Nigdy nie byłam dobra z matematyki. I z fizyki. I z chemii... najbardziej ze wszystkiego nienawidziłam przeliczania stężeń, masy molowej i innych okropnych działań. Czuję panikę na myśl, że wyładowała mi się komórka, i być może będę musiała policzyć coś w pamięci.
Są jednak sytuacje, w których każda kobieta potrafi liczyć szybciej, od tego komputera, którego jeszcze żaden człowiek nie ograł w szachy.
Np. gdy mierzymy piękną sukienkę, a na metce podana jest cena, a obok naklejka z info "-30%". Cenę po przecenie obliczamy w ułamkach sekund. Dodatkowo w kolejnych ułamkach przeprowadzamy działanie odejmowania:
stan konta - cena sukienki - rachunek za komórkę = kupuję!
Są tez takie obliczenia, które sprawiają nieco więcej kłopotu, zwłaszcza matkom. TEN rodzaj obliczeń jest jak koszmar nocny, który nawiedza nas regularnie i nie chce odejść... Pierwszego dnia pracy poznałam ojca czwórki dzieci. To mną wstrząsnęło! Może nie powinno mnie to wcale ruszyć. A jednak zrobiło wrażenie na urobionej mamuśce "zaledwie" dwójki! Próbowałam przekładać swoje sytuacje życiowe i umieszczać je w realiach: my + czwórka... wyobrazić sobie wakacje, zakupy, zwykły dzień. Liczyć czas, miejsca w samochodzie, miejsce na łóżku i kanapie, liczbę rowerków, hulajnóg, lalek, samolocików i piłek... ubrań do prania, porcji do gotowania, zebrań w szkole do zaliczenia... porównać swoją dumę i miłość, radość, satysfakcję, frustrację, gniew, zmęczenie. Poczucie bezpieczeństwa, towarzystwa i opieki na starość... Każde z obliczeń tych nieprzeliczalnych wartości przerażało mnie coraz bardziej.
Przez tych kilkanaście dni, sen-koszmar z zadaniami obliczeniowymi powracał już wielokrotnie... Siedziałam w sali szkolnej, podczas klasówki z matematyki... Widziałam kartkę z zadaniami. Które próbowałam kolejno rozwiązać. Za każdym razem rozwiązywałam trzy zadania, po czym rozlegał się dzwonek. Pani zabierała moją pracę, a ja czułam ogromny wstyd i niepokój, bo wiedziałam, że na samym dole było jeszcze jedno zadanie! Nie poznałam nawet jego treści... Uczucie strachu i niepewności było nie do zniesienia!
Jednak pewnego dnia... Poznałam treść ostatniego zadania. I ogarnął mnie spokój... oto lista zadań:
Zadanie 1:
Małgosia Kacper, Mela i Wojtuś do zrobienia jajecznicy na śniadanie potrzebują 10 jajek. Ile musi kupić rodzina z czwórką dzieci?
Odp: Myślę i myślę i nie mogę podać wyniku! Dobra, zaryzykuję: 15?
Zadanie 2
Małgosia i Kacper wybierają się do supermarketu. Biorą dwa wózki sklepowe, w każdym sadzają po jednym dziecku. Ile wózków potrzebuje rodzina z czwórką?
Odp: Nie, to zbyt łatwe! Chociaż, przeczytajmy raz jeszcze, może tu jest coś podchwytliwego?! Ok, potrzebują czterech wózków, chyba, że posadzą po dwójce dzieci do jednego...
Zadanie 3
Małgosia i Kacper potrzebują 2 godzin na kąpiel, przebranie w piżamki, czytanie książeczki i uśpienie dwójki dzieci. Ile czasu potrzeba, by te czynności wykonać przy czwórce?
Odp: Chwileczkę! Tutaj na pewno jest coś podchwytliwego! Chyba coś da się wyciągnąć przed nawias, powtórzyć niektóre działania! Na pewno przy czwórce da się wszystko zmieścić w tym samym czasie, ale zmęczenie materiału i wyczerpanie organizmu trzeba podnieść do kwadratu! Tak to pewnie będzie jakoś tak. Potem jeszcze pewnie trzeba wprowadzić jakieś wariancje z powtórzeniami, ale nie można się zgubić, bo przecież nie chodzi o to, by powtórzyć dwukrotnie kąpiel jednego, tego samego dziecka. Tak, tak, działanie trzeba rozpisać na drugiej kartce, bo tu już zbyt duży bałagan. Tu trzeba się wspomóc jakimiś teoriami z fizyki, np. teorią wszechświatów równoległych: mama ogarnia dwójkę, tata w tym samym czasie drugą dwójkę i tym sposobem oboje mieszczą się w dwóch godzinach, co nie odstaje zbytnio od innych rodzin!
Zadanie 3:
A na samym końcu kartki z zadaniami jest pytanie, którego wymowność wypełnia pustką mój umysł. Przestaję liczyć i kombinować. Milczę. Nie znam odpowiedzi. Tu nie ma wzoru, który pomoże mi wykonać niezbędne działania...
Czarne litery na białym tle kartki. Pod spodem puste miejsce do wpisania odpowiedzi. Co?! Dzwonek?! Już koniec klasówki?! Jeszcze nie skończyłam! Ale już wiem, że wbrew temu co zakładałam, wbrew wszystkiemu - nie dam razy teraz odpowiedzieć. Ani w najbliższym czasie. Pytanie pozostanie bez odpowiedzi, gdzieś w zakamarkach mojego umysłu. Nagląca prośba o odpowiedź będzie wracała, za każdym razem, gdy u przyjaciół urodzi się dziecko, za każdym razem, gdy Mela powie, że chce siostrzyczkę, a Wojtuś - braciszka. Już wiecie co to za pytanie?
Czy chcesz mieć więcej dzieci?
...................................................
ZUPA KREM Z PAPRYKI, MARCHWI I POMIDORÓW
- 1 strąk papryki (czerwonej lub żółtej)
- 2-3 średnie marchewki
- 3 ząbki czosnku
- 1 czerwona cebula
- 2 łyżki oliwy
- łyżka masła
- puszka pomidorów krojonych
- szklanka wody (chyba, że mamy rosół)
- 2 łyżeczki bulionu w proszku bez glutaminianu sodu (lub szklanka rosołu)
- sól, pieprz
- opcjonalnie: 2 łyżki serka mascarpone, kilka listków bazylii
Gdyby nie gęste zupy-kremy - zapewne nie przeżyłabym zimy. Czy kiedyś przyznawałam się już do tego, że uspokajam się, gdy moje dzieci jedzą warzywa, a bardzo denerwuję, jak sam chleb i inne śmiecie? :) do takiej zupy można przemycić wszystko, dzieci zjedzą, a już sukces gwarantowany jak z You Tuba odpalam Tomka i przyjaciół :) Wiem, dzieci nie powinno się uczyć jedzenia przy bajce, bla, bla bla...
Cebulę i czosnek kroję byle jak i podsmażam na oliwie z masłem. Dodaję paprykę, umytą, bez gniazda nasiennego, też posiekaną jak leci - i tak wszystko będzie zmiksowane. Potem obrana i posiekana marchew, puszka pomidorów, woda i przyprawy. Gotuję ok. 25 minut. Potem wszystko miksuję, dodaję mascarpone i bazylię. Gotowe!
Jak ktoś chętny - to przeliczę składniki dla wielodzietnej rodziny!
Przepis dodaję do Ministerstwa zupy!
