Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarty. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 maja 2012

Ja też! Tarta ze szparagami, parmezanem i jajkami.




- Ja też!

Czy macie w swoim otoczeniu, osobę, która, cokolwiek nie powiecie - odpowiada: Ja też?!

Ja też :) Zaskakujące, jak pewne zbieżności poglądów, opinii, zainteresowań - mogą wywołać ogromnie różne reakcje. Czasem to bardzo irytuje. Czasem jest zwyczajnie nudne. A czasem - bardzo kręci! Bez względu na płeć i wiek - krążymy wśród dziesiątków spotykanych ludzi i w tym misz maszu napotykamy osoby nam podobne.

Przyjemnie jest mieć kogoś kto rozumie, łapie w lot nasze żarty, podteksty i niedopowiedzenia, z kim można się porozumieć niemal bez słów. Z kim można chichotać, kto śmieje się tak samo głośno i często i tak samo łatwo nawiązuje kontakty. Przyjemnie wreszcie zrozumieć, że samemu nie jest się nadekspresyjną, niemożliwą gadułą, ocierającą się o krawędzie błazeństwa! Przyjemnie jest zobaczyć na własne oczy: jest nas więcej! Mieścimy się w normie, a nie na społecznym marginesie!

Zapewne wielu jest ludzi, którzy nie lubią kotów, mogą przyjąć hektolitry sosu sojowego, wiele kobiet, które uważają, że Dr House jest seksowny. Co jeszcze wyznacza to podobieństwo poglądów, charakterów, co warunkuje dobre samopoczucie w towarzystwie drugiej osoby? Może to jakieś ulotne substancje, może to jakieś fale o zbliżonej częstotliwości, bo przecież często używa się takich paranaukowych metafor, jak: między nimi jest chemia, nadają na tych samych falach.

Tego nie wiem. I choć ciągle mam ochotę odnotowywać kolejne podobieństwa - nie zagłębiam się bardziej w temat. Cieszę się, że miałam szansę spotkać aż kilka takich osób. Bratnich dusz, dzięki którym każdy aspekt życia, jak szkoła, praca, wychowanie dzieci - staje się łatwiejszy.



Czasem zdarza się moment ogromnego niedowierzania:

- To było z Monty Phytona, nie pamiętasz?
- Nie. Nienawidzę Monty Phytona...
- Nie...? Jak to?!
- Cóż... czymś musimy się przecież różnić :)


dla wszystkich bratnich dusz, które przepadają za szparagami - tych zapewne jest wiele!

TARTA ZE SZPARAGAMI, PARMEZANEM I JAJKAMI

Przepis z książki "Tarty. Słodkie i pikantne", wyd. MUZA S.A.,  z moimi modyfikacjami

  • 100 g masła
  • 175 g serka kremowego (Philadelphia, Piątnica, Turek)
  • 1,5 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • kilkanaście łodyg szparagów (według książki 175g)
  • 2 żółtka
  • 3 całe jajka (według książki 5 całych jajek)
  • garść parmezanu
  • szklanka śmietanki 18% (według książki 12%)
  • sól i pieprz

Z masła, mąki i serka z solą zagniotłam ciasto i odstawiłam do lodówki na pół godziny. Następnie wyłożyłam ciastem naczynie do pieczenia tarty (może być tortownica, lub każde inne żaroodporne naczynie), na wierzchu ciasta położyłam arkusz papieru do pieczenia i wysypałam suche ziarna fasoli. Piekłam w 175C przez ok. 25 minut.



Szparagi zblanszowałam kilka minut w osolonej wrzącej wodzie i odcedziłam. Przełożyłam na upieczony spod tarty. 3 jajka delikatnie rozbijałam na spodeczek (po jednym) i delikatnie przekładałam na szparagi. 2 żółtka wymieszałam ze śmietanką i parmezanem, doprawiłam solą i pieprzem, przelałam na powierzchnię szparagów i jajek. Tartę zapiekałam jeszcze kolejne 15-20 minut, aż jajka się zestalą.

Najlepiej smakuje na ciepło!




Dodaję do akcji: Czas na piknik!

Czas na piknik

oraz: Sezon na szparagi.

Sezon na szparagi

środa, 18 kwietnia 2012

Flirt. Tarta z kozim serem, ananasem i czerwonym pieprzem...



Czy wspominałam kiedyś, że pod koniec pierwszych studiów rozpoczęłam drugie...? Na pewno nie wspominałam, że tych drugich do dziś nie skończyłam. Nie kolekcjonowałam tytułów, na pewno szkoda, ale coś tam wyniosłam. Kilka miesięcy po narodzinach Meli jeszcze udawało mi się chodzić na zaoczne zjazdy i nawet szykować zadane prace i referaty.

Jednym z tematów był flirt. Jako forma komunikacji. Zbierając materiały do tej pracy, dowiedziałam się wielu bardzo ciekawych rzeczy. O ludziach. O sobie.

Okazało się, że flirtuję niemal non stop! Składając rączki (jak do modlitwy) i błagalnym spojrzeniem prosząc kierowcę, aby wpuścił mnie do ruchu z podporządkowanej drogi. Z nieśmiałym uśmiechem, rozglądając się bezradnie, przy dużych schodach prowadzących do podziemi - w celu znalezienia wybawcy, który pomoże mi znieść podwójny wózek. Zagadując sprzedawcę warzyw koło Hali Mirowskiej. Rozmawiając z taksówkarzem. Z wykładowcą akademickim. Z każdym!!! Buzia mi się nie zamyka, pytam, komentuję, nawijam, głośno śmieję, mrużę oczy, gestykuluję...

Taaak, według nauki o społeczeństwie, psychologii i kilku jeszcze innych dyscyplin - każdy, do kogo się po ludzku, po chrześcijańsku uśmiechnęłam, któremu okazałam bezinteresowną sympatię, dla kogo nie byłam oziębła, oschła i konkretna - miał prawo odebrać moje zachowanie jako flirt!!!

To chyba niedobrze?! Ależ nie!

Dziś flirt jest postrzegany po prostu jako jedna z form komunikowania się. Flirt chyba nie powinien też znać podziału płci... Trzeba go oddzielić od kokieterii, która ma nieco więcej podtekstów odnoszących się do damsko-męskich relacji... Dawniej flirt był popularną grą towarzyską, sposobem na spędzanie czasu. Później na długo zmienił znaczenie. Na gorsze... Choć ja dalej nie rozumiem tych zawiłych definicji i oddzielania zachowań, które "przystoją" mężatce (lub każdej innej kobiecie), od tych, które trzeba piętnować. Bo jednak wciąż - flirciara - kojarzy się pejoratywnie... a ja, z ogromnym dystansem do siebie, stwierdzam: mam flirciarską naturę! Zagaduję każdego. Uśmiecham się i mówię "dziękuję", gdy słyszę komplement. Witam się i pozdrawiam ludzi ze sporą dawką serdeczności w głosie. Wyniosłość, chłód, dystans i obojętność są mi całkowicie obce, a uwierzcie, że często są potrzebne! Bo wszystko ma dwie strony... niestety nierzadko bezinteresowna serdeczność jest odbierana zupełnie niezgodnie z moimi intencjami.

Po pierwsze: rozchichotana blondynka w najlepszym razie bywa odbierana jako głupia, infantylna, paplająca coś do wszystkich dziunia. Czasem jak natrętna mucha, od której ciężko się uwolnić. Siedzi i trajkocze, wybucha śmiechem bez powodu. Irytująca, ale w sumie nieszkodliwa.

Po drugie - jest pewna grupa, która może nastawić się na kontakt, do jakiego w żadnym razie nie zmierzam. Ta serdeczność może obudzić coś, co powinno być uśpione... i wówczas... tak usilnie próbuję narzucić chłód i dystans, a nie umiem...

Jednak tym, co najbardziej rani ... jest odbieranie mojego stylu bycia jako zwykłego lizusostwa, obłudy i dwulicowości, wkupowania się w czyjeś łaski ...

Wydawać by się mogło, że najgorzej ma partner flirciary, że wścieka się z zzazdrości, że nie rozumie, denerwuje się... na sczęście ten mój rozumie :) powiem więcej! Nierzadko widzi wymierne korzyści, które wynikają z tej cechy mojego charakteru...

Tak... chyba flirciary to jednak najgorzej mają same ze sobą. Ciągle analizując jak ich zachowanie może być potencjalnie odebrane, czy mogą być sobą, czy powstrzymywać to co aż wyskakuje z naszej osoby i prosi się o interakcję, o kontakt z innymi ludźmi... Narzucenie sobie znacznej wstrzemięźliwości w relacjach z ludźmi - to było dla mnie największe wyzwanie ostatnich miesięcy. Nie do końca sprostałam zadaniu, bo dość szybko okazało się, że jestem w grupie świetnych ludzi, którym obce jest niewłaściwe ocenianie innych. Moje największe zmartwienie, które dręczyło mnie na wiele, wiele dni, przed rozpoczęciem pracy - już powoli zanika. Nie potrafię opisać jaka to wielka ulga, codziennie przychodzić do biura i móc być sobą... tak zaczynać i kończyć dzień tym, co wychodzi mi najlepiej: życiem w cudownych relacjach z innymi ludźmi!


TARTA Z ANANASEM, KOZIM SEREM I CZERWONYM PIEPRZEM

na podstawie przepisu Anny Olson

na spód:
  • 100g masła o temperaturze pokojowej
  • 100g serka Philadelphia (lub dowolnego innego serka śmietankowego, np. Turek, Piątnica)
  • 75g śmietankowego serka koziego (użyłam Turek, twarożek kozi do smarowania kanapek)
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • szczypta soli

na nadzienie:
  • 2 łyżeczki skrobi kukurydzianej (lub mąki ziemniaczanej)
  • ½ szklanki śmietany kremówki
  • 1 łyżka złocistego syropu kukurydzianego (pominęłam, nie posiadam takowego :) )
  • ¼ szklanki cukru (pominęłam)
  • ¼ ubitej szklanki brązowego cukru
  • 3 duże żółtka (białka można zamrozić!)
  • 2 łyżki masła
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (lub małe opakowanie cukru waniliowego)
  • szczypta soli
  • ¾ szklanki niesłodzonych wiórków kokosowych
na wierzch:
  • 6-7 plastrów ananasa (użyłam całej puszki, chyba 10 plastrów)
  • ¼ ubitej szklanki brązowego cukru (dałam kilka łyżek zwykłego)
  • 115 g koziego twarogu (Chavroux)
  • 1 łyżeczka pokruszonych ziaren czerwonego pieprzu
Spód: masło zagniotłam z solą, serkiem i mąką, uformowałam spłaszczoną kulę i włożyłam do lodówki. Po godzinie wyjęłam, wyłożyłam ciastem formę do tarty, wierzch wyłożyłam papierem do pieczenia i przygniotłam ziarnami surowej fasoli. Piekłam 30 minut w 180-190C.

Nadzienie: w garnku rozpuściłam masło, cukier i śmietankę, dodałam ekstrakt i sól, wymieszałam, następnie wsypałam skrobię, porządnie wymieszałam i na końcu resztę składników. Podgrzewałam mieszając, aż całość zgęstnieje (prawie jak budyń). Masę wylałam na upieczony spód.

Rozgrzałam piekarnik od góry na maksymalną temperaturę. Na blaszce wyłożonej papierem ułożyłam plastry ananasa (odsączone!), posypałam z wierzchu cukrem i zapiekałam, aż się pięknie zezłociły. Skarmelizowane plastry układałam na wierzchu tarty. Na koniec ułożyłam kawałki twarożku koziego i pokruszone ziarna czerwonego pieprzu.

TA TARTA TO COŚ CAŁKOWICIE INNEGO I NIEBANALNEGO! JEŚLI MIAŁABYM WYBRAĆ TAKI NIETUZINKOWY DESER, ŻEBY KOMUŚ ZAIMPONOWAĆ, ŻEBY KOMUŚ POKAZAĆ NIECODZIENNE I NIEZWYKŁE POŁĄCZENIE SMAKÓW - to już mam swój typ :)))


czwartek, 29 września 2011

BELLA. Razowa tarta z nadzieniem malinowo-różanym.

Przez ponad trzy lata udało mi się uniknąć ogromnego zalewu tandety i kiczu, które ogarnęły niemal cały przemysł dziecięcy. Nie to, żebym nie popłynęła z różem i falbankami i bufkami dla córeczki, o nie! Ale z szafy nie zerka na nas Hello Kitty, ze skrzyni na zabawki - kucyki pony, a z dvd - "Barbie i sekret wróżek" czy "Dzwoneczek i uczynne wróżki". Niestety ta cudowna era gustownego dzieciństwa chyba się kończy. Każdy podświadomie dąży do tego, by dołączyć do kolektywu i dopasować się, odnaleźć w grupie, a ci, co się wyróżniają - skazani są na etykietkę dzikusów lub odmieńców. Dlatego moja córeczka ochoczo podpatruje czym bawią się dzieci naszych przyjaciół i co noszą dziewczynki w przedszkolu i domaga się spełniania określonych potrzeb...

Często dzieci są skażone ambicjami lub niespełnionymi marzeniami rodziców. A u mnie to jakoś tak się potoczyło, że Mela zarosła moimi spełnionymi marzeniami :) miałam ogromny sentyment do bajek Disney'a jako dziecko, nawet jako nastolatka. Dlatego, po odkryciu, wkrótce po narodzinach córeczki, outletu z filmami dvd, szybko zaczęłam kolekcjonować klasykę. Chyba bardziej dla siebie. Pocahontas za 9,99? Biorę! "Miecz w kamieniu" i "Księga dżungli"? Jasne! Kopciuszek? A jakże!!! Królewna Śnieżka to od babci. A od mojego wujka na gwiazdkę - "Piękna i Bestia" w komplecie z  lalką a la Barbie. I tak w naszym życiu (mieszkaniu) pojawiła się Bella. Wiele lat temu podziwiałam jej suknię, a bajka należała do moich ulubionych. Z biegiem czasu zastąpiły ją "Zakochany kundel", "Piotruś Pan", "Gdzie jest Nemo" i inne - takie bardziej w stylu unisex - bo nie da się zaprzeczyć, że "Piękna i Bestia" nie jest dla chłopców. Mogę śmiało stwierdzić, że chciałam ją mieć, żeby obejrzeć jeszcze raz po latach i poczuć dawny sentyment, ale stało się odwrotnie!!! Nie poczułam dawnego zachwytu! Jedynie złość na rozbudzanie w małych dziewczynkach niezdrowego romantycznego podejścia! W bajkach Disney'a te zagubione bohaterki, właśnie takie odmienne, o nietuzinkowych pragnieniach, wielkiej urodzie, odstające od pozostałych bohaterów dziewczyny, wzniecają dziwne odczucia... Stałym punktem w każdej z bajek jest scena, gdy bohaterka śpiewa o swoich dylematach. Muzyka jest przepiękna. Aż chciałoby się biec po łące i wyśpiewać swoje problemy, jak Bella, czy Ariel z Małej Syrenki... czy chcę, żeby moja dziewczynka taka była? Romantyczna? A nie rozważna?



Wracając do naszej Belli... przeleżała w szafie wiele miesięcy, nie tknięta, potraktowana całkowicie obojętnie przez moje dziecko... Trwała faza na Stacyjkowo i Tomek i przyjaciele.  Aż pewnego dnia Mela u przyjaciół zobaczyła lalki! Właściwie to nie były lalki... To były dupeczki! Szpilki, obcisłe topy, gołe pępki... Brokat, tleniony blond (lub ognisty rudy), smoke eye... Projektanci lalek chyba inspirowali się ulotką z ofertą ekskluzywnego burdelu, które zawsze znajduję zatknięte za szybę ilekroć parkuję samochód na Hożej lub Nowogrodzkiej... Jednym słowem te Barbie to jakaś katastrofa. Po powrocie do domu odnalazłam Bellę. Po widoku lalek-lasencji nie sposób było nie docenić elegancji i dystyngowania Belli... A ta piękna, żółta suknia, najpiękniejsza ze wszystkich sukni księżniczek ze wszystkich bajek... Elegancka fryzura, stonowany makijaż. Tak! Bella jest piękna. I niech Mela się nią bawi, jeśli chce. Niech lubi też kucyki pony. I Hello Kitty. I High School Musical. I Hannah Montanę. I wszystko, co normalne dziewczynki w jej wieku. Bo marzycielska głowa to jedno, ale odstawanie od grupy wcale nie jest dobre. Dopóki dziewczynki nie dostrzegają kiczu i brzydoty w kotku Hello Kitty, dopóki świetnie się bawią i identyfikują jako wspólne grono z piórnikami i workami na kapcie z Dzwoneczkiem - to wspaniale. A ja muszę przywyknąć. Paradoksalnie każdy rodzic wie, że zniechęcanie dziecka do jakiegoś przedmiotu, bohatera, kolegi - przynosi odwrotny efekt. Wyrażam więc całkowite poparcie dla wszechobecnego kiczowego, komercyjnego backgroundu dzieciństwa i wyrażam też olbrzymie nadzieje, że Mela jak najszybciej z tego wyrośnie!



A teraz coś dla prawdziwych fanek :)

Potraktujcie to jako zabawę: która z sukni bohaterek Disney'a najbardziej się Wam podoba? Ja już zdradziłam, że mam sentyment do tej żółtej, którą nosi Bella, ale bardzo też lubię orientalne wdzianko Yasminy z Alladyna oraz cygański sznyt Esmeraldy z "Dzwonnika z Notre Dame"...
od lewej: Yasmina (Alladyn), Śnieżka, Mulan, Śpiąca Królewna, Kopciuszek, Pocahontas, Bella (piękna i Bestia), Ariel (Mała Syrenka)... niżej jeszcze dwa ujęcia Belli i Kopciuszka, Esmeralda, a na samym dole - Tiana "Księżniczka i żaba" - coś ciekawego, bo to pierwsza czarnoskóra bohaterka Disney'a - sukces politycznej poprawności, bardzo w amerykańskim stylu. Bajki nie widziałam, ale księżniczka śliczna :) i podobno pięknie śpiewa...
źródło: fanpop.com





RAZOWA TARTA Z NADZIENIEM MALINOWO-RÓŻANYM

Niedawno pokazywałam razowe ciasteczka. Z połowy przepisu na ciasto upiekłam właśnie ciasteczka, ale ponieważ nie chciało mi się już wałkować i wycinać ciasteczek - resztą ciasta wyłożyłam spód do tarty i upiekłam (15-20 minut w 190C). Teraz najlepszy numer: miałam duży słój malin, po maceracji spirytusem i wódką - szykowaliśmy nalewkę malinową. Nie wiedziałam co zrobić w tymi malinami, a pamiętałam z któregoś przepisu Nigelli, że po zrobieniu nalewki jeżynowej zmacerowane owoce użyła do ciasta. Moje były tak przesiąknięte mocnym alkoholem, że jeden kęs załatwiłby człowieka na amen! Wobec tego zaczęłam je podgrzewać i odparowałam sporo alkoholu. Następnie 2 szklanki malin wymieszałam z polową słoika konfitury z płatków róży i kilkoma łyżkami dżemu malinowego. Pozostał silny alkoholowy posmak, ale nagle okazało się to pyszne! Wyłożyłam masę różano-malinową na upieczony spod tarty, na wierzchu ułożyłam jeszcze wzór z pasków surowego ciasta i zapiekałam jeszcze 10-15 minut. Możecie być pewni, że alkohol wyparował, że pozostał jedynie smak.

Jeśli nie macie malin - pozostałości po robieniu nalewki - nie szkodzi. Zwykłe maliny można zasypać cukrem (kilka łyżek), podgrzewać i gdy zmiękną, puszczą sok, podgrzewać dalej, aby się zagęściły. Wówczas tak samo dodajemy konfiturę różaną i dżem malinowy i postępujemy jak wyżej.

Połączenie malin i róży jest przepyszne!

Moja tarta też jest Bella!




środa, 15 czerwca 2011

Najseksowniejsza kobieta... hmmm...

Przeglądam "zaległości"... Gala, Viva i te klimaty. Okazuje się, ze Jennifer Lopez została uznana za najpiękniejszą i najseksowniejszą kobietę na Ziemi. O gustach się nie dyskutuje - takie rankingi to bzdura, pewnie bym jedynie "odnotowała" ten fakt, gdyby nie pełne sprzeczności dyskusje na forach internetowych i glosy oburzonych. Czym oburza Jennifer? Wielkim dupskiem. Chodzi o to, że ta latynoska i bezdyskusyjnie atrakcyjna kobieta ma... jakby to ująć - ma na czym usiąść. Widać to zwłaszcza na koncertach na żywo, oglądanych w HD. Nie widać tego prawie wcale na licznych sesjach zdjęciowych - i o to chodzi przeciwniczkom J.Lo. Twierdzą, że ona udaje taką równiachę z sąsiedztwa, że w wywiadach opowiada o tym, że jest normalną kobietą, że też ma problemy z cerą, cellulitem, że przytyła w ciąży, etc. Po czym, jak skarżą się forumowiczki - na okładkach pism i swoich płyt ukrywa ten cellulit, kiepską cerę i prezentuje się jak bóstwo. Nie wiem czy to efekt dobrze dobranego stroju, na pewno sporo photo shopa... Kumacie o co chodzi? Bo ja tu widzę gigantyczną HIPOKRYZJĘ!!! Laski zawistne chciałyby, żeby jak ktoś ma cellulit, fałdki na brzuchu czy coś tam jeszcze innego - żeby to pokazywał. Bo jak inaczej wytłumaczyć taką zaciekłość???

Czy nie jest to normalne, że na zdjęciach, które mają obiegać cały świat, Jennifer chce wyglądać jak najlepiej? Według mnie to normalne... Gdy zamieszczam swoje zdjęcia na blogu, facebooku, lub oprawiam jakieś do powieszenia nad kanapą w domu - to takie, na których wyglądam korzystnie, ładnie, wybieram najlepsze z wakacji, ślubu, urodzin córeczki. Przecież byłoby to co najmniej dziwne, gdybym celowo wybrała takie, na którym krzywo się uśmiechnęłam lub usiadłam z rozplaskanym na krześle udem, że wygląda jak zapaśnika sumo! Nawet sobie żartujemy z mężem, jak robi mi zdjęcia z dziećmi w wannie, proszę go, żeby powiedział czy piana zakrywa mi fałdki :))) Przecież moje dzieci nie spojrzą na zdjęcie oprawione, a potem na takie ukryte w jakimś folderze na pulpicie i nie powiedzą: patrz, mama to taka hipokrytka, wybrała zdjęcie na którym wygląda chudo, a tak na prawdę to przecież baleronik!!!

Cieszę się, że wybrali Jennifer - o niej z całą pewnością można powiedzieć, że jest za co złapać i jest apetyczną kobitką, w przeciwieństwie do anorektycznych ciałek wielu modelek i aktorek o równie ślicznych buziach. Nigdy nie ceniłam J.Lo jako wokalistki, tak sobie coś tam miauczy wysokim głosikiem do całkiem przyjemnych, nieskomplikowanych melodii, ale ogólnie odbieram ją pozytywnie. A zawistne laski namawiam, żeby w akcji protestu "Zabierzmy J.Lo tytuł najseksowniejszej kobiety świata" przyznały, np. na facebooku, przed wszystkimi czy mają takie obciskające gacie korygujące sylwetkę i czy w nich chodzą na wesele przyjaciółki (jak ja dwa tygodnie temu!!!) oraz, żeby pokazały, również na facebooku zdjęcia przed i po włożeniu tego cudnego wynalazku!!! Pozdrawiam!

Nie ma to jak przejść od obciskających gaci korygujących sylwetkę do czegoś na słodko...
Dopadło mnie paskudne zapalenie oskrzeli, wiec pokazuję kolejne danie z początku czerwca - teraz dużo odpoczywam, ale już mnie baaardzo korci, by znów coś piec i gotować - lato w pełni, to cudowny moment dla fanów dobrej kuchni!!!

TARTA Z BUDYNIEM ZE ŚWIEŻYCH TRUSKAWEK I RABARBAREM
ciasto
  • 150g mąki
  • 1/4 łyż. proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 60g cukru pudru
  • 125g masła
  • 1 żółtko

nadzienie
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 50g cukru pudru
  • 4 łyżki mąki/skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • 300ml mleka
  • 300ml śmietanki kremówki
  • szklanka truskawek posiekanych na kawałki
na wierzch
  • 2-3 łodygi obranego rabarbaru posiekanego na plasterki
Składniki ciasta połączyłam, wyłożyłam gotowym ciastem formę do tarty i schłodziłam (albo 15 min w zamrażalniku albo godzinę w lodówce). Upiekłam w 190C (około 15min) i odstawić.

Jajka i żółtka wymieszałam z cukrem i mąką ziemniaczaną. W garnku podgrzewałam powoli śmietankę z mlekiem. Gdy była na granicy wrzenia odstawiłam ją z kuchenki i wlałam masę jajeczną cały czas mieszając. Dodałam truskawki i zagotowałam mieszając. Odstawiłam na bok.

Rabarbar umyłam, obrałam i pokroiłam w plasterki. Na koniec na upieczony spód wylałam budyń truskawkowy, na wierzchu ułożyłam wzór z plasterków rabarbaru, posypałam niewielką ilością cukru i piekłam jeszcze mniej więcej 15-25 minut w 165C. Rabarbar ma być lekko twardawy, wtedy najlepiej czuć jego kwaskowatość i fakturę. Gotowe!




piątek, 18 lutego 2011

TARTA CYTRYNOWA DLA EMILII

Ok. Wszystkich, którzy nie lubią patosu w stylu "Urzekła mnie Twoja historia" muszę uprzedzić: ten tekst jest na tzw. gulę, wyciskacz łez i niemal tandetny "wzruszacz", ale nie mogę się powstrzymać przed jego opublikowaniem, bo wszystko co tu napisałam to prawda... Sama często uciekałam przed nagłówkami w stylu "Przeczytajcie o moim dziecku..." i długaśnymi, łzawymi historiami, szczegółowymi opisami wyłącznie cierpienia, bez happy endu. Ale szczegóły poznacie poniżej i lojalnie ostrzegam: czytacie na własne ryzyko, bo takiego wzruszenia i emocji jeszcze u mnie nie było!!!

W lipcu ubiegłego roku Mela skończyła 2 latka, gadała jak najęta, rozpoznawała kolory, liczyła, zaczynała opowiadać wierszyki i była okazem zdrowia i wdzięku. Mój synek skończył 2 miesiące, wyjeżdżaliśmy na pierwsze wspólne wakacje całą piątką: my, dwoje dzieci i pies. Jakieś totalne apogeum szczęścia - wspaniałe widoki austriackich Alp, pyszne jedzenie, wędrówki, odpoczynek.

Mniej więcej w tym samym czasie, w Wejherowie, urodziła się niewiarygodnie wyjątkowa dziewczynka. Laura. Chora na bardzo rzadkie schorzenia genetyczne: klątwę Ondyny i zespół Hirschsprunga. Jedna z chorób uniemożliwiła maleńkiej dziewczynce samodzielne oddychanie, a druga - jedzenie, trawienie i wydalanie...

W czasie, gdy ja spędzałam tak cudownie udane wakacje - matka tej dziewczynki zmagała się z niemożliwym do zniesienia bólem, stresem, bezradnością. Kilka tygodni później, w czasie, gdy ja założyłam swojego bloga "by uciec od rutyny", Emilia - mama Laury, nie mogła nawet marzyć o odrobinie domowej rutyny, bo od wielu, wielu dni jej rutyną stał się szpital, bezsilne patrzenie na cierpienie dziecka, niepewność związana z brakiem właściwej diagnozy.

Na bloga "Kochamy Laurę" trafiłam przypadkiem, gdy weszłam na stronę blog roku 2010 sprawdzić, jak tam eliminacje i werdykt jury. Nie potrafię opisać jak bardzo wzruszyła mnie historia tej rodziny. Jak bardzo czułam się wytrącona z równowagi faktem, że na dwie osoby - rodziców Laury spadł taki ciężar, że stanęli w sytuacji, z której nie ma głównego wyjścia, a jednak przez kolejne miesiące odnajdywali szczeliny, wyjścia awaryjne i z jeszcze większym zapałem czekali, aby sprostać kolejnym wyzwaniom. Przeczytałam tego bloga od najstarszego do najświeższego wpisu i bardzo długo dochodziłam do siebie. Zadawałam sobie mnóstwo pytań, aż wreszcie jedynym sposobem bym poczuła ulgę okazała się drobna pomoc tej rodzinie. Chciałam się z kimś podzielić moimi spostrzeżeniami i odczuciami. Opisać jak podziwiam Emilię, kobietę, która stanęła na rzęsach, poruszyła niebo i ziemię, a w międzyczasie lekarzy, media, ministerstwa i tysiące ludzi w Polsce i na całym świecie - by walczyć o każdy dzień życia swojej córki. Nie mogłam się otrząsnąć ze zdumienia. Emilia opisuje dość szczegółowo chorobę córeczki, ale to co od razu "uderza" w jej tekstach, to niesamowity hart ducha i niezachwiana wiara w słuszność własnego postępowania i w lepsze jutro. Dużo osób może stwierdzić, że chyba każdy by tak walczył o swoje dziecko. Z opowieści Emilii wynika jednak, że nie każdy - w czasie wielomiesięcznego pobytu w szpitalu widziała ciężko chore dzieci, porzucone przez rodziców, których niewytłumaczalnie okrutny czyn wynikał z tego, że przerosła ich choroba dziecka, pech i nieszczęście. Tym większy - niemożliwy do wyrażenia podziw, szacunek i poczucie ogromnej sympatii wobec tej kobiety zrodziło się gdzieś w mojej głowie. Ona zmaga się z taką ilością problemów, których jedna osoba nie jest w stanie udźwignąć! Lekarze nie dawali jej złudzeń co do poprawy stanu jej dziecka. Ich wyroki zawsze były pesymistyczne. Ta kobieta sama próbowała diagnozować i obserwować swoje dziecko i tylko i wyłącznie dzięki jej intuicji i szalonej miłości dziewczynka przestała korzystać z respiratora w ciągu dnia, zaczęła ćwiczenia umożliwiające jej wydawanie dźwięków... Nigdy nie słyszałam o kimś tak wspaniałym jak ona, ani o kimś tak niezwykłym jak jej córeczka - która mimo tylu bolesnych zabiegów, operacji, ciągłym podłączeniu do aparatury ratującej życie - uśmiecha się, zjednuje sobie lekarzy i pielęgniarki, nie daje za wygraną i mimo tylu rurek, przewodów, którymi oplecione jest jej ciałko - sama siada, próbuje gaworzyć i rozwija, zupełnie jak mój Wojtuś! Determinacja jej matki, jej hart ducha, jej konsekwencja są czymś tak dalekim od moich cech, że na początku czytając jej historię poczułam się stłamszona i nic nie warta. Zaraz potem pomyślałam "Dzięki Bogu, że nigdy nie musiałam udowadniać swojej determinacji, że nigdy nie musiałam o nic tak walczyć". Być może i we mnie zrodziłyby się takie cechy w sytuacji takiej ciężkiej próby. To, że nie miałam tak ciężkich doświadczeń nie czyni ze mnie przecież mniej wartościowego człowieka.

Właściwie nie wiem czemu chciałam napisać o Laurze u siebie na blogu. Przecież to temat poruszany już przez tyle mediów. Oczywiście, warto podkreślić, że Laurze można pomóc, najlepiej finansowo. Na jej stronie wymienione są dane kontaktowe, numery kont. Sama poprosiłam męża, aby przekazał 1% podatku na tę dziewczynkę. A ja chciałam napisać chyba bardziej o Emilii. O tym jak ją podziwiam i jak bardzo chcę ją wesprzeć. Chociaż szczerze mówiąc nie wiem czy chcę, żeby przeczytała mojego bloga. Moje problemy, które tu opisuję, są tak nie znaczące, a poza tym moja rodzina na tle jej zmagań może się wydawać tak doskonała i szczęśliwa, że bluźnierstwem byłoby sobie od czasu do czasu ponarzekać, że np. Wojtuś miał zapalenie oskrzeli. Czytając zapiski z życia tak skrajnie odmiennej, szczęśliwej i po prostu normalnej rodziny, Emilii mogłoby chyba pęknąć serce. Ale z drugiej strony jedyne co mogę zrobić dla Emilii, oczywiście poza pomocą Laurze, to żyć normalnie! Normalność - to coś do czego ona dąży maleńkimi kroczkami. O tym właśnie marzy. Nic nie poradzę na to, że są rodziny normalne, z totalnie błahymi problemami i rodziny zmagające się z ciężkimi chorobami najbliższych. Mogę jedynie podkreślić swoją normalność - docenić to co mam i się tym cieszyć, bo gdybym postępowała inaczej - Emilia nigdy by mi tego nie wybaczyła. Mogę również, korzystając z 64 stałych obserwatorów i 500 wejść na bloga na dobę, poprosić, żebyście rozważyli przekazanie 1% podatku lub inną formę pomocy tej dziewczynce. Poza tą jedną dyskretną prośbą nic na moim blogu nic się nie zmieni. Będę dalej gotować, żartować i czasem narzekać. Dalej będziecie otrzymywać małe dawki humoru, opisy śmiesznych momentów w moim życiu.

Wspaniałej Emilii dedykuję tartę cytrynową. Chociaż Emilii może się to wydać dość wariackie (ta dedykacja przepisu) to chcę, żeby wiedziała, że dzisiejszy wpis i przepis jest przygotowany z myślą o niej i jej ciężkiej drodze do normalnego życia.

Emilio, chyba wczoraj byłaś w Warszawie na gali Bloga Roku 2010 - o tym, że się wybierasz przeczytałam na Twoim blogu. Gratuluję Ci tego sukcesu, tego, że dotarłaś do tylu odbiorców, że znalazłaś tyle osób chętnych pomóc Twojej córeczce, że jury doceniło Twój pamiętnik z ostatnich miesięcy. To było cenne i wzruszające doświadczenie przeczytać o Waszych zmaganiach, o poświęceniu, nie traceniu wiary i wielkiej miłości jaką darzycie Laurę.
Pozdrawiam, i wszystkimi myślami, siłami, słowami i nie wiem czym jeszcze życzę, żeby Laura jak najszybciej pokonała chorobę!

Małgosia
Mama Meli-łobuziary i słodkiego Wojtusia-mazgaja


Tych, którzy czekali dziś na jakiś zabawny tekst i bajerancki przepis - no cóż... zapraszam po weekendzie.
********************************************************

TARTA CYTRYNOWA

Od kilku tygodni przymierzałam się do upieczenia tego ciasta - chodziło za mną od dawna, a nigdy sama go nie przyrządzałam. W końcu nadarzyła się okazja - dzisiejszy symboliczny wpis, zadedykowany niezwykłej rodzinie. Moja tarta tym się różni od innych tego typu wypieków, że skórka i sok z cytryny są dodane już do ciasta, a nie tylko do nadzienia.

ciasto
  • 150g mąki
  • 1/4 łyż. proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 60g cukru pudru
  • skórka z 3 cytryn (drobno starta)
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 125g masła
  • 1 żółtko
nadzienie
  • 2 jajka
  • 2 żółtka
  • 50g cukru pudru
  • 4 łyżki mąki/skrobi kukurydzianej lub ziemniaczanej
  • skorka z 1 cytryny
  • 3 łyżki soku z cytryny
  • 300ml mleka
  • 300ml śmietanki kremówki
  • 1 łyż. ekstraktu waniliowego
Przygotowania do ciasta zaczynam od włożenia masła do zamrażalnika i umycia/sparzenia cytryn. Gdy masło jest zmrożone ścieram je na tarce w drobne wióry, a z drugiej strony tarki ścieram skórkę z cytryny - mam wtedy już dwa najważniejsze składniki ciasta na talerzu. Nie trzymam się tych reguł, żeby osobno połączyć mąkę z solą, proszkiem i cukrem - wszystko wrzucam "jak leci" na ten jeden talerz i zagniatam ciasto, nie zapominając o żółtku i dodaniu soku z cytryny (gdyby ciasto było zbyt rzadkie, dodajcie więcej mąki). Ciasto trafiło na balkon na 10min, żeby się zmroziło, a potem do piekarnika (190C) na 15min, gdzie niestety się troszkę przypaliło. Trudno!

Gdy ciasto się piekło to nie zauważyłam, że się zbyt mocno rumieni, bo akurat robiłam nadzienie: w misce wymieszałam jajka, żółtka, skrobię kukurydzianą, ekstrakt waniliowy i cukier, a następnie skórkę z cytryny i sok - ostrożnie i po trochu, bo z tym kwaśnym sokiem bywa różnie. Nie było go w przepisie (tego soku), to był mój pomysł, więc zachowałam "rezerwę" :) Do garnka wlałam mleko i śmietankę i podgrzewałam powoli, a gdy wszystko się mocno podgrzało, wlałam masę jajeczną i podgrzewałam aż do zagotowania. Jak dla mnie nadzienie wciąż było zbyt mało cytrynowe, więc po kropelce dodałam jeszcze sporo soku - musicie spróbować i uznać sami - niektórym sama skórka wystarcza.

Na upieczony spód wylałam nadzienie i piekłam w 160C jeszcze ok.30 minut. Nadzienie od samego pieczenia się nie zestali zupełnie, trzeba jeszcze schładzać gotową tartę w lodówce przed podaniem. Na patelni podsmażyłam półplasterki cytryny z łyżką cukru i wody aż się trochę skarmelizowały. Użyłam ich do dekoracji, chociaż ten przypalony spód popsuł efekt wizualny mojej tarty... Próbowałam to "podratować" cukrem pudrem i wyszło jeszcze gorzej :( ale niech Was to nie zraża - smak jest absolutnie wspaniały!












Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...