Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sałatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sałatki. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 maja 2012

Zwolnienie. Sałatka ze szpinaku, orzeszków pini i mięty Jamiego Olivera.



Czasem tak jest, że silny przypływ energii popycha nas ku realizacji rozmaitych planów, napędza do działań, po czym nagle się kończy - pozostawiając człowieka w chaosie, w środku spraw niezałatwionych, z nawarstwionymi zaległościami, kłopotami rodzinnymi i bałaganem...

Ostatni miesiąc był dla mnie bardzo ciężki. Nawet cieszę się, że się kończy, a na najbliższe dni planuję zwolnienie, wyhamowanie, podleganie rytuałom dla ciała i duszy. Przeglądanie ukochanych, lekko zakurzonych książek kucharskich. Pod kołdrą w łóżku. Kiwanie głową, gdy wzrok zatrzyma się na tych stronach z zagiętymi rogami (do zrealizowania) lub tych z namazanym ołówkiem "ptaszkiem", co oznacza, że już kiedyś je przyrządziłam.



W szczególności zapamiętałam sałatkę Jamiego Olivera, która od wydania jego ostatniej książki jest na mojej liście "do zrobienia". Jak tu go nie kochać? Kilka pysznych składników, kilka minut roboty, kilka minut niebywałego szczęścia i wspaniałego smaku...



LETNIA SAŁATKA Z MŁODEGO SZPINAKU, ORZESZKÓW PINII I MIĘTY

Przepis Jamiego Olivera, z moimi modyfikacjami.

Dla dwóch osób:
  • 100 g liści młodego szpinaku
  • 50 g orzeszków pini
  • 1 niepełna łyżka octu balsamicznego
  • łyżka oliwy
  • łyżka soku z cytryny
  • pół ogórka
  • garść świeżych liści mięty (dowolna odmiana, już nie pamiętam, jak się nazywa ta, której użyłam!)
  • kilka suszonych pomidorów w oleju




Szpinak bardzo dokładnie opłukałam i osuszyłam. Orzeszki uprażyłam na rumiano na patelni i odłożyłam do ostygnięcia. W misce wymieszałam sok z cytryny, ocet, oliwę i dosypałam trochę soli i mielonego pieprzu. Dodałam orzeszki. Szpinak, miętę i suszone pomidory pocięłam nożyczkami na wąskie paski, ułożyłam na wierzchu dressingu. Ogórka obrałam i pokroiłam w półplasterki. Wszystkie składniki wrzuciłam do miski i pod sam koniec, tuż przed podaniem, porządnie wymieszałam.



Sałatka najlepiej prezentuje się na płaskim, sporym talerzu. Trzeba ją zjeść dość szybko, zanim delikatny szpinak nasiąknie dressingiem.


poniedziałek, 20 lutego 2012

Słomiany wdowiec… Ziemniaczana sałatka. Z wędzonym łososiem.

Jestem w pierwszej podróży służbowej… Zostawiłam mój cyrk na ponad trzy dni! Logistyka jest dopracowana do perfekcji, wsparcia Kacprowi udzielą posiłki w postaci dziadków: kto kiedy odwozi, które dziecko, kto czeka na nianię, kto ją wypuszcza, kto z psem, jakieś obiadki, przedszkole – aż mi się robi zimno, kiedy pomyślę o tym, jak jedno spóźnienie i niedopilnowanie spowoduje reakcję łańcuchową i w moim „stadzie” zapanuje niepokój i chaos!



Tak więc mój mąż – bohater, został sam na włościach i przez chwilę będzie słomianym wdowcem…

A mój kierunek to prawie Londyn i „prawie” robi ogromną różnicę… Do Londynu jedynie przyleciałam, po czym kierowca, który stał w hali przylotów z elegancką karteczką, z wypisaną nazwą mojej firmy, wywiózł mnie do totalnego wygwizdowa. Byłam chyba dość widocznie zmęczona, więc ten przemiły starszy pan ciągle mnie zagadywał, wziął ode mnie nawet walizkę, co było dość szarmanckie, ale walizka była na kółkach, za to na ramieniu mój największy skarb – lap top, obciążał mnie okrutnie! Żartem zagadnął, gdzie mnie zawieźć, choć oczywiście doskonale znał cel.

Bez wahania odparłam: zabierz mnie na Priviet Drive 4! *



Humor obojgu nam się poprawił i całą drogę rozmawialiśmy o tym, za co uwielbiam Wielką Brytanię (Harry Potter i Jamie Oliver of korrrssss!) J totalnie zignorowałam temat Olimpiady, kompletnie nie zrobił na mnie wrażenia opis przygotowań, stadionów. Kierowca nie mógł też pojąć, że nie może się ode mnie dowiedzieć nic konkretnego na temat Euro 2012 – tak go zdumiał mój mój brak entuzjazmu, że na dobre kilka minut zapadła niezręczna cisza... Udobruchał się, kiedy wspomniałam jak bardzo wzruszyłam się ślubem księcia Williama, nadmieniłam też, że Royal Wedding to był event roku w skali globalnej! Wróciliśmy więc do rozmowy o tym, co dobre i brytyjskie, czyli The Beatles, Jane Austen  i Tomek i przyjaciele J


Wygwizdowo, do którego w końcu dotarłam jest uroczym, malutkim miasteczkiem, pełnym domów z czerwonej cegły. Bardzo wietrznym. Gdybym miała podobną sukienkę, co Marilyn w „Słomianym wdowcu”, z pewnością wiatr zrobiłby z niej niezły użytek. Skoro jestem jednak w Wielkiej Brytanii, a nie w Nowym Jorku i bliżej mi charakterologicznie (i figurowo) do Bridget Jones niż do Marilyn – zamiast chodzić „po mieście” w sukience, kupiłam sporą ilość szkockich maślanych herbatników, butelkę wina (z zakrętką zamiast korka!!! Ufff) i zamierzam dużo zjeść, umiarkowanie wypić i jak najszybciej zasnąć. Przez chwilę rozważam jeszcze czy będzie totalnym barbarzyństwem nie zmyć makijażu???? Chyba tak… no dobra, szybki prysznic!




* Priviet Drive 4 – jeśli nie wiesz, co to oznacza, to znak, że jesteś Mugolem J



ZIEMNIACZANA SAŁATKA Z WĘDZONYM ŁOSOSIEM, SELEREM NACIOWYM I KAPARAMI

Źródło inspiracji: sałatka Jamiego Olivera, którą w innej wersji pokazywałam tu – klik

  • kilka ugotowanych ziemniaków sałatkowych bez skórki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • garść kaparów
  • pół czerwonej cebuli
  • kilka plastrów wędzonego łososia
  • garść liści bazylii
  • sok z połowy cytryny
  • oliwa, sól, pieprz
  • plasterek cytryny i odrobinę koperku do dekoracji


Ziemniaki gotowałam w osolonej wodzie, nie można dopuścić do rozgotowania! Łodygi selera dokładnie obrałam i pokroiłam w cieniutkie plasterki. Równie drobno posiekałam czerwoną cebulę. Ugotowane ziemniaki pokroiłam w kostkę, wymieszałam z cebulą i selerem, wsypałam kapary. W moździerzu roztłukłam liście bazylii z oliwą i sokiem z cytryny aż powstał aromatyczny, zielony dressing, który doprawiłam solą i pieprzem. Wszystkie składniki sałatki wymieszałam z dressingiem i ułożyłam na talerzykach – te moje, w kształcie rybek, idealnie nadają się na rybne sałatki i inne rybne przekąski. Na wierzchu ułożyłam plastry łososia, pokropiłam cytryną, udekorowałam plasterkiem cytryny i koperkiem. Gotowe! W oryginalnym przepisie Jamie robi tę sałatkę na gorąca z grillowanym stekiem z tuńczyka, pokazywałam ją mniej więcej rok temu.


wtorek, 7 czerwca 2011

PRZEBODŹCOWANIE. Sałatka z awokado II.

Nie wiem czy takie słowo wogóle istnieje, ale zjawisko - na pewno! A dowód na jego istnienie mam od kilku dni...

Mój dom grzęźnie w zabawkach! Przypominam sobie pierwsze miesiące życia mojej córeczki, gdy nie kupowałam żadnych zabawek i w domu było tak spokojnie... Potem jakoś się zaczęło od jednej zawieszki przy wózku, drugiej w łóżeczku, od kogoś dostaliśmy matę, od kogoś grający bębenek, sama kupiłam jakieś rybki do kąpieli i pełno innych grających, szeleszczących, edukacyjnych, kolorowych, stukających, skaczących, intensywnych zabawek. Synek dostaje duuuużo mniej - ale ma tony zabawek po siostrze - dlatego powstrzymuję się ja sama i staram się powstrzymać innych, zwłaszcza rodziców chrzestnych - ale to trudne zadanie... kupowanie dla dzieci jest jak nałóg!!!

Ale teraz mieszkamy u mojej mamy, żeby pomóc jej po operacji. Przeprowadziliśmy się z minimalną ilością dziecięcych akcesoriów. Mamy kilkanaście drewnianych klocków, piłkę, muszle Bilibo, książeczki, kilka pluszaków i kredki. Nic grającego. Nic szeleszczącego. Nic wrzaskliwego i hałasującego!!!

Przypomniałam sobie artykuł, który kilka miesięcy temu przekartkowałam z bardzo sceptycznym nastawieniem. O przebodźcowanych dzieciach, które od nadmiaru kolorów, dźwięków, faktur - ogólnie od nadmiaru bodźców gorzej się rozwijają, są rozdrażnione, marudzące, gorzej śpią i wykazują pełno innych niezdrowych objawów. Może z moimi dziećmi tak nie było, ale dostrzegam wyraźną różnicę w zabawie i "zajęciu się sobą" w pokoju, w którym nie ma miliarda rupieci. Mela znalazła nowe zastosowanie tylu rzeczy, które zabawkami wcale nie są, a zdrowa i kontrolowana nuda pozwoliła jej na wymyślenie ciekawych zabaw z użyciem najprostszych, wyżej wymienionych zabawek. Wojtuś również jest bardziej nastawiony na to, by przysiąść i naśladować siostrę. Wcześniej nie wiedział za które zabawki się zabrać i nie miał właściwie szansy poznać funkcji żadnej z nich, bo od razu jego uwagę przykuwała jakaś inna. Przy jednym dziecku (robiłam tak wcześniej przy Meli) jest łatwo kontrolować ten chaos po prostu chowając niektóre zabawki. Niestety przy dwójce, albo przy jednym starszym i samodzielnym brzdącu jest to trudne, bo co schowam lub uporządkuję - Mela błyskawicznie wyjmuje z powrotem...

Przekonuję się do tezy zawartej w artykule, bo przypomniałam sobie jeszcze jedną teorię - bóli migrenowych. Nasilenie bodźców, które nas atakują jest przeogromne i czasem wystarczy jakiś jeden dodatkowy dźwięk lub zapach, by spowodować silny ból głowy. Odkryłam u siebie kilka takich bodźców, a jednym z nich jest zapach (smród?) wylewanego asfaltu!!! To właśnie przelewa szalę jeśli chodzi o rejestrowanie bodźców przez mój mózg, który protestuje bólem głowy :)

PODSUMOWANIE jest bardzo proste. Młodzi rodzice są atakowani przez pisma, sklepy, innych rodziców, blogi i artykuły. Chodzi o to, że próbuje się nam wmówić, że kładzenie noworodka na czarno-białej macie stymuluje jego rozwój. Czyżby? No, znaczy może i tak, tylko czy noworodkowi jest to rzeczywiście potrzebne? Nie wierzę, że dzieci, których nie stymulowano czarnym i białym będą gorzej rozwinięte. Śmiać mi się chce z tego, że wszystko musi być edukacyjne. Kupno zabawki, której nie określono jako edukacyjna - to strata pieniędzy. Edukacyjna jest ostatnio (według opisów oferty sklepów dla dzieci) nawet piłka! A sitko i drewniana łyżka do jajecznicy nie są edukacyjne? Nie stymulują rozwoju? Nadmiar stymulujących i edukacyjnych zabawek może i rozwija zmysły, ale zabija wyobraźnię i zdolność walki z nudą. No i kto wie czy od czarno białej maty nie boli głowa? :) Bo jak niemowlęta płaczą - wszyscy mówią, że pewnie boli brzuszek. A może po prostu dziecko ma dość edukacyjnych i stymulujących gówien. Dla mojej Meli ostatnio największa frajda to leżeć na trawie i patrzeć na chmury na niebie. Być może zapamiętała to z pierwszych miesięcy życia, gdy oprócz twarzy dorosłych, podczas spacerów w gondoli te chmury to jedyne co widziała :)))

********************

SAŁATKA Z AWOKADO, KURCZAKA I TRUSKAWEK

Dziś dzień wytchnienia od straszliwych upałów. Moje dzieci znoszą je kiepsko, dlatego mamy ciche dni jeśli chodzi o szaleństwa kulinarne. Odstępujemy od zupek i gorących dań mięsnych na rzecz jogurtów, koktajli owocowych, duuużej ilości wody i sałatek. Ostatnio pokazywałam wyjątkową sałatkę z awokado na specjalne okazje. A dziś również awokado - co prawda nie w roli głównej, ale jako składnik świetnej i sycącej sałatki z kurczakiem i owocami.

  • 2 szt. awokado
  • podwójna pierś kurczaka
  • główka sałaty lodowej
  • szklanka truskawek
  • szklanka czerwonych winogron
  • pół ząbka czosnku
  • 2 łyżeczki mieszanki "zioła prowansalskie"
  • łyżeczka mieszanki curry
  • łyżeczka soku z cytryny
  • sól, pieprz, oliwa

Pierś kury umyłam, obkroiłam, osuszyłam i posypałam ziołami prowansalskimi i curry. Leżała w przyprawach jakieś pół godziny. Następnie usmażyłam ją na patelni (można na grillowej) z obu stron i odłożyłam do ostygnięcia. W tym czasie umyłam sałatę, osuszyłam i wymieszałam z dressingiem z oliwy, soli, pieprzu, soku z cytryny i czosnku przeciśniętego przez praskę. Awokado obrałam ze skórki, pokroiłam w kostkę i dodałam do sałaty. Truskawki umyłam, urwałam szypułki i przekroiłam wzdłuż, wrzuciłam do sałatki. Winogrona umyłam, przekroiłam w poprzek na pół i usunęłam pestki, dodałam do sałatki. Na koniec pokroiłam pierś kury w cienkie plasterki i ułożyłam na wierzchu sałatki. Połączenie smaków jest w tej sałatce bardzo oryginalne i smaczne!




piątek, 3 czerwca 2011

WSIĄŚĆ DO WARSA BYLE JAKIEGO. SAŁATKA Z AWOKADO


W ubiegłym tygodniu "zaliczyłam" podróż pociągiem do Katowic i, po kilku dniach, z powrotem. Uwielbiam kolej - wiem, że wszyscy narzekają na opłakany stan dworców, toalet, czystości pociągów, kłopotów z rozkładem jazdy - mimo wszystko uważam, że podróż pociągiem ma w sobie coś niezwykłego, romantycznego i kojarzącego się z przeszłością. Siedzenie przy oknie to podstawa! Hipnotyzuje mnie zmieniające się otoczenie, gdy pociąg zwalnia często widać rozmaite szczegóły, których nie można zaobserwować z jadącego szybciej i innymi trasami samochodu.
Niedługo przed moim ślubem w National Geographic ukazał się materiał o kolei transsyberyjskiej. Opis podróży plus zdjęcia. Niesamowite! Dowiedziałam się, że w Rosji kultura picia herbaty jest tak zakorzeniona w duszach ludzi, że nie wyobrażają sobie nawet kilkugodzinnej podróży bez filiżanki tego naparu! Podobno kraniki z wrzątkiem znajdują się w każdym przedziale, a podróżni wożą ze sobą w wiklinowych koszach zastawę z porcelany! Czy nie jest to niemal archaiczny i wyjątkowy zwyczaj?
Marzyliśmy o podróży koleją nad Bajkał, może nawet dalej. Niestety koszt takiej wyprawy jest niemały, trzeba wziąć długi urlop, więc plany odłożyliśmy na później...

Tymczasem moja pierwsza od dwóch lat podróż pociągiem poskutkowała przebudzeniem tych marzeń o wyprawie koleją transsyberyjską. Wiadomo, że najlepiej się rozmyśla popijając herbatę, kawę lub jedząc coś dobrego... Skierowałam się do wagonu restauracyjnego Wars - o którym mój mąż opowiadał mi same pozytywne rzeczy. Przeżyłam mega rozczarowanie drożyzną, niesmacznym jedzeniem i beznadziejną obsługą!!! Od razu przyszła mi na myśl parafraza piosenki Maryli Rodowicz: ...wsiąść do Warsa byle jakiego...

A dziś chciałam pokazać wyjątkową sałatkę z awokado

AWOKADO FASZEROWANE WĘDZONYM ŁOSOSIEM

dla 4 osób
  • 2 sztuki awokado
  • 100g wędzonego łososia w cienkich plastrach
  • 1 łodyga selera naciowego
  • 2 plasterki czerwonej cebuli
  • 1 cytryna
  • oliwa, sól, pieprz
  • pęczek koperku
To wyjątkowa sałatka na specjalne okazje! Nadaje się szczególnie na letnie romantyczne kolacje w ogrodzie lub na balkonie...
Najczęściej awokado faszeruje się krewetkami -  takiej wersji próbowałam kiedyś u mojej teściowej. Ja proponuję wędzonego łososia. Awokado przekroiłam na pół, wyjęłam pestkę, wydrążyłam miąższ, uważając by nie uszkodzić skórki - posłużyła mi jako miseczki na sałatkę. Miąższ posiekałam w kostkę i od razu skropiłam cytryną, podobnie jak wydrążone miseczki - żeby nie zbrązowiały. Łososia pokroiłam w małe kwadraciki. Seler obrałam z włókien i posiekałam drobniutko, tak samo cebulę. Wszystkie składniki wymieszałam, doprawiłam solą i pieprzem, dodałam sporą ilość soku z cytryny, napełniłam miseczki. Tuż przed podaniem posypałam koperkiem i udekorowałam kawałkami cytryny. Dodatkowo, na talerzu, na którym podawałam sałatki, zrobiłam ozdobny krąg z posiekanego koperku. Gotowe! smacznego :)









Przepis dodaję do akcji "W kuchni ekspresowo"

Ekspresowo w kuchni.

 

wtorek, 31 maja 2011

ŚWIĘTO DZIECI!!!

Kanał MiniMini często nadaje u mnie w domu. Niestety bajki (całkiem przyjemne, edukacyjne - a jakże!) przerywane są reklamami. Co oczywiste, przed zbliżającym się dniem dziecka, reklamy przedstawiają ofertę zabawek lub pomysłów na prezent dla maluchów. O zgrozo! Brokatowa Barbie (zostań stylistką), rozkoszne (według reklamy) koniki z kryształkami Swarovsky'ego, pełno grających i aż mdłych od słodyczy zabaweczek... Największe wrażenie (oczywiście negatywne) zrobił na mnie mówiący Ken! W tle słychać narrację:
"Już jest! Mówiący Ken (Ken mówi; "Jesteś piękna!"), a dziewczyny w narracji chichoczą i podsumowują: Nasz mówiący Ken, zawsze wie co powiedzieć!!!

Jaka żenada. Mam przeogromną nadzieję, że moja córka nigdy nie zażyczy sobie mówiącego Kena!

Zastanawiam się nad wyprodukowaniem konkurencji, np. Kena, który - jak go spytam, które buty lepiej włożyć do tej sukienki - nie odpowie mi: "W obu parach wyglądasz pięknie!"

Zamiast tego fachowo oceni, że obie pary są świetne, ale do tej sukienki lepsze będą beżowe gladiatorki! Taki Ken chyba musiałby mieć coś wspólnego z Jacykowem lub Trinny i Susanah? :)))

W Dzień Dziecka szerokim łukiem omijam Zoo, Hula Kula, bajkolandie i kina... pozostaje fajny spacer, i choćby dwie godziny zabawy, ale skoncentrowane tylko na dziecku (czyli nie przerywane na wstawienie pralki, przygotowanie obiadu, rozmowę przez telefon - jak to często niestety bywa).

Prezenty...  moje dzieci dostały fantastyczną zabawkę, której funkcji właściwie nie da się wymienić, bo dziecko samo wymyśla kilkanaście nowych zastosowań już w pół godziny po otrzymaniu prezentu! Niestety nie jest to tani gadżet, ja miałam to szczęście, że mogłam wykorzystać sporą zniżkę w sklepie, w którym nabyłam nasze Bilibo :)


Wszystkim, wszystkim dzieciom życzę beztroskiego, radosnego i wesołego dorastania, pełnego przygód, ciekawych i odkrywczych ekspedycji. A przede wszystkim ogromu miłości - zarówno od rodziców, jak i dziadków, cioć, wujków, rodzeństwa i przyjaciół rodziny, która pozwala poczuć bezpieczeństwo i spokój!!!

Inne pomysły na wspaniałe prezenty?
Mam kilka - może na następne nadchodzące okazje...

Dla młodych przyrodników - zajrzyjcie tutaj, siatki i domki do obserwacji owadów, mini szklarnie do obserwacji wzrostu roślin, zabawki ogrodowe.

Dla marudzących przy jedzeniu - talerz Mr Food Face


 W nadchodzące upały polecam posilić się chłodnikiem - przepis pokazywałam tutaj.
A w coraz cieplejsze wieczory warto skusić się na:

SAŁATKA Z RUKOLI I PAPRYKI KARMELIZOWANEJ W OCCIE BALSAMICZNYM
  •  opakowanie rukoli
  • 2 żółte papryki
  • kilka ząbków czosnku
  • łyżka oliwy
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • opcjonalnie - grzaneczki
  •  
     
Czosnek posiekałam na plasterki, paprykę umyłam i pokroiłam w cienkie paski. Na patelni rozgrzałam oliwę i czosnek, gdy zaczął się smażyć - wrzuciłam paprykę i wlałam ocet. Całość powoli dusiłam na małym ogniu do czasu aż papryka była miękka, a ocet się porządnie zredukował i skarmelizował.

W misce wymieszałam umytą rukolę z karmelizowaną papryką. Przyprawiłam solą i pieprzem. Można dodać grzaneczki, żeby był jakiś dodatkowy chrupiący składnik. Lub posypać płatkami parmezanu. Bardzo lubię tę sałatkę, polecam! :)






środa, 9 lutego 2011

SAŁATA LYOŃSKA


Pamiętacie mój Moleskine na przepisy? Sporo już zapełniłam - na końcu puste strony zajęłam przyklejonymi wycinkami z gazet. Mam wycinek z przepisem na sałatę lyońską, musi być albo z Vivy albo z Gali - nie pamiętam :)

Mój synek nie spał wiele w nocy, za to kimnął sobie nad ranem, kiedy ja już się rozbudziłam, więc poranny skok na lodówkę zaowocował takim oto apetycznym daniem:

SAŁATA LYOŃSKA

  • paczka mieszanych sałat, lub liście różnych gatunków sałat dobrane według uznania
  • 6-8 plastrów wędzonego boczku
  • 2 jajka
  • kilka łyżek octu spirytusowego
  • 4 łyżki oliwy
  • łyżka musztardy **
  • 2 szalotki lub inne cebule, według uznania
  • sól, pieprz
  • łyżka czerwonego octu winnego lub innego octu a nawet soku z cytryny
  • kilka kromek bagietki lub innej bułki - na grzanki
** w oryginalnym przepisie jest musztarda Dijon - takiej użyłam, ale dla mnie ten dressing był za ostry, następnym razem użyję zwykłej musztardy zmielonej lub z ziarnami. Po prostu wolę delikatne dressingi, ale jeśli ktoś woli wyraziście i na ostro - niech będzie dijońska.

Boczek podsmażyłam na patelni - lubię mocno wysmażony, na granicy przypalenia (tę granicę często przekraczam!). W garnku zagotowałam wodę na jajka, wlałam kieliszek octu spirytusowego i bardzo delikatnie wbiłam jajka - robiłam to po raz pierwszy i wyszło nieźle! To tzw. jajka w koszulkach. Gdy się ugotowały (na miękko, czyli ok. 3 minuty), delikatnie je odcedziłam na talerzu z ręcznikiem papierowym. W piekarniku podpiekłam kromki bułki na grzaneczki - jeśli macie toster - będzie szybciej :) Przygotowałam dressing: w miseczce wymieszałam posiekane szalotki, oliwę, musztardę, czerwony ocet winny, sól i pieprz, po czym na dużym talerzu wymieszałam liście sałaty z dressingiem. Na wierzchu ułożyłam plastry boczku, dookoła grzaneczki a na wierzch - jajka w koszulkach. Tuż przed podaniem jajka trzeba nakłuć, żeby żółtko trochę wypłynęło i stało się częścią dressingu. Sałatka jest bardzo efektowna, idealna na walentynkowe śniadanko, lub śniadanie z innej okazji dla ukochanego lub ukochanej :))) ja właściwie nie lubię walentynek, ale ciężko uciec przed ich siłą medialną!










P.S. to jest porcja na dwie osoby (głodne!), więc reszta czeka w lodówce na powrót mojego mężunia :)

wtorek, 25 stycznia 2011

Raj utracony

Zupełnie niedawno gotowałam tyle, że mogłam robić wpisy na blogu codziennie, a wieczorami oglądaliśmy sobie po trzy odcinki House'a i jeszcze było trochę czasu na inne sprawy... Zmiana nadeszła nagle, jak to w życiu bywa, bez ostrzeżenia i kompletnie wywróciła do góry nogami nasze miłe rytuały... Podejrzewam, że jest w tym jakaś rola prehistorycznych genów, które postanowiły o sobie dać znać akurat w pokoleniu Meli i Wojtusia. Mam tu na myśli maksymalne wykorzystywanie dnia - pobudka wraz z pierwszym nieśmiałym promyczkiem słońca, które dociera do naszego nie najwidniejszego mieszkania na pierwszym piętrze. Czasem jest to wręcz reakcja na promyk lampki sączący się z łazienki, gdy Kacper o 6.30 myje zęby. Wykorzystanie światła trwa nadal po zimowym wczesnym zachodzie. Przecież palą się światła w całym domu, chcemy coś obejrzeć w telewizji, chcemy skorzystać z komputera, wyjąć coś z lodówki, pójść do toalety... Wewnętrzny instynkt każe naszym dzieciom być na "stand by'u" dopóki tylko coś się w domu dzieje. Wyłączenie telewizora i stłumienie świateł pozwala - przynajmniej Wojtusiowi - na spokojne wylogowanie się, jak to nazywa Kacper. Ale tak jak z hibernującym komputerem - małe, przypadkowe przesunięcie myszką po podkładce, powoduje wznowienie - tak u nas w domu - pies wstanie i się otrzepie lub do kogoś przyjdzie sms - i już system Wojtusia się reaktywuje, od nowa wgrywany jest Windows, po czym mój mały synek pobiera wszystkie dostępne aktualizacje... Jego chwilowe ożywienie pobudza siostrzyczkę "Popatrzcie, Wojtuś obudził się! Dzień dobry Wojtusiu, a Mela też obudził się" (pisownia oryginalna).

Tak... trochę narzekałam, gdy Wojtuś miał te 3 lub 5 miesięcy, ale teraz wiem, że ten okres to był raj! Utracony...

Dziś proponuję klasyczną sałatkę kuchni śródziemnomorskiej:

TABBOULEH
  • 2 pęczki świeżej natki pietruszki
  • 1 pomidor
  • 10-cm kawałek ogórka
  • pół małej cebuli
  • sok z 1 cytryny
  • filiżanka kaszy kus kus
  • sól, pieprz, oliwa 
Jest dużo wersji tej sałatki, ja lubię ją robić z czerwoną cebulką, pomidorem i ogórkiem. Kaszkę kuskus zalewam wrzątkiem na 5 minut - z resztą sposób przyrządzenia na pewno jest na opakowaniu. Wszystkie pozostałe składniki wrzucam do malaksera, Siekam drobniutko, doprawiam solą pieprzem i sokiem z cytryny, dodaję dosłownie dwie łyżeczki od herbaty oliwy. Wrzucam do miski i dodaję gotową kaszkę. Kiedy wszystko jest już wymieszane, powinno się "przegryźć" przez co najmniej godzinę. Następnie nakładam sałatkę do małej miseczki, starannie dociskam i odcedzam wypływający sok - chodzi mi o to by sałatka w miseczce była odsączona. Potem przekładam sałatkę z miseczki na docelowy talerz - do podawania - powstaje wtedy ładna kopuła. Obok kładę pokruszony ser feta, polany odrobiną oliwy. Dorzucam kilka czarnych oliwek, dekoruję kawałeczkiem cytryny. To solidna porcja zdrowia, świeża natka, troszkę warzyw, cytryna - lekka i pyszna przekąska w arabskim klimacie :)
Oczywiście feta nie jest skąłdnikiem tej salatki, ja po prostu lubię jesć tabbouleh razem z fetą :)







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...