisane wytłuszczonym drukiem i czerwoną czcionką było takie odkrywcze - czy to ma oznaczać, że Doda jednak jest taka jak wszyscy? No bo kto nie lubi?

      Kolejny moment zatrzymania był wśród kartek magazynu In Style i moja ulubiona Kate Hudson w wywiadzie. Nie wiem co to za tendencja, że każdy z takich wywiadów zaczyna się mniej więcej tak samo. Napiszę z pamięci, chodzi przecież głównie o klimat przedstawiony w artykule. Kate stoi na podjeździe swojego domu. Segreguje zabawki, czy sprząta garaż. Głaszcze się po brzuchu (już to widzicie?!). Zaprasza mnie (dziennikarkę) do środka, po czym woła Rydera (pierwszego synka) i robi mu lemoniadę... sielska scenka, nie ma co. To taka codzienność w wydaniu gwiazdy.  No, ta lemoniada to była kropka nad i, ale przynajmniej nie było takich banałów, że Kate lubi seks.

      Może kiedyś będę dziennikarką - wtedy zacznę tak (też pełno banałów, ale przynajmniej ze śmiechem, a nie z pawiem podchodzącym do gardła):
      Kate w swoim domu ma miliony rzeczy, zabawek, kubków - wszystko piętrzy się w każdym możliwym kącie pomieszczenia. Syn jest uroczy, ale co chwila przeszkadza nam w rozmowie, domagając się lemoniady, włączenia bajki lub wyjścia na rower. Kate przedziera się rzez sterty ubrań i sprzętów do hokeja, żeby wydostać torbę na zakupy z pierwszymi elementami wyprawki dla drugiego dziecka. Przerzuca wszystko z jednego fotela na stół (lub jeszcze bardziej dramatycznie - na rozstawioną deskę do prasowania!) i wskazuje mi, że mogę tu usiąść. Pacyfikuje syna wyciągając z zamrażalnika gigantyczną porcję lodów, polewa czekoladowa i marsz na podwórko! Możesz wziąć game boya, ale tylko na pół godziny! - krzyczy. Zmęczona dotyka brzucha - to taki instynkt każdej ciężarnej. No, odwraca się do dziennikarki, to teraz możemy porozmawiać!

      TERAZ, TO JA SIĘ DOPIERO CZUJĘ TAK, JAKBYM CZYTAŁA O SOBIE!!!

      Wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy (może nawet lat) dwoma słowami podsumowałam macierzyństwo: umożliwić niemożliwe...
      Mela domaga się pikniku i w ten weekend jeśli pogoda dopisze, na pewno gdzieś się wyrwiemy. Lubimy rozmawiać o minionych i nadchodzących wydarzeniach, więc od kilku dni trwały "konsultacje" menu piknikowego. Co ze sobą weźmiemy?
      LODY! powiedziała Mela...
      Moim pierwszym obowiązkiem jest umożliwić niemożliwe, więc proszę bardzo, moja kochana dziewczynko:

      LAWENDOWE CIASTECZKA "LODY"
      • 200g mąki
      • 100g masła
      • 70g cukru pudru
      • 1 jajko
      • łyżka kwiatów lawendy*
      • 1 łyżeczka ekstraktu lub cukru waniliowego

      *kwiaty dałam w równej proporcji świeże z suszonymi

      Wszystkie składniki wymieszałam, gotowe ciasto schłodziłam ok 1h w lodówce, następnie wałkowałam z córeczką (ona raczej maltretowała), wycinałyśmy kształty rożków z lodami i kilka tradycyjnych (koła, kwadraciki), układałyśmy na blasze z papierem do pieczenia i piekłyśmy w 190C przez ok. 7 minut.
      Przepis zaczerpnęłam z bloga smaki imprezy. To po prostu kruche maślane ciasteczka, tyle że z dodatkiem lawendy. Zapach jest piękny w czasie pieczenia, po upieczeniu i ostudzeniu - gdybym nie wiedziała, że to z lawendą, nie wiem czy bym się domyśliła, ale na pewno były smaczne. W przepisie jest mało cukru, co jest dobre, gdy ma się w planach lukrowanie, jednak jeśli ciasteczka mają być "gołe" - proponuję dać 100g i nie pudru, tylko gruboziarnistego, trzcinowego lub posypać przed pieczeniem wierzch ciasteczek.

      Lukier tradycyjny - cukier puder z odrobiną wody i barwnikami, moja kolekcja barwników jest z aledobre.pl i tortownia.pl. Fioletowy lukier to lody jagodowe, mamy też malinowe, śmietankowe i oczywiście czekoladowe!
      Różne kolory lukrów trzeba nakładać w kilkunastominutowych odstępach czasowych, żeby lukry wyschły i kolory się nie zmieszały. Zabawa jest wspaniała, a radość dzieci - przeogromna. Takie lody z całą pewnością można zabrać na piknik :) nie roztopią się, więc dodaję do akcji "czas na piknik" oraz "Klub kwiatożerców 2011"













      Czas na piknik

      Klub Kwiatożerców 2011

      Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...