piątek, 10 września 2010

"A piece of jewelery would be nice..."

Moje pierwsze, po porodzie, wyjście do kina, to był "Seks w wielkim mieście 2", na który wyciągnęła mnie siostra z mamą. Jako że jedynka była totalną klapą, sztampowa, bez polotu - niczego dobrego się nie spodziewałam po drugiej części. Jednak pomyliłam się, bo było świetnie i z humorem. Po powrocie do domu opowiadałam Kacprowi, jak to Carrie dostała od Biga telewizor do sypialni z okazji drugiej rocznicy ślubu, sama zaś mężowi kupiła zegarek Rolexa. Kiedy zaskoczony spytał, czy nie cieszy się z prezentu i co wobec tego chciałaby dostać, powiedziała: "A piece of jewelery would be nice!". Opowiadając tę anegdotkę nie przypuszczałam, że przyniesie mi pewne następstwa...!!!
Kilka dni temu miała miejsce następująca sytuacja: Kacper wrócil z pracy z siatą - zwykłą chamską foliówką i rzucił:
- Mycha! Zobacz jakie fajne kupiłem pieczywko!
- Co?
- Zobacz jakie kupiłem pieczywko.
- Nie jem pieczywa. Miałeś nie kupować. Albo jak już kupujesz, to mi nie pokazuj, będę kwadratowa niebawem!!
- Ale zobacz jakie ciabatelki. Pyszne. Jeszcze takich nie jadłaś...
- I nie zamierzam!
- No ale zobacz tylko proszę...
- Idź mi z tym pieczywem, prosiłam cię...
- Czy możesz, KURWA, zajrzeć do tej siatki...?
No tak - teraz to już tylko się z tego śmiejemy...
Bo wśród kilku bułek i ciabatek leżało małe, granatowe pudełeczko. No a w środku... a piece of jewelery...

Drogie przedstawicielki płci pięknej - wniosek jest taki: po spacerze z dziećmi, podczas którego złapał Was deszcz bez parasola, po wtarganiu wózka (nie mam windy) na piętro, ułożeniu dzieci na drzemkę, samej nie wolno odpocząć!!! Trzeba błyskawicznie się wystroić, uczesać, umalować i nie wiadomo co jeszcze, by nie dopuścić do tego, że ON wraca z pracy z prezentem, a ja z wygniecionymi po jednej stronie włosami (efekt drzemki na prawym boku na kanapie), w mokrych skarpetkach (wdepnęłam w picie, które rozlała Mela), w stroju, no średnio pasującym do jakiejkolwiek biżuterii...
No ale tak jak mi powiedziała kiedyś koleżanka, gdy w podobnej sytuacji jej chłopak wyskoczyl z pierścionkiem zaręczynowym: zrobiła mu wyrzut, bo myślała, że ot tak sobie wychodzą coś zjeść, a tu niezwykła oprawa i wogóle. No nie mógł jej przecież powiedzieć "weź się wylaszcz, bo wychodzimy do ludzi!!!"


Niestety, poza tym, że zepsułam niespodziankę, bo nie zajrzałam od razu do foliówki, to jeszcze tego dnia wspięłam się na wyżyny sztuki kulinarnej, bo na obiad zaserwowałam... kupne, gotowe tortellini z paczki :)))
W zasadzie nic w tym złego są smaczne! I nie ważne, co jest napisane na opakowaniu, czy z szynką, czy serowe, czy ze szpinakiem - każdy farsz smakuje tak samo!

środa, 8 września 2010

PLAYGROUND STORIES part 1.

Jakiś czas temu w parku: po grząskiej alejce idzie mega wylansowana mamusia, a obcasy boleśnie wbijają się w żwirek przy każdym kroku. Maluszek jest zapięty w wózku dziesięcioma pasami, żeby przypadkiem nie wylazł z i się nie pobrudził. Razem z innymi mamusiami wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia heh... Właściwie nie sposób powiedzieć co sobie myślimy - że to nietypowy widok, że ona trochę tu nie pasuje, że to tak średnio na plac zabaw... A ona idzie dalej. Przechodzą koło piaskownicy. Zorientowała się co jej grozi, szybko skręciła. Za późno! Dziecko zobaczyło placyk zabaw i piaskownicę i głośno domaga się, żeby wyjść z wózka. Musi mu ulec: sadza malca ostrożnie na brzegu ławeczki. Nie mają żadnych foremek i łopatek (bo nie przypuszczała, że będzie tu piaskownica, a może myślała, że dziecko nie dojrzy, a może uważa, że zabawki do piaskownicy ciągle są brudne i wogóle piaskownica jest brudna i psiakrew czemu nie udało jej się przemknąć obok!), więc dziecko sięga po jakieś zostawione w piaskownicy przez inne dzieci. Grymas obrzydzenia przemyka po jej twarzy, ale zaciska usta i nie protestuje. Nagle - bach! Malec spadł z ławeczki - cały w piasku, piszczy z radości. Mamusia rozgląda się z rozpaczą dookoła, jakby szukając kogoś kto ruszy jej z pomocą i wyciągnie brzdąca z piachu (i sam się pobrudzi zamiast niej). Niestety, wszystkie pozostałe mamy obserwują scenkę z ogromną mściwą satysfakcją - sorry - taka mroczna strona nas. Mamusia pochla się nad brzegiem piaskownicy, próbuje dać krok, ale wąska, piękna ołówkowa spódnica trzeszczy w szwach - nie da rady! Wygina się więc w łuk i tu akurat obcasy ułatwiają jej ten manewr - zaryły się w ziemi, więc ją dobrze stabilizują. Maksymalnie wyciągniętymi rękoma chwyta dziecko, jak automatyczna maszyna losująca misie w wesołym miasteczku. Wyjmuje malca, cały czas zachowując dystans między nim i swoim ciałem. Zrezygnowana stawia go na ziemi. Chwila namysłu, co z nim teraz zrobić?! Zdejmuje piękny, zdobiony szal i otrzepuje dziecko prychając przy tym, jakby sprzątała gówno psie, albo coś jeszcze gorszego. Znów z innymi matkami uśmiechamy się pod nosem, chyba wszystkie myślimy to samo - zaraz ten szal, co to doznał takiego skażenia, to chyba wyląduje w śmietniku, jak takie chusteczki, którymi czyszczę Meli rączki na spacerze. Ale nie, jednak kładzie go na wózku i usadza malca, który dopiero teraz się zorientował, że już koniec zabawy i głośno przeciw temu protestuje. Mama przypina go siłą szelkami w wózku i grzęznąc w żwirku odjeżdżają, po chwili już nawet nie slyszymy płaczu, tylko zaczynamy słyszeć nasze dzieci i wszystko wraca do normy, wymazujemy ten epizod z pamięci!

 

 
P.S. Kilka tygodni później widziałam ją w balerinkach i sukience, ale pod spodem legginsy! Awansowała do naszego kolektywu i tak trzymać!

 
Dziś polecam przepis, który wystawi Waszą cierpliwość na ogromną próbę!!! Na końcowy efekt czeka się bowiem aż 6 miesięcy!!!

 
Chodzi mi o:

 
NALEWKA MALINOWA

 
To jest taki jesienny rytuał, który podtrzymujemy z mężem, takie nasze sposoby, aby cieszyć się każdą porą roku. Nasz przepis na nalewkę pochodzi z dodatku do którejś z gazet, chyba z przed roku.
  • 4 kg malin
  • 1,5 kg cukru
  • 1l wódki
  • 1l spirytusu
  • 5g goździków
  • można też dać kilka plasterków limonki
 
Maliny wrzuciliśmy do słoja (mamy dwa 5-cio litrowe), dodaliśmy cukier, przykryliśmy gazą i odstawiliśmy na nasłoneczniony parapet. Kacper codziennie potrząsał tym gigantycznym słojem, ja bym nie dala rady. Po 3 dniach dodaliśmy goździki (wtedy też można dać kilka plasterkow limonki, ale my zapomnieliśmy, ale nie szkodzi :))), wlaliśmy połowę wódki i połowę alkoholu, znów na parapet i znów codzienne potrząsanie. Po tygodniu zaczęła się ekwilibrystyka z naczyniami. Chodzi o to, żeby zlać sok z alkoholem znad miąższu, który osiadł na dnie - do innego naczynia. Zlany sok z alkoholem z jednym sloju na parapet, a pozostały w drugim słoju miąższ malinowy zalaliśmy pozostałym spirytusem i wódką. Teraz to stoi u nas na parapecie przez kolejny tydzień. W ten weekend musimy połączyć oba nalewy, przecedzić przez gazę lub filtr do staromodnego ekspresu do kawy, przelać do wyparzonych butelek i zakorkować. Wtedy nalewka będzie dojrzewać w jakimś zacienionym miejscu przez co najmniej 6 miesięcy!!!

 
   

wtorek, 7 września 2010

SPROSTOWANIA

Teraz, gdy już wielu członków rodziny i kilkoro przyjaciół tu zagląda, to okazało się, że przyczepili się do kilku spraw, wymagających sprostowania :)))
1) moja siostra twierdzi, że robię z siebie matronę, co to siedzi w domu w dresie, i na spacer chodzi jak lump i bez makijażu...
Maluję się, a jakże - przynajmniej bronzer heh :) żartuje, ale niestety tusz do rzęs to rzadki luksus - nie sprawdza się na spacerach, wolę mieć mniej "podkreślone oko", niż po długim spacerze wyglądać z rozmazanym tuszem i rozwianą fryzurą, jak matka, co to przedawkowała coś.... (nie bardzo wiem co, ale generalnie chodzi o to, że nie chcę wyglądać źle!)

 

 
Zdjęcie ze spaceru - szczyt elegancji to nie jest, ale bez dramatu :)))

 
2) kwestia butów - no cóż, ciężko mnie posądzić o nadążanie za trendami, ale to wynika z tego, że nie zarabiam zupełnie własnych pieniędzy, więc chwilowo, gdy idę na shoe shopping - praktyka i wygoda przeważa. Stąd latem japonki, na zimę emu, ale UWAGA! na jesień kalosze oficerki - to chyba ostatnio bardzo modne??? (zdobycz wyłowiona na allegro, zdjęcia przy okazji). Natomiast wysokie koturny, i inne bajeranckie i cudowne obcasy na razie nie dla mnie... Ostatnio nawet mierzyłam WYMARZONE fioletowe obcasy, ale uznałam, że nie mialabym kiedy ich nosić - leżały by w szafie i obrastały kurzem (!)...
Zobaczcie jakie piękne...

 
Wieczorne "wyjścia" ciągle jeszcze zbyt rzadko nam się zdarzają, a wtedy wspieram się tym co mam w szafie z czasów studenckich :))) na szczęście jestem miłośniczką klasyki i mam trochę uniwersalnych ślicznych butków, które zawsze można włożyć. Te tutaj to byłby kaprys... Zdjęcie z telefonu.
 
3) Spotkanie z koleżanką karierowiczką - kilka przyjaciółek o dużym sukcesie zawodowym martwiło się, czy to o nie chodziło :))) To nie bylyście Wy, moje kochane!!! A teraz uwaga: opisałam na swoim przykladzie sytuację, którą zna każdy z Was! To nie musi być taka jaka mnie zaskoczyła, gdy objuczona zakupami wracam, z długiego spaceru i wiatr potargał mi włosy etc. Ale np. jak wyszłyście prosto od kosmetyczki, z napuchniętą twarzą i spotykacie atrakcyjną byłą dziewczynę swojego faceta. Albo jak na kacu po długiej imprezie schodzicie zamotane w płaszczu do sklepiku, żeby tylko kupić coś do picia i wpadacie na przystojnego sąsiada. Albo jak wychodzicie z przymierzalni na chwilę, żeby spojrzeć na siebie w dalszym lustrze, niestety okazuje się, ze strój leży fatalnie, i nagle z kabiny obok wyskakuje jakaś nielubiana suka, która ma ogromną satysfakcję z tego, że przyłapała cię w czymś obciachowym :))) takich sytuacji jest mnóstwo, każdy je przeżył, a jak mówi, że nie, to i tak nie uwierzę!!! Cóż, a ja po prostu mam takiego pecha, że nie raz przytrafiła mi się każda z wyżej wymienionych :)))

 
4) Co do przepisów: przepis, który zamieszczam prawie zawsze jest czymś co przyrządziłam danego dnia, dzień/ kilka dni przedtem lub na następny dzień, i nie znaczy to, że na obiad są kanapki z oliwkami!! Na obiad było coś innego, a kanapki były przekąską. Ale zdarza się też, że coś dobrego mi się przypomni i po prostu zamieszczam przepis, a wcale tego dnia go nie przyrządzałam.
Zostałam też poproszona o zamieszczenie kilku przepisów, postaram się w najbliższym czasie to zrobić. Mam tylko problem z zupą szczawiową - najlepszą robi moja teściowa, więc jem tylko u niej. Są potrawy, których raczej nie będę próbowała szykować - po prostu jest jeden mistrz, można próbować go naśladować, ale po co, skoro ideał jest na ... telefon? Dzwonię i umawiamy się na szczawiową, więc nie ma sensu samemu się trudzić. Tak samo jest z rybą po grecku mojej mamy. Może kiedyś zamieszczę przepis, ale uwierzcie mi, że nikt tego nie zrobi tak samo. To są dania, które obie moje mamy praktykowały przez lata. Kiedyś przejmę schedę, na razie wolę się wpraszać na gotowe :)))

 
Dziś proponuję

 
PENNE ZE SZPINAKIEM

 
Ile osób, tyle przepisów... a mój przepis taki:
  • paczka makaronu penne
  • paczka liści szpinaku*
  • paczka serka śmietankowego** 
  • kilkanaście liści bazylii
  • czosnek - ja daję jeden ząbek i nie radzę więcej, a początkującym, nawet pół
  • sól
  • pieprz
  • tarty ser włoski do posypania
 
*kupuję w paczce, bo listki są młode i małe, zaś te w warzywniaku ogromne, brudne i ze ślimakami - ale jak je umyć to są doskonałe :))) !!
**- dowolność: ricotta, turek śmietankowy, czy moja ukochana philadelphia, około 250g paczka
Szpinak, serek, czosnek i połowę liści bazylii do malaksera i robię papkę. Ugotowany makaron mieszam z papką i dekoruję listkiem bazylii. Można też uprzednio podgrzać papkę, ale nie gotować!

 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...