czwartek, 18 listopada 2010

Nazwijmy rzeczy po imieniu!

Wczesna edukacja dziewczynki na małą damę ma skrajnie niskie szanse powodzenia. Dziecko ciągle pyta: a co to? A co ja zrobiłam? A co Wojtuś zrobił? I na te pytania należy odpowiadać zgodnie z prawdą, choćby wielce dla nas niewygodną. Chodzi o czynności fizjologiczne. Gdy córka pyta mnie gdzie idę, odpowiadam, że do łazienki siusiu lub dwójkę (ale tak to piszę tylko na blogu, bo na prawdę to mówię, że kupkę! Aj co za wsytd :))) ). Gdy Mela pyta "Co Mela zrobiła?" mówię jej, że puściła bączka. I taka to właśnie jest przewrotność, że coś co nie powinno robić wrażenia, jest dla dziecka fascynujące! Mela puściła bączka! Ale czad!
Ooo Mama, Wojtuś puścił bączka! A ty co zrobiłaś? Też puściłaś? No i co?! Oczywiście, że tak! Każdemu się zdarza! Gorzej jest tylko w gościach, np. u mojej mamy, która jest na tym punkcie niesamowicie przewrażliwiona - reprezentuje ten typ, według którego kobiety a fizjologia to nie jest coś wspólnego :) niestety moja córeczka właśnie babci Joasi najbardziej lubi się pochwalić... "Dabcia Mela beka", "Mela puściła bączka" lub jeszcze lepiej "Mela strzela"!!! Czasem też staje się donosicielem: Tata puścił bączka, mama zrobiła kupkę, itd...

Czemu, czemu żyjemy w społeczeństwie, które uważa za coś wstydliwego normalne czynności fizjologiczne? Pamiętam jakie ogromne wrażenie zrobiło na mnie "Przeminęło z wiatrem" (to dopiero nazwa na dziesiejszy temat hihi), gdzie damy stwierdziły, że nie ma nic gorszego niż publicznie dostać czkawki!!!

Nie wiem jak to będzie, gdy Mela dorośnie i będę musiała jej wytłumaczyć, że nie wolno puszczać bączków w towarzystwie, bo ludzie są głupi i uważają, że lepiej jest, gdy cię rozboli brzuch :) żartuję, na pewno ją jakoś przekonam, skoro mojej mamie się udało z dwoma córkami, to może jest jakaś szansa na sukces :) wiem natomiast z góry, że z Wojtuniem nie będzie tak łatwo. Facet to musi sobie zdrowo pierdnąć, a jeszcze w większości przypadków odczuwa przy tym dumę, nie wstyd! To wszystko jeszcze przede mną :) szkoda, że nic nie ma na ten temat w poradnikach, które przeczytałam :) Pozdrawiam, niech towarzyszy wam nie-fart! :)

Sałatka z rukoli

To taki najprostszy z możliwych dodatków do obiadu, żeby było "coś zielonego"

paczka rukoli
pestki słonecznika (nie zobaczycie ich na zdjęciu, bo zapomniałam je dodać!)
suszone pomidorki
czarne oliwki
zielone oliwki
oliwa
ocet balsamiczny
sól
pieprz

Wszystko razem mieszam i gotowe!





wtorek, 16 listopada 2010

SŁOMIANY ZAPAŁ

Postawą zupełnie przeciwstawną do "nic mi się nie chce" jest tak zwany słomiany zapał. Zapewniam, że dla najbliższego otoczenia jest to postawa niemal równie irytująca! Doskonale to wiem, bo właśnie ja sama zaliczam się do "słomiaków"...

Od dziecka intensywnie poszukiwałam tego co mogłabym robić, swojego hobby. Próbowałam i próbowałam. Brałam udział w konkursie rysunku w podstawówce, w konkursie śpiewu, który nawet wygrałam, recytowałam też w jakimś konkursie wierszy. Marzyłam by uczyć się gry na pianinie, próbowałam na gitarze, ale tylko kilka dni - zrezygnowałam, gdy odgniotłam sobie do krwi palce i obdarłam paznokcie. Od razu sobie odpuściłam. Chodziłam na zajęcia dla maluchów w szkole baletowej, a potem na jakieś rytmiczno-muzyczne w PKiN. To chyba też nie było TO. Olimpiada z języka polskiego, wyszłam do etapu wojewódzkiego, też jeszcze w podstawówce. Następnie próbowałam tenisa. Potem chciałam malować akwarelami, a następnie robić zdjęcia, ściślej portrety. A już na studiach - zdjęcia przyrodnicze. Zapożyczyłam się chyba wszędzie, by kupić aparat fotograficzny, nie sprawdzając nawet, że era zwykłych lustrzanek się kończy, że niebawem nie będę miała gdzie swojego aparatu serwisować, ani wywołać filmów. Potem marzyłam o tym, by mieć maszynę do szycia i szyć sobie ubrania. Nawet próbowałam ręcznie uszyć sobie dżinsowy kaszkiet ze starych spodni - do dziś w którejś szufladzie miota się sam daszek - reszty nigdy nie uszyłam, odpuściłam sobie. W międzyczasie wzięłam udział w castingu do drugiej edycji Idola (zaraz umrę ze wstydu, ale tak właśnie było!!!). Śpiewałam "Against all odds" Phila Collinsa (już bardziej się nie da pogrążyć). Po czym zapragnęłam pójść na studia doktoranckie, na moim Wydziale Biologii. Niestety zgapiłam się i było za późno. Ale w międzyczasie zrobiłam blok pedagogiczny, bo czemu nie być nauczycielem? Odbyłam krótki obowiązkowy staż, potem dodatkowe kilka tygodni na próbę, ale okazało się to zupełnie nie dla mnie. Potem jeszcze staż w dziale naukowym Gazety Wyborczej, bo dlaczego właściwie nie spróbować jako dziennikarka? To mi się podobało! No to jeszcze na drugie studia. Uzupełniające magisterskie studia w Instytucie Dziennikarstwa UW. Niestety do dziś ich nie skończyłam. To znaczy skończyłam, wszystko zaliczone, zabrakło jedynie szczegółu - pracy mgr! Oo, już bym prawie zapomniała, że jeszcze w ciąży zrobiłam kurs przygotowujący do egzaminu CAE, niestety do dziś nie zapisałam się na ten przeklęty egzamin. Aha, i jeszcze nie odebrałam swojego dyplomu magistra nauk biologicznych, chociaż w styczniu stukną 3 lata, od kiedy się obroniłam!
Zwariować można. Mój tata śmiał się, że może jeszcze tylko zacznę prowadzić winnicę, a może też poszukiwać złota na Alasce :) Potem była ciąża z Melanią, zaraz potem ciąża z Wojtusiem i mój zapał do wszystkiego bardzo ostygł.

Zapaliłam się moimi dziećmi i tak już zostało :)

ale niedawno odkryłam to co lubię robić, co robię dobrze i co jest moim ulubionym zajęciem! Znalazłam! Lubię gotować i lubię pisać. Moja siostra i mój mąż zmotywowali mnie do tego, żeby połączyć moje ulubione zajęcia. Siostra podpowiedziała mi z tym blogiem, że to dobry pomysł, że znajdę odskocznię. I to rzeczywiście działa! Zaraz potem okazało się, że na dodatek ktoś chce to czytać! I komentować! Poczułam się zupełnie jak Julie Powell, która pisała bloga o swoim gotowaniu przepisów z książki Julii Child. Wygooglajcie ją koniecznie, przeczytajcie książkę, jest świetna, zabawna. Z tej książki "wyniosłam" wiele dla siebie, mimo że to zwykłe "powieścidlo", żaden tam kunszt literacki. Efektem przeczytania "Julie & Julia" była zupa z porów i ziemniaków, którą ugotowałam w zeszłym tygodniu.

Zupa z porów i ziemniaków

Julie Powell w swojej książce opowiada o przyrządzaniu tej zupy według przepisu Julii Child, bardzo znanej amerykańskiej prezenterki kulinarnej, która jako pierwsza kobieta w historii ukończyła prestiżową szkołę kulinarną - paryską Cordon Bleu. Właściwie Julie Powell nie podała tam przepisu, więc wszystkiego się domyśliłam.

Użyłam:
 jednego ogromnego pora
Kilka sporych ziemniaków
1/4 kostki masła (po przeczytaniu tej książki zmieniłam zdanie na temat tego, czym jest DUŻA ilość masła)
sól
pieprz
nie powstrzymałam się od posypania wszystkiego moim ukochanym do znudzenia bulionem w proszku, chociaż na pewno nie ma go w przepisie oryginalnym.
Użyłam również mojego domowego rosołu, chociaż ta zupa ma być ugotowana wyłącznie na wodzie. To taki skromniutki posiłek...

Pory udusiłam z masłem, zalałam wodą, bulionem, rosołem i wrzuciłam obrane, pokrojone w kostkę ziemniaki. Dodałam soli i pieprzu i czekałam aż ziemniaki zmiękną. W zasadzie zupa była już wtedy gotowa - chodziło o to, by kawałki porów i ziemniaków były wyczuwalne, ewentualnie mogły być przepuszczone przez praskę. Niestety ja w swojej głupocie i zupełnym braku doświadczenia z potrawami francuskimi, wlałam swoją zupę do blendera. Ostatecznie otrzymałam bardzo rozcieńczone puree ziemniaczane. Cholernie smaczne, jednak nie o to chyba chodziło. Heston Blumenthal (jego też wygooglajcie) tłumaczył kiedyś w swoim programie Molecular Kitchen, o co chodzi, gdy ugotowane ziemniaki trafią do malaksera. Otóż cała zawarta w nich skrobia zostaje uwolniona i tworzy się mączno-kleiste danie, które przypomina klej do tapety. Miał skubaniec rację :) pozostawcie swoją zupę "w kawałkach", a będzie doskonale francuska : Smacznego!










poniedziałek, 15 listopada 2010

"Mnie by się nie chciało"

Czy zdarzyło się Wam wejść do sklepu i zostać oblężonym przez przeurocze panie, które ze sztucznym uśmiechem pytają "W czym mogę pomóc?" ?? Czy było to wyjątkowo drażniące uczucie? My z Kacprem zawsze się z tego śmiejemy, z odrobiną irytacji, bo faktycznie nie można już nigdzie wejść i porozglądać się w spokoju. Ale ostatnio zmieniłam zdanie na ten temat, naszła mnie taka refleksja, że my, Polacy jesteśmy narodem skwaszonym.

Nikt nie chce być obsługiwany przez skwaszoną ekspedientkę, urzędników, przygnębionego fryzjera, konsultantkę, etc. Oni są na okrągło skwaszeni, a gdy kończą swoją pracę i wracając do domu robią zakupy, to narzekają, że wszyscy wokół są skwaszeni (bo trafili na inną skwaszoną sprzedawczynię) i koło się zamyka.

Ilu z Was robi wykonuje codziennie mnóstwo czynności, których nie lubi? Wogóle nie warto pytać, bo zapewne każdy. Nie chce nam się iść do pracy, prasować, gotować, karmić dzieci, sprzątać, wyprowadzać psa, iść na urodziny kolegi, gdzie nie wypada się nie pokazać, chociaż marzymy by pier....nąć (inaczej glebnąć) się na kanapie i mieć wszystko w głębokim poważaniu...

A jednak to wszystko robimy. Zastanawiające. Kiedy już przyjdziemy w gości, głęboko chowamy całą niechęć, marzenia o kanapie, nastawiamy się na zabawę. Bo gdy to niemożliwe, lepiej nie przychodzić wcale! Dlatego zawsze żałuję, gdy w moim pobliżu czają się "wampiry" energetyczne. Być może istnieje lepsza definicja tego określenia, ale ja tłumaczę to tak: to osoba, która zmusza się do robienia czegoś na co nie ma ochoty, cały czas głośno o tym mówiąc, psując tym samym wszystkim dookoła radość, wysysając pozytywne emocje i energię. Starajcie się nigdy nie zbaczać na taką ścieżkę! Gdy przychodzi zaproszenie - lepiej je odrzućcie, jeśli macie zły nastrój. Nie ma nic gorszego dla mnie niż ktoś kto snuje się po mojej kuchni i  marudzi "Boże, chciało ci się robić tyle jedzenia?! Mi by się nie chciało!" .....

Kurcze, czy to jest dziwne, że mi się chciało? Niemal każdego dnia słyszę takie pytania z rożnych stron. Kiedy mówię, gdzie byłam na spacerze z dziećmi lub że jeżdżę z Melą na basen albo, że czytm książki o rozwoju psychicznym dzieci, że chcę chodzić na warsztaty dla rodziców, że chcemy z Kacprem zrobić to, tamto, siamto. Boże, chce wam się? W życiu by mi się nie chciało!

Skąd taka straszna postawa? Czemu takie przygnębienie wokół? Jeśli by mi się nie chciało robić tych wszystkich rzeczy, które robię, to po co wogóle mieć rodzinę, dzieci, psa, samochód, mieszkanie i wszystkie "dobra"? Przecież każdą z tych rzeczy trzeba na swój sposób pielęgnować: samochód myć i robić przeglądy, psa czesać i wyprowadzać, a kontakty z rodziną i przyjaciółmi podtrzymywać. Jeśli ktoś tego wszystkiego nie chce mieć, to ja będę bardzo szanować taką postawę. Znam takich ludzi, którzy są samotnikami z wyboru, podróżują sobie po świecie, co tylko ich jeszcze bardziej utrzymało w przekonaniu, że planeta jest przeludniona i tym bardziej nie chcą mieć rodzin i dzieci. Ale jeśli już się decydujemy na życie w społeczeństwie, to na Boga: niech Wam się chce!

Tak, tak, ty siedzisz z dziećmi w domu, nie stykasz się z głupimi klientami, nie wiesz co to jest wypalenie zawodowe... Ale zaraz potem słyszę: "Chce ci się tak siedzieć w domu z dziećmi? Ja uciekłam do pracy, której nienawidzę, ale nie mogłam już z synkiem wytrzymać w domu! Każdy dzień taki sam!". Ludzie!!! No to się zdecydujcie! Zazdrościcie, że siedzę w domu, ale sami tego nie znosicie?

Może to po prostu kwestia postawy? Powołania? Może lekarzom też się nie chce zaglądać w śmierdzące gęby, otwierać jamę brzuszną, która też podobno śmierdzi jak cholera, zaglądać ludziom w tyłki, cipki, uszy, nie wiadomo gdzie jeszcze (chociaż najgorsze już wymieniłam), a jednak to robią, jeszcze do tego są źle opłacani. Ale może chcą pomóc. Może nauczyciele też chcą nauczyć, a pracownicy socjalni i kuratorzy sądowi chcą wyciągać patologiczne rodziny na prostą. Każda praca jest niewdzięczna na swój sposób, a jak ci to nie pasuje, to na jaką cholerę się tam pchałeś? Bo nie było wyjścia. Przez 30 lat nie było wyjścia? Nie rozumiem, jak można przez 30 lat wykonywać pracę, której się nienawidzi i nawet nie spróbować czegoś w tym zmienić. A jeśli się nie dało zmienić w pracy, to zmienić czegoś poza pracą. Np. zapisać się do klubu szachowego, zacząć chodzić z kijkami nordic walking albo krzyżować pszczoły i hodować je w ulach na miód (bo mam takiego znajomego). A ja na przykład, by uciec od cudownej rutyny, gotuję i piszę o tym na blogu. Boże, chce ci się? Nie, zmuszam się dla picu, a tego k...wa tak nienawidzę, że hej! Oczywiście, że żartuję, ale po prostu mnie dziwi, gdy ktoś pyta, czy chciało mi się zrobić kilkanaście potraw na imieniny męża albo, że piszę bloga, bo dla mnie to jest oczywiste, że gdyby mi się nie chciało to po prostu bym tego nie zrobiła!!! Czy to nie jasne? Nie mogę spytać nikogo, czy mu się chce iść do pracy, bo to głupie, więc czemu ktoś mnie pyta czy mi się chce siedzieć z dziećmi w domu, skoro to oczywiste, że jak się je ma i są malutkie i się nie ma pracy po super ciekawych, ale beznadziejnie niszowych studiach - to się siedzi w domu z dziećmi! I się z nimi chodzi na spacery, szuka fajnych placów zabaw, a nawet się chodzi na basen! I wiecie co? Czasem nie chce mi się jak jasna cholera, ale idę i się uśmiecham, bo je kocham! Bo chce mi się poświęcać dla innych.


Rosół
Są takie potrawy, których się nikomu nie chce robić, a szkoda, bo są wyjątkowe i niepowtarzalne. Takim daniem jest ... ROSÓŁ! Prawdziwy rosół na mięsie, nie jakieś kostki rosołowe. Pojawia się w większości przepisów, do wielu, wielu potraw dodaje się rosół i oczywiście powinien być podstawą niemal wszystkich zup. Niestety nawet ja, mimo że uwielbiam gotować, zdecydowanie zbyt rzadko decyduję się go ugotować, często ratując się bulionem w proszku, co Magda Gessler w ostatnich "Kuchennych Rewolucjach" nazwała "niedopuszczalną praktyką" heh...

Rosół jest jak lekarstwo, a jego przyrządzanie to prawdziwy rytuał, który zalecam jako jedna z pierwszych czynności przy rozpoczęciu korzystania np. z nowej kuchni po przeprowadzce, tak "na szczęście" :)))

Przepisów rosołowych jest wiele, po wielu próbach mam swój ulubiony "skład rosołowy", a sekretnym składnikiem są goździki, wbijane w opalaną cebulkę (z Agnieszki Kręglickiej).

Używam mięsa wołowego, najchętniej pręgi, bo antrykot z kością lub szponder są dla mnie jakieś zbyt tłuste.
Oczywiście włoszczyzna, liście laurowe, ziele angielskie, czarny pieprz, sól, ząbek czosnku w łupinie oraz właśnie goździki. Rosół nie jest pracochłonną potrawą, po prostu długo się gotuje, no i trzeba go odszumować. Ale jak się ma wolne popoludnie, to można go nastawić i będzie się wolniutko gotował "sam".
Mój gotuję kilka godzin, a gdy skończę jest pięknie brązowy, a dzięki goździkom cudownie rozgrzewający. Smacznego!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...