Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakąski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zakąski. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2011

FASZEROWANE OLIWKI W CHRUPIĄCEJ PANIERCE...

Niedawno usłyszałam przypadkiem wyjątkowo krzywdzącą opinię o kuchni włoskiej - że to tylko czosnek, pomidory, pizza i makaron!!! Trudno o większą ignorancję, bo bogactwo kuchni włoskiej aż trudno, według mnie, opisać!!!

Włochom zawdzięczamy tyle rodzajów potraw, serów, alkoholi, deserów!!! Dodatkowo pasja, z jaką Włosi podchodzą do gotowania i jedzenia jest cudowna i zaraźliwa. Moi rodzice zjeździli Wlochy wzdłuż i wszerz, więc opowieści i zapożyczone zwyczaje, a także przepisy, które poznali - towarzyszą mi od dziecka. Oboje z mężem jesteśmy zgodni co do tego, że gdybyśmy mieli na starość zamieszkać poza Polską, marzylibyśmy o tym, by osiedlić się w małym włoskim miasteczku.

W ubiegłoroczne wakacje udało nam się "zaliczyć" króciutki pobyt w regionie Friuli-Wenecja Julijska. Na naszej trasie było Udine, gdzie się "zamelinowaliśmy", a wypady zrobiliśmy do Gemona di Friuli - miasteczka, które w latach 70-tych przeszło straszliwe trzęsienie ziemi i niemal w całości legło w gruzach, oraz leżące już nad morzem - Marano Lagunare - maleńka "wioseczka" rybacko-turystyczna. Włosi zjednali sobie moje serce bezproblemowym podejściem do naszego czworonoga, który nie dość, że nie był klopotem dla nikogo, to  był wręcz mile widziany w każdej knajpeczce i od razu dostawał wodę w wiadrze (!) i kawałki chleba do gryzienia!!! :)

Od lat interesowałam się kuchnią włoską - dlatego nie sądziłam jak wiele jeszcze może mnie zadziwić i zaskoczyć! To jest dowód na to, że kuchnia włoska kryje wiele bogactw i niespodzianek. Codziennie jedliśmy coś totalnie nowego i nieznanego nam wcześniej. Jedno odkrycie kulinarne było niezwykle cenne. Popełniłam błąd podczas składania zamówienia w miłej, malutkiej restauracyjce i zamiast zwykłych oliwek do przegryzania, dostałam bardzo oryginalną, gorącą przystawkę, która przerosła moje najśmielsze oczekiwania: Olive all' ascolana. To gigantyczne oliwki, faszerowane jakimś mięsem, pokryte grubą i chrupiącą panierką... absolutny smakołyk, cudna przekąska! Po powrocie do Polski próbowałam poszukać przepisu, jednak znalazłam tylko po włosku i muszę poprosić mojego tatę, żeby mi przetłumaczył. Jest nawet jakiś filmik na youtube, ale niespecjalnie dobrze rozumiem jak je przygotować, podobno sam farsz jest praco i czasochłonny w przygotowaniu. Postanowiłam jednak zrobić coś w miarę podobnego na własny sposób:

FASZEROWANE OLIWKI W CHRUPIĄCEJ PANIERCE
  • zielone oliwki olbrzymie bez pestki
  • pęczek bazylii
  • puszka tuńczyka
  • puszka anchois
  • kilkanaście suszonych pomidorów
  • 1 jajko
  • kilka łyżek mąki
  • kilka łyżek bułki tartej
  • pomidory w proszku*
  • suszona papryka
  • pieprz
  • olej do smażenia

* Genialna przyprawa, którą dostałam w prezencie od sklepu Aledobre.pl - sproszkowane pomidory można dodawać do sosów, zup, sałatek - ja w kilka dni zużylam już prawie całe opakowanie, bo dodaję do wszystkiego i bardzo, bardzo poprawia smak!!! Przyprawa nie zawiera soli ani żadnych dodatków, dlatego już sporo łyżeczek wylądowało w potrawkach dla mojego synka :) Gorąco polecam!

Oliwki nacięłam je z jednej strony i do środka wkładałam liść bazylii i suszonego pomidora, kawałek tuńczyka lub anchois. Obtaczałam nafaszerowane oliwki w mące,  w jajku,  w bułce tartej z dodatkiem suszonej papryki, pomidorów w proszku i pieprzu. Smażyłam na rumiany kolor. Prezentowały się wspaniale! Te z tuńczykiem i suszonym pomidorem były najlepsze, z anchois było ciekawie, niestety sama oliwka, podobnie jak anchois - to bardzo słone dodatki i w połączeniu były nawet nieco zbyt słone. Koniecznie wypróbujcie taką przekąskę, na zdjęciach widać piękne dekoracje potrawy przygotowane przez moją siostrę. To duże muszle suchego makaronu pokryte złotym sprayem oraz pęczki rozmarynu.

PS. po przepisy z "włoskim sercem" radzę zajrzeć na świetnego bloga Italia od kuchni. Pozdrawiam autorkę :)








piątek, 1 kwietnia 2011

Robię sobie jaja...

Bez jaj!
On sobie z ciebie robi jaja!
Ale jaja!

Pomiędzy wczesną podstawówką a późnym liceum, pewnie z resztą też na studiach - cała młodzież jaką poznałam wykorzystywała hasło "jaja" na okrągło! Pojawiały się w różnym kontekście - przeważnie chodziło o dowcipy, żarty, wygłupy. Jestem typem łatwowiernej blondynki - wspaniały model, by mnie "wkręcać" w jakieś dowcipy i zaaranżowane żarty. Dziwę się, ze nikt z przyjaciół nie zgłosił mnie nigdy do jakiegoś programu typu "Mamy cię!" :) słynę z tego, że uwierzyłam w nawet najbardziej naciągane historie i opowieści. Znam to jedynie z filmów, ale mina "wkręcanego", gdy słyszy:
- Nie no, co ty, żartowałem. A ty na prawdę uwierzyłaś?!!!!!!!!!

bezcenne.

Dziś pierwszy kwietnia, więc i ja robię sobie jaja!!! :)

Mój mąż zaczął pierwszy, zadzwonił przed chwilą z pracy:

- Kocham Cię!
- Ja też...
- Prima aprilis :)))

Cały ranek teraz obmyślam zemstę, planuję też jakie dowcipy zrobić pozostałej rodzince.

Ale robię sobie jaja także w znaczeniu dosłownym: do Świąt Wielkiej Nocy pozostały jeszcze ponad trzy tygodnie, ale można już zacząć przypominać sobie i testować co poniektóre przepisy z jajkami w roli głównej. Dziś u mnie przepis z "Kuchni Polskiej" Danuty i Henryka Dębskich na jajka faszerowane popularne. Robię dwie wersje: ze szczypiorkiem oraz z natką pietruszki. To taka klasyczna przystawka - tak bardzo kojarzy mi się nie tylko ze świętami, ale również z jakimiś rodzinnymi uroczystościami, imieninami babci, czy jakimś podobnym wydarzeniem. Ostatnio nawet zastanawialiśmy się z Kacprem, czy trochę nie jest tak, że od dawna królują w naszym domu jakieś dania i przystawki z różnych stron świata - więc teraz klasyczna sałatka jarzynowa i jajeczka faszerowane to niemal egzotyka na talerzu :)))

JAJKA FASZEROWANE POPULARNE

podaję składniki na 15 jajek, czyli 30 połówek
  • 15 jajek
  • ok.200g cebuli zwykłej
  • 1 kajzerka
  • sól, pieprz
  • 100g masła
  • pół szklanki bułki tartej
  • 2 pęczki szczypiorku
  • 2 pęczki natki pietruszki
Jajka trzeba ugotować na twardo i ja zawsze robię to dzień wcześniej, gdy ostygną wstawiam do lodówki i nie martwię się nimi aż do następnego dnia. W dniu faszerowania delikatnie kroimy (Kacper to mistrz) jajka na połówki i tu trzeba sobie wypracować jakąś dowolną (skuteczną technikę) - ja piłuję nożem ząbkowanym (do pieczywa), a Kacper lubi sobie sieknąć tak mocno, że od razu wychodzą dwie równiusieńkie połówki! :) wnętrze jajka przerzucam do malaksera, siekam i rozdzielam sprawiedliwie do dwóch misek - jedna będzie do farszu ze szczypiorkiem, a druga z natką pietruszki. Jeśli wolicie zrobić tylko ze szczypiorkiem lub tylko z natką - kupcie 4 pęczki wybranego dodatku i od razu szykujcie tylko jeden farsz. Oba są doskonałe.

Do jednej miski wrzucam natkę, do drugiej szczypiorek. Cebulę drobno siekami duszę na maśle (1 łyżka masla wystarczy) - przepisy Dębskich mają to do siebie, że nie można o nich rzec, że są chude, lekkie i niskokaloryczne! Kajzerkę namaczam w gorącej wodzie z dodatkiem naturalnego bulionu w proszku, ale wystarczy tylko woda. Bułkę dzielę na dwie części, cabulę tak samo - rozdzielam do miseczek z natką i szczypiorkiem. Każdy farsz przyprawiam jeszcze solą i pieprzem - obficie! Następnie nakładam od wydrążonych skorupek farsz i odstawiam do lodówki (u mnie to kolejna noc w lodówce). Tuż przed podaniem "maczam" połówki w bułce tartej i układam bułką tartą do dołu na patelni z rozpuszczonym masłem (tu trzeba dać trochę więcej masła). Podsmażam aż jajka będą gorące a bułka wspaniale zrumieniona i chrupiąca. Ale jaja!!!











poniedziałek, 28 marca 2011

WĄSY I CYGARA

W piątkowy wieczór tankowaliśmy samochód. Poszłam zapłacić i przy kasie spotkałam całkiem rozbawioną grupę chyba taksówkarzy, którzy w swoim żywiole podrywali kasjerkę. Ze strzępów rozmów skumałam, że rozmawiają o Adamie Małyszu. Nagle mnie zauważyli - a muszę wyjaśnić, że o to nie było trudno: wystroiłam się, bo szliśmy do przyjaciół bez dzieci! Obcasy noszę tak rzadko, że w tych kilkunastocentymetrowych słupkach ledwo dobiłam do kasy, stukając niemiłosiernie, czym zwróciłam na siebie uwagę :) zdążyłam już zapomnieć jakie to uczucie, gdy grupka mężczyzn "lustruje" mnie od dołu do góry - bo taka jest zazwyczaj kolejność, chyba, że wyjątkowo wydatny inny atut przykuwa uwagę jako pierwszy :)))

- A Pani? - usłyszałam zawadiackie pytanie, bez wątpienia skierowane do mnie?
- Tak? - Spytałam niepewnie.

Gdy się mieszka w centrum Warszawy, tuż koło stołecznego "pigalaka" - mimo bardzo stonowanego i grzecznego ubioru można się nie raz narazić na bardzo żenujące i niemoralne propozycje - warto widzieć jak wyjść z nich z twarzą. W takich sytuacjach trzeba być bardzo wyczulonym! Na wyjątkowo tanie docinki i niesmaczne dowcipy - wogóle nie zareagować. W żadnym wypadku nie zawstydzać się i nie chichotać, bo to jeszcze bardziej nakręca. Ale w niektórych przypadkach należy z mocno dozowaną sympatią uprzejmie odpowiedzieć na kilka pytań.

- Czy będzie pani płakała w sobotę?
To właśnie ten przypadek. Żadnych wulgaryzmów, żadnych sprośności - niby kulturalne "zagadanie".

- Nie mogę z panami rozmawiać. Po prostu nie mogę. - uwielbiam swoje aktorskie popisy! :)
- A to dlaczego? - jeszcze nie wiedzieli o co chodzi i na moment zyskałam przewagę w tej dyskusji :)
- U żadnego z panów nie widzę wąsów dla Adama. Jak mniemam są panowie kibicami, czy tak? (skinienie). No więc gdzie wąsy? - i sympatyczny uśmiech. Zyskałam cenne kilkadziesiąt sekund, kiedy to mogłam w spokoju zapłacić za paliwo i wino. Moi rozmówcy w międzyczasie naradzili się między sobą, coś o wąsach, a na koniec dorzucili:
- A na wino nas zaprosić?
- No ale tak bez wąsów...? - i szybko czmychnęłam do samochodu.

Wąsów dla Adama nie zapuściłam ani nie dokleiłam, ale były łzy wzruszenia - ciężki ze mnie przypadek... totalnie nie ogarniam piłki nożnej ani żadnej innej dziedziny sportu, ale kiedy w jakimś patriotyckim zrywie dam się namówić znajomym na wspólne oglądanie meczu, zawsze bardzo to przeżywam.
- To nasi... - łkam.
- Jesteś kuku? - upewnia się mój mąż :)

Wąsy i zainteresowanie sportem to atrybuty męskości, więc dorzucam dziś przepis na cygara :)

CYGARA Z MIELONEJ CIELĘCINY W SOSIE TERIYAKI
  • 0,5kg mielonej cielęciny, wołowiny lub wieprzowo-wołowego
  • 1 ząbek czosnku
  • pół cebuli
  • 2 łyżki sosu teriyaki
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 jajko
  • sól, pieprz
  • 2 łyżki mąki
  • trochę posiekanych listków kolendry
Wszystkie wymienione składniki mieszam w misce (czosnek i cebulka drobniutko posiekane), ewentualnie dosypuję jeszcze trochę mąki - jeśli farsz jest zbyt kleisty. Formuję "cygara" - takie mięsne wałeczki. Delikatnie smaruję je odrobinką oliwy i wrzucam na patelnię grillową - opiekam z każdej strony pilnując, by powstał kraciasty wzór od żeberek patelni. Cygara mięsne podaję z trzema sosami: oszukanym barbecue (mieszam pikantny ketchup z odrobiną worcestera), teriyake i słodkim chili z butelki. Jemy koniecznie palcami!










środa, 9 marca 2011

Być kobietą...


Wczoraj minęło kolejne święto właściwie pomijane w moim kalendarzu, odnotowałam je z powodu bardzo miłej niespodzianki: uroczy i szarmancki dziadek mojego męża przysłał mi maila, ze pozwolił sobie przelać na moje konto prezent pieniężny, żebym, zgodnie  z tradycją prl, mogła nabyć goździka i rajstopy!!! Oczywiście od Kacpra dostałam goździki, a Mela pierwszego ślicznego czerwonego tulipana od swojego tatusia :)

W swoim otoczeniu wyczuwam ogromne kontrowersje wokół Dnia Kobiet i ogólnie zagadnienia "My - kobiety". Mam trochę feministyczne ciągoty, w tym sensie, że jestem za partnerskim modelem rodziny, chociaż w życiu nie zrezygnowałabym z karmienia piersią "dla zasady", żeby wszystkie obowiązki rodzicielskie były po równo. Nie piszę się też do odsłużenia w wojsku, nie wyrzucam biustonosza, nie przeszkadza mi, jeśli mężczyzna otwiera mi drzwi, ale już calowania w rękę nie lubię... Wyznaję taką prostą zasadę i kieruję się nią: pewne rzeczy są nam, kobietom - może nie pisane, ale po prostu dedykowane przez samego Boga!

Dzień kobiet przypomniał mi niezwykle odległe w czasie wydarzenie, mianowicie pierwszy pocałunek który otrzymałam od osobnika płci przeciwnej - i to wbrew własnej woli!!!

Była to pierwsza klasa podstawówki, a ja, wówczas grzeczna i pilna uczennica, siedziałam w pierwszej ławce, postawionej najbliżej drzwi wychodzących na szkolny korytarz. Była to miejscówka, którą wykorzystał kolega z klasy w wyjątkowo niecny sposób: podczas przerwy wpadał przez drzwi, podbiegał do mojej ławki i w ułamku sekundy dawał mi buziaka w policzek!!!

Romantyczny gość, nie ma co!

Za pierwszym razem oniemiałam. Za drugim bardzo się speszyłam. Za trzecim - zirytowałam. Obmyśliłam perfidny plan polegający na ukryciu walizeczki śniadaniowej (lunch box!) pod ławką i oczekiwaniu oraz rzucaniu ukradkowych, zalotnych spojrzeń na korytarz. Być może Łukasza to zachęciło, być może i tak miał w planach pocałować mnie po raz kolejny - tak czy siak, gdy podbiegł, zaatakowałam go tą walizeczką śniadaniową! Dostał gonga prosto w czoło! Niestety rozpłakał się przy całej klasie - co nie było moim celem, a ja dostałam uwagę do dziennika i karteczkę z wezwaniem rodziców przed oblicze wychowawczyni, co nie było moim celem w najdalej sięgających wyobrażeniach konsekwencji przywalenia gonga. Cóż. Pierwszy adorator nie żywił do mnie urazy, paradoksalnie jego uwielbienie oraz szacunek jeszcze wzrosły. Parę lat temu, gdy odszukaliśmy się na gronie czy facebooku - wspomnienie lunch boxa i gonga odżyło i spowodowało salwy śmiechu...

Ta historia, oraz poniedziałkowa dyskusja o kobiecych upodobaniach, gustach dot. męskiej urody wśród aktorów  zaowocowała jeszcze jednym spostrzeżeniem w mojej głowie: lata mijają! Widzę to po zdjęciach z facebooka tego mojego pierwszego adoratora z podstawówki!!! O ile po Leo Di Caprio nie widać znacznej różnicy w wyglądzie od czasów Titanica, o tyle Robert Sean Leonard, do którego wzdychałam w "Stowarzyszeniu umarłych poetów" (i zapomniałam go wymienić w poniedziałkowym wpisie) - stał się w międzyczasie czterdzisetoparoletnim, ślamazarnym Dr Wilsonem!!! Czy mnie ten upływający czas również dotyczy???!!! Poniedziałkowy ranking przystojniaków podziałał niezwykle ożywczo na zazdrość mojego męża! Zatem prostując wcześniejsze wypowiedzi - nikt nie jest dla mnie nawet namiastką wspaniałego, męskiego looku mojego męża, jego najdoskonalszej, męskiej, nonszalancko niedbałej brody, jego szerokich barów i wysokiego wzrostu oraz totalnie wyluzowanego, nie do podrobienia stylu ubierania!!! Niech kurdupel Matt Damon się schowa, chłopięca buźka Leo nie może się równać, a podstarzały Javier - niech spróbuje być teraz tak dobrym ojcem jak mój Kacper!

Oto metamorfoza Roberta Seana Leonarda... co by tu napisać... "Nic nie może przecież wiecznie trwać"...

personalitycafe.com




A to mężczyźni mojego życia, przy których czuję się wyjątkową kobietą nie tylko 8-go marca:






Dziś podaję przepis na apetyczną gorącą przystawkę, którą sama wymyśliłam (przepis autorski) oraz przyszykowałam w ubiegłym tygodniu aż dwa razy :) raz na próbę, a drugi - na chrzciny Wojtusia.

KWADRACIKI Z CIASTA FRANCUSKIEGO Z MIELONĄ CIELĘCINĄ, CUKINIĄ I POMIDORAMI

  • 0,5kg mielonej cielęciny*
  • 1,5 puszki pomidorów krojonych
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 4-5 ząbków czosnku
  • 2-3 marchwie
  • 1 cebula**
  • 2 cukinie
  • kilkanaście czarnych oliwek
  • kilkanaście posiekanych suszonych pomidorków
  • kilka gałązek świeżego rozmarynu***
  • kilka gałązek świeżego tymianku***
  • łyżka papryki słodkiej
  • łyżeczka papryki ostrej
  • łyżka naturalnego bulionu w proszku lub naturalna kostka rosołowa bez konserwantów
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz
  • 2 opakowania mrożonych prostokątów ciasta francuskiego
  • 1 jajko do posmarowania ciasta + łyżka zimnej wody


*cielęciny użyłam ze względu na dzieci, ale można użyć równie dobrze wieprzowo-wołowego
** użyłam zwykłej złotej, ale równie dobrze może być czerwona lub biała
*** za pierwszym razem użyłam ziół suszonych, więc nie ma różnicy czy będą świeże czy właśnie suszone
PODAŁAM SKŁADNIKI NA 24 KWADRACIKI - jednak farszu jest znacznie więcej - można go zjeść np. z kaszą pęczak (Mela to bardzo polubiła). Właściwie to część składników "podkradałam" i wrzucałam do garnka obok, gdzie gotowało się to samo dla Wojtunia, ale bez cebuli, czosnku i przypraw.

Cebulę, marchew, czosnek i seler obrałam, utarłam w malakserze na drobniusieńkie kawałki i podsmażałam na niewielkiej ilości oliwy. Dodałam mięso, przesmażyłam, następnie dodałam 1,5 puszki pomidorów i przyprawy. Cukinię obrałam i pokroiłam w drobną kostkę, oliwki i suszone pomidory posiekałam i dodałam do potrawki. Całość musi się gotować przynajmniej do czasu aż cukinie będą bardzo miękkie, a najlepiej, żeby się potem "przegryzła" przez noc w lodówce. Przed nakładaniem farszu na ciasteczka trzeba go porządnie odcedzić - ale nie wylewajcie tego płynu!!! Ja go dodaję z powrotem do garnka.
Ciasto francuskie rozmrażam, kroję w kwadraty i przystępuję do szpanerskiego wykrojenia ozdobnych "miseczek" na farsz. Kwadraty trzeba ponacinać tak jakbym chciała wyciąć mniejszy kwadrat wewnątrz, jednak uwaga: przecięcie do końca musi być w dwóch rogach po przekątnej, a w pozostałych dwóch nacięcia nie mogą się spotkać. Tam gdzie są przecięte do końca - biorę zewnętrzne rogi ciasta i zamieniam stronami. Wówczas miejsca nie przecięte do końca utworzą ozdobną łezkę, a na kwadraciku ciasta utworzy się jakby burta - wyższy brzeg, który utrzyma farsz wewnątrz. Skomplikowane, ale widać mniej więcej na zdjęciach o co chodzi! Wykrojone kwadraciki smarowałam jakiem wymieszanym z łyżką wody, nakładałam farsz i piekłam mniej więcej 15 minut w 190C. Moje ciasteczka były przeznaczone do odgrzania w piekarniku, bo szykowałam je wcześniej - robione "na bieżąco" niech się pieką 20 minut.

piątek, 14 stycznia 2011

Kwas do baku!

Przez dobrych parę lat opowiadaliśmy w towarzystwie historię pewnego znajomego. Ponieważ mało wychodzimy, wobec tego słyszymy mało najświeższych ploteczek, dowcipów i anegdot. Nasi przyjaciele albo są zmuszeni słuchać o dzieciach, albo o naszej "fazie" na kolejne seriale, albo o naszym psie, albo po kilka razy te same anegdoty z przeszłości. Na szczęście Wy jeszcze nie słyszeliście większości, a dzięki archiwum bloga zawsze mogę sprawdzić czy się nie powtarzam! Sprytne, co?

Naszego znajomego zastawił jakiś samochód w garażu podziemnym. Na co skądś pojawił się sąsiad, parkujący obok, który nie był zastawiony i mógł swobodnie wyjechać, lecz tak się przejął tym, że "to przecież mogło spotkać także jego!!!", że z rosnącą furią instruował naszego przyjaciela co robić:

- Proszę przebić mu dwa koła!
- Nie, nie zostawię po prostu kartkę.
- Ja pójdę z panem do ochrony. Niech pan zaczeka. Trzeba mu wlać kwas solny do baku! Wtedy się głupi kutas nauczy!!!
- Nie nie nie, spokojnie, to nieporozumienie, proszę tak nie żartować, zaraz odnajdę tego pana i wszystko się wyjaśni...
- Ja nie żartuję! To karygodne tak zastawiać. To nie chce pan tego kwasu?!

(czy to pytanie było serio- nigdy się nie dowiemy. Ale wnoszę z tej wypowiedzi, że facet miał kwas na podorędziu?)...

Z trwogą myślę o biednym przyjacielu, który jeszcze przez kilka lat parkował równolegle do swojego sąsiada i codziennie bał się, by nawet nie dotknąć jego karoserii chociaż rąbkiem marynarki!

Z trwogą myślę też o sobie samej kiedy przeciskam się wąziutką na dwie stopy ścieżynką pozostawioną na chodniku przez karygodnie parkujących kretynów- za każdym razem z bliźniaczym wózkiem muszę po prostu wyjść na ulicę i omijać takich frajerów! Ostatnio przejeżdżała koło mnie policja i wyobraźcie sobie, że pogrozili mi palcem!!! Przywołałam w moim umyśle wizję, że wlewam kwas do baku zarówno tym policjantom jak i wszystkim źle zaparkowanym pojazdom, co stało się moją jedyną osłodą podczas drogi do domu. Mówi się, że macierzyństwo wydobywa na powierzchnię kobiet niespotykane pokłady współczucia i empatii i dobra... hmmm może to prawda, ale moje doświadczenie, że pod powierzchnią dzieje się coś odwrotnego i przerażającego!!! :))) Taka mroczna strona mamuśki...


Kierowcy!!! Pozostawcie mi 78cm na przejście chodnikiem!!!

Bufecik włoskich przystawek to idealne rozwiązanie, gdy niezapowiedzianie wpadnie do nas kilku gości. Przeważnie wszystkie składniki mam w lodówce i szafce, która jest nędzną namiastką prawdziwej spiżarni, o której od zawsze marzę. Chociaż problem pewnie leży w tym, że ile byśmy z Kacprem na zapas nie zgromadzili - zawsze wszystko błyskawicznie znika...

PÓŁMISEK ANTIPASTI

  • słoiczek suszonych pomidorów w oleju
  • słoik czarnych oliwek
  • słoik zielonych oliwek
  • 2 puszki ośmiornic (lub tuńczyka)
  • kilka łyżek kaparów ze słoika
  • 1 papryka czerwona
  • 1 papryka żółta
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 3 łyżki oliwy
  • 3 ząbki czosnku
Potrzebny jest albo jeden talerz z przegródkami na poszczególne przystawki lub kilka mniejszych talerzyków czy miseczek. Do jednej wkładam posiekane pomidory, do drugiej mieszankę oliwek czarnych i zielonych, do trzeciej kawałki ośmiornicy z puszki lub tuńczyka, a do ostatniej przekąskę z papryki karmelizowanej z czosnkiem w occie balsamicznym. Paprykę kroję w wąskie paseczki i wrzucam na rozgrzaną na patelni oliwę. Dodaję czosnek pokrojony w plasterki i podsmażam. Dolewam ocet balsamiczny i wolno smażę dalej aż papryka zmięknie a ocet mocno odparuje i skarmelizuje. Gdy mam więcej czasu przed przyjściem gości, robię też pasty do smarowania chrupkiego pieczywa i grzaneczek. Ostatnio pokazywałam wam pastę z groszku i awokado, która jest tak pyszna, że przypomnę o niej jeszcze 100 razy, a daaawno temu przepis na humus. Idealnie się sprawdzają, nie trzeba zużywać dużej ilości naczyń i sztućców.





środa, 12 stycznia 2011

Życie usłane... pampersami

Nie umiem wyrazić jak bardzo jestem wdzięczna wynalazcom pieluszek jednorazowych: uważam, że powinny być wciągnięte na listę wynalazków, które zmieniły ludzkość, bieg historii i losy milionów! Tak się składa, że mój synek od dwóch dni jest chłopczykiem intensywnie wydalającym (dla osób o twardszych nerwach proponuję określenie: srającym), stąd moje myśli pobiegły kilkadziesiąt lat wstecz - aby się pocieszyć i przetrzymać ten trudny okres smrodu, wyobrażałam sobie jak to musiało być, gdy w użyciu były tetry... trzeba je było najpierw płukać, prać, gotować i prasować. Jestem szczęściarą! Dwoje dzieci wychowuję z jednorazówkami! Tyle radosnego nastawienia. Bo zaraz potem jest powrót do teraźniejszości i przesiąknięty fotelik samochodowy, zapaskudzone ubranka, porozrzucane ręczniki, mokra od wody podłoga w łazience - bo przecież, gdy opłukuję Wojtusia to Mela też chce, zdejmuje ubrania, biega taki golas po domu, zaczerpniętą z wanny wodę roznosi po mieszkaniu! Mój pies łazi za Melą i zlizuje wodę z podłogi (jakbym mu żałowała świeżej wody!) i pozostawia swoje odciski łap dosłownie wszędzie! Obraz nędzy i rozpaczy... skrzywiona Mela, skarży się dziadkowi, że wszędzie śmierdzi. Lub przybiega gdy robię obiad i woła "Mama, Wojtuś zrobił kupe! O nie, znowu!". Ale te jednorazówki, to jednak jest coś! No bo jak by było bez nich...? Znacznie gorzej! I tak w kółko! Jak tylko odzyskamy formę - obiecuję nowe tematy i przepisy, a dziś zapowiadane na fb kiełbaski koktajlowe:

KABANOSKI PEPPERONI W STYLU FUSION

Lepiące, zapiekane, gorące kiełbaski to świetny pomysł na przyjęcia. Nadziane na wykałaczki nie wymagają podania sztućców, a smakują na prawdę świetnie. Przepis może się wydawać skomplikowany, ale wierzcie mi, że przyrządzenie tych cudaczków trwa tylko kilka minut.

  • 50 małych kabanosków pepperoni
  • pół szklanki słodkiego sosu chili
  • łyżka miodu
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • sok z 1 mandarynki
  • sok z 1 limonki
  • 2cm startego korzenia imbiru
Wszystkie składniki mieszam w żaroodpornym naczyniu i wrzucam kiełbaski, starannie je obracam, aby każda pokryła się sosem. Zapiekam ok.30 minut w 190C, od czasu do czasu obracając kabanoski, aby piekły się równomiernie. Po pieczeniu nadziewam je na wykałaczki, ale ciągle pozostawiam w "macierzystym" naczyniu do pieczenia. Spróbujcie, bo to jest rzeczywiście oryginalny słodko-słono-ostry smakołyk, dodam tylko, że moja siostra, która nigdy nie jada kiełbas i kabanosów skusiła się kiedyś na te i nie mogła przestać ich podjadać :)

p.s. niestety nie mam zdjęcia kabanosków już po upieczeniu, bo po prostu nie zdążyłam ich zrobić - zniknęły w takim tempie! Ale wyobraźcie sobie wszystkie składniki tej marynaty lekko skarmelizowane, na chrupkiej od upieczenia skórce kabanosków...!!!










Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...