poniedziałek, 3 października 2011

Gruszka, banan, imbir i limonka, czyli zwiększamy odporność!

 W sobotę doświadczyliśmy wątpliwej przjemności uczestniczenia w imprezie z dwójką dzieci. Nikt nie mógł sie nimi zająć, a że chodziło o urodziny świadka naszego ślubu - postanowiliśmy nie przegapiać więcej ważnych wydarzeń towarzyskich. Nasze dzieci świetnie się odnajdują w towarzystwie, są urocze i zagadują innych, nie boją się obcych - wszystko powinno pójść świetnie. Prawdopodobnie przyjęłam błędne założenie, że dla wszystkich gości moje dzieci będą świetną atrakcją, a ich pojawienie się - radością.

Impreza miała być typu "niespodzianka". Czyli wszyscy zjeżdżają sie przed czasem do mieszkania znajomych naszego przyjaciela i tam czekają, aż on, zwabiony tamże, zjawi się. Wtedy głośno śpiewamy 100 lat.

Oprócz kilku osób nie znaliśmy nikogo. W drzwiach przywitała nas gospodyni hasłem: ale wózek musi stąd zniknąć! Bo się nie pomieścimy.

Ze sporym zdenerwowaniem zaczęłam tłumaczyć, że wózeczek jest po to, żeby Wojtuś siedzial w nim przypięty zamiast ściągać talerze ze stolików, dotykać rzeczy niedozwolone i że to zmniejszy jego zasięg rażenia.

- Dobrze, dajcie go do sypialni.

Ufff, wyszło nieźle, bo przecież mogła paść komenda: dajcie go do ogródka lub dajcie go do piwnicy...

Potem nastąpiły niezwykle uprzejme słowa powitalne i przedstawianie się wśród uśmiechów, ale mi już nie szło łatwo uśmiechanie się, ponieważ na samym wstępie poczułam się intruzem. Takie niewinne zdanie nastawiło mnie na cały wieczór.

W ogromnej nadziei, że uda nam się uśpić Wojtusia w wózku intruzie, poprosiliśmy o trochę wrzątku, zeby zrobić mu mleko. Niebacznie nakładkę od butelki (absolutnie czystą) położyłam na stołku barowym. Widząc to, godpodyni, baaardzo w stylu Bree Van de Kamp, pośpieszyła, by nerwowym ruchem, przenieść nakładkę na stolik. Czy zrobiłam coś niestosownego...?

Potem zeszli się pozostali biesiadnicy, a gospodarz pojechał po jubilata. Miał dać sygnał, kiedy będzie się zbliżał do domu, żebyśmy zdążyli się schować w sypialni i w ciszy zaczekać aż przekroczy próg domu.

Hasło "cisza" jeszcze się dobrze nie wgrało do oprogramowania moich dzieci. Mela przyzwyczajona do zachwytów i ogólnie bardzo towarzyska dziewczynka pokrzykiwała do gości: hej zobaczcie jaką mam bluzę z kapturem, hej ćwiczcie ze mną, tańczcie tak jak ja! Potem odkryła chipsy na stoliku i co chwilę wędrowała po kolejne porcje... Sięgając po następne trzy chipsy jeden upuściła i na to odezwała się ponownie gospodyni: moja droga, jak będziesz rozsypywać, to nie dostaniesz więcej chipsów!

Hmmm, nie wiem jak wy, ale na imprezie domowej, gdzie jest cokolwiek koło 20 osób, każdemu się może zdarzyć rozsypać jednego chipsa i chyba ja bym się z tym liczyła zapraszając gości, a już na pewno nie udzieliłabym reprymendy malutkiemu dziecku!!! Przez moment chciałam od razu wyjść, ale szybko się uspokoiłam - Gocha, tak bardzo się zmieniłaś od kiedy są dzieci, wyluzuj się i uszanuj, że ktoś nie lubi chipsa poza miseczką lub żołądkiem gości!!! ok uspokoiłam się.

Nagle nadeszły minuty zero. Jubilat zaraz będzie! Cściiiii, bądźcie cicho.

Halo, ucho, oko - to Wojtuś się rozgadał. Dźgał innych palcem pokazując oko, ucho, nos - nowo nabyta umiejętność.

Goście podzielili się na dwie grupy - tych rozczulonych, pełnych zrozumienia dla małych dzieci i tych nerwowych: zaraz spali nam niespodziankę!, zatkajcie go chipsem, uciszcie go.

No teraz już prawie miałam łzy w oczach, tym bardziej, że staliśmy może w 7m2 sypialni po ciemku w gorącu i w 20 lekko spoconych osób. Ale czego się nie robi dla przyjaciela i świadka naszego ślubu?

Jubilat wszedł, zaśpiewaliśmy 100 lat, niespodzianka się udała, Wojtuś milczał zatkany chipsem.

Następna godzina imprezy podzieliła Głowackich na dwa obozy: Kacper z Wojtusiem wyszedł do ogródka (na co gospodyni słodko spytała z żalem: co, już idziecie?), a ja stałam na straży przy stołku barowym, przy którym Mela jadła swój jogurcik i pogryzała kiszonego ogórka (oho, ale jutro będzie sraka!, usłyszałam od kogoś).

W międzyczasie dostrzegłam gospodynię, która nerwowym spojrzeniem omiatając pokój dostrzegła obok kanapy, na podłodze naszą torbę z akcsoriami dziecięcymi. Powiedziała głośno: nie wiem czyje to, ale położę do sypialni. Podsumowując intruzuów: wózek, zatyczka od butelki, dzieci, wielki pluszak-brokuł Meli, na koniec ja sama. Byłam największym intruzem, bo przejmując się tymi pierdołami, które ktoś normalny by olał, stałam się niezdolna do towarzyskiej rozmowy i czystej zabawy z innymi...

Pod koniec tej godzinki straży obok stołka barowego poprosiłam przyjaciela Kacpra ze studiów, żeby stanął na chwilę obok Meli i wyszłam do ogródka zamienić chociaż na chwilę słowo z jubilatem i jego partnerką. Oj tak. Milcząca wymiana spojrzeń z Kacperm ustaliła, że się zawijamy...

Już zupełnie przy wyjściu gospodyni rzekła: przepraszam, że tak nawrzeszczałam za ten wózek...
To zrozumiałe, odpowiedziałam.

Droga siostro drogiego jubilata: jeśli to przeczytasz to na pewno zrozumiesz, że jestem znerwicowaną mamuśką, która za mało wychodzi do ludzi, że bardzo jestem wdzięczna za zaproszenie, i że właściwie było bardzo miło! A cały powyższy tekst jest do odbioru ze sporym przymrużeniem oka i wyłącznie subiektywną oceną wieczoru :)

a mnie dopadło pierwsze jesienne przeziębienie...

LECZNICZY KOKTAJL Z GRUSZKĄ I IMBIREM
przepis autorski
składniki na ok.3 porcje
  • 1 gruszka
  • pół banana
  • plasterek imbiru
  • skórka i sok z jednej limonki
  • poł szklanki soku pomarańczowego
  • kilka listków mięty

Z limonki starłam skórkę i odłożyłam na bok. Wycisnęłam sok i wlałam do dzbanka koktajlowego. Dodałam obraną gruszkę, pół banana, obrany kawałeczek imbiru i sok pomarańczowy. Wszystko zmiksowałam na gładki przecier. Wlałam do szklanek i udekorowałam listkami mięty i skórką limonki. Koktajl jest przepyszny i bardzo zdrowy, imbir znany z właściwości przeciwzapalnych i podnoszących odporność zawsze jesienią trafia do mojego jadłospisu. Dr Głowacka poleca :)

Przepis dodaję do akcji "Zwiększamy odporność" i "Gruszkowo"



czwartek, 29 września 2011

BELLA. Razowa tarta z nadzieniem malinowo-różanym.

Przez ponad trzy lata udało mi się uniknąć ogromnego zalewu tandety i kiczu, które ogarnęły niemal cały przemysł dziecięcy. Nie to, żebym nie popłynęła z różem i falbankami i bufkami dla córeczki, o nie! Ale z szafy nie zerka na nas Hello Kitty, ze skrzyni na zabawki - kucyki pony, a z dvd - "Barbie i sekret wróżek" czy "Dzwoneczek i uczynne wróżki". Niestety ta cudowna era gustownego dzieciństwa chyba się kończy. Każdy podświadomie dąży do tego, by dołączyć do kolektywu i dopasować się, odnaleźć w grupie, a ci, co się wyróżniają - skazani są na etykietkę dzikusów lub odmieńców. Dlatego moja córeczka ochoczo podpatruje czym bawią się dzieci naszych przyjaciół i co noszą dziewczynki w przedszkolu i domaga się spełniania określonych potrzeb...

Często dzieci są skażone ambicjami lub niespełnionymi marzeniami rodziców. A u mnie to jakoś tak się potoczyło, że Mela zarosła moimi spełnionymi marzeniami :) miałam ogromny sentyment do bajek Disney'a jako dziecko, nawet jako nastolatka. Dlatego, po odkryciu, wkrótce po narodzinach córeczki, outletu z filmami dvd, szybko zaczęłam kolekcjonować klasykę. Chyba bardziej dla siebie. Pocahontas za 9,99? Biorę! "Miecz w kamieniu" i "Księga dżungli"? Jasne! Kopciuszek? A jakże!!! Królewna Śnieżka to od babci. A od mojego wujka na gwiazdkę - "Piękna i Bestia" w komplecie z  lalką a la Barbie. I tak w naszym życiu (mieszkaniu) pojawiła się Bella. Wiele lat temu podziwiałam jej suknię, a bajka należała do moich ulubionych. Z biegiem czasu zastąpiły ją "Zakochany kundel", "Piotruś Pan", "Gdzie jest Nemo" i inne - takie bardziej w stylu unisex - bo nie da się zaprzeczyć, że "Piękna i Bestia" nie jest dla chłopców. Mogę śmiało stwierdzić, że chciałam ją mieć, żeby obejrzeć jeszcze raz po latach i poczuć dawny sentyment, ale stało się odwrotnie!!! Nie poczułam dawnego zachwytu! Jedynie złość na rozbudzanie w małych dziewczynkach niezdrowego romantycznego podejścia! W bajkach Disney'a te zagubione bohaterki, właśnie takie odmienne, o nietuzinkowych pragnieniach, wielkiej urodzie, odstające od pozostałych bohaterów dziewczyny, wzniecają dziwne odczucia... Stałym punktem w każdej z bajek jest scena, gdy bohaterka śpiewa o swoich dylematach. Muzyka jest przepiękna. Aż chciałoby się biec po łące i wyśpiewać swoje problemy, jak Bella, czy Ariel z Małej Syrenki... czy chcę, żeby moja dziewczynka taka była? Romantyczna? A nie rozważna?



Wracając do naszej Belli... przeleżała w szafie wiele miesięcy, nie tknięta, potraktowana całkowicie obojętnie przez moje dziecko... Trwała faza na Stacyjkowo i Tomek i przyjaciele.  Aż pewnego dnia Mela u przyjaciół zobaczyła lalki! Właściwie to nie były lalki... To były dupeczki! Szpilki, obcisłe topy, gołe pępki... Brokat, tleniony blond (lub ognisty rudy), smoke eye... Projektanci lalek chyba inspirowali się ulotką z ofertą ekskluzywnego burdelu, które zawsze znajduję zatknięte za szybę ilekroć parkuję samochód na Hożej lub Nowogrodzkiej... Jednym słowem te Barbie to jakaś katastrofa. Po powrocie do domu odnalazłam Bellę. Po widoku lalek-lasencji nie sposób było nie docenić elegancji i dystyngowania Belli... A ta piękna, żółta suknia, najpiękniejsza ze wszystkich sukni księżniczek ze wszystkich bajek... Elegancka fryzura, stonowany makijaż. Tak! Bella jest piękna. I niech Mela się nią bawi, jeśli chce. Niech lubi też kucyki pony. I Hello Kitty. I High School Musical. I Hannah Montanę. I wszystko, co normalne dziewczynki w jej wieku. Bo marzycielska głowa to jedno, ale odstawanie od grupy wcale nie jest dobre. Dopóki dziewczynki nie dostrzegają kiczu i brzydoty w kotku Hello Kitty, dopóki świetnie się bawią i identyfikują jako wspólne grono z piórnikami i workami na kapcie z Dzwoneczkiem - to wspaniale. A ja muszę przywyknąć. Paradoksalnie każdy rodzic wie, że zniechęcanie dziecka do jakiegoś przedmiotu, bohatera, kolegi - przynosi odwrotny efekt. Wyrażam więc całkowite poparcie dla wszechobecnego kiczowego, komercyjnego backgroundu dzieciństwa i wyrażam też olbrzymie nadzieje, że Mela jak najszybciej z tego wyrośnie!



A teraz coś dla prawdziwych fanek :)

Potraktujcie to jako zabawę: która z sukni bohaterek Disney'a najbardziej się Wam podoba? Ja już zdradziłam, że mam sentyment do tej żółtej, którą nosi Bella, ale bardzo też lubię orientalne wdzianko Yasminy z Alladyna oraz cygański sznyt Esmeraldy z "Dzwonnika z Notre Dame"...
od lewej: Yasmina (Alladyn), Śnieżka, Mulan, Śpiąca Królewna, Kopciuszek, Pocahontas, Bella (piękna i Bestia), Ariel (Mała Syrenka)... niżej jeszcze dwa ujęcia Belli i Kopciuszka, Esmeralda, a na samym dole - Tiana "Księżniczka i żaba" - coś ciekawego, bo to pierwsza czarnoskóra bohaterka Disney'a - sukces politycznej poprawności, bardzo w amerykańskim stylu. Bajki nie widziałam, ale księżniczka śliczna :) i podobno pięknie śpiewa...
źródło: fanpop.com





RAZOWA TARTA Z NADZIENIEM MALINOWO-RÓŻANYM

Niedawno pokazywałam razowe ciasteczka. Z połowy przepisu na ciasto upiekłam właśnie ciasteczka, ale ponieważ nie chciało mi się już wałkować i wycinać ciasteczek - resztą ciasta wyłożyłam spód do tarty i upiekłam (15-20 minut w 190C). Teraz najlepszy numer: miałam duży słój malin, po maceracji spirytusem i wódką - szykowaliśmy nalewkę malinową. Nie wiedziałam co zrobić w tymi malinami, a pamiętałam z któregoś przepisu Nigelli, że po zrobieniu nalewki jeżynowej zmacerowane owoce użyła do ciasta. Moje były tak przesiąknięte mocnym alkoholem, że jeden kęs załatwiłby człowieka na amen! Wobec tego zaczęłam je podgrzewać i odparowałam sporo alkoholu. Następnie 2 szklanki malin wymieszałam z polową słoika konfitury z płatków róży i kilkoma łyżkami dżemu malinowego. Pozostał silny alkoholowy posmak, ale nagle okazało się to pyszne! Wyłożyłam masę różano-malinową na upieczony spod tarty, na wierzchu ułożyłam jeszcze wzór z pasków surowego ciasta i zapiekałam jeszcze 10-15 minut. Możecie być pewni, że alkohol wyparował, że pozostał jedynie smak.

Jeśli nie macie malin - pozostałości po robieniu nalewki - nie szkodzi. Zwykłe maliny można zasypać cukrem (kilka łyżek), podgrzewać i gdy zmiękną, puszczą sok, podgrzewać dalej, aby się zagęściły. Wówczas tak samo dodajemy konfiturę różaną i dżem malinowy i postępujemy jak wyżej.

Połączenie malin i róży jest przepyszne!

Moja tarta też jest Bella!




poniedziałek, 26 września 2011

KOLOROWE LIŚCIE, KASZTANY I ŻOŁĘDZIE




W ubiegłym tygodniu pokazałam zajawkę słodkich ciasteczek w kształtach jesiennych liści. Dziś już projekt skończony - wreszcie doczekały się lukrowania i ozdabiania. Niestety do tego czasu większość ciasteczek zniknęła - zawsze tak jest: jednego dnia mam czas, żeby upiec, a lukrowanie musi czekać. Bywa, że następnego dnia nie mam już czego ozdabiać...

Najpierw przepis, zaczerpnięty z obłędnego bloga Glorious Treats.

KRUCHE CIASTECZKA

  • 3 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 150g masła
  • łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 jajko

Na własną rękę zamieniam czasem jedną trzecią mąki na razową (takie ciasteczka pokazywałam ostatnio tu).

Masło mieszam z cukrem aż powstanie jasna, puszysta masa, dodaję ekstrakt waniliowy i jajko, na koniec partiami mąkę wymnieszaną z proszkiem do pieczenia. Gdy wszystkie składniki są już wymieszane, chłodzę ciasto przez 2-3 godziny w lodówce lub 30min. w zamrażalniku.

Wałkuję pomiędzy dwoma płatami folii spożywczej (podsypywanie mąką i wałkowanie w tradycyjny sposób powoduje, że ciasto pęka). Wycinam kształty i piekę na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia w 180C około 6 minut.

Przy okazji wspomnianych razowych ciasteczek rozmarzyłam się na temat foremek do wycinania kształtów. Mogłabym ich mieć nieskończoną ilość, bo uwielbiam piec ciasteczka i uważam, że to świetna zabawa, zwłaszcza gdy pieczesz z dziećmi. Czasem jednak jakieś kształty są albo nie do kupienia, albo można je uzyskać kombinując w inny sposób. I tak liść klonu to u mnie jakaś nieokreślona foremka z komletu, który kupiłam w Ikei. Ten kształt "uszczypuję" palcami, by przypominał liść klonu. Żołędzie to najpierw wycięte jajko wielkanocne, a następnie góra od rożka z lodami nałożona na ten podstawowy owal (ostatnie zdjęcie). Niestety nie zgadzają się tu proporcje wielkości żołędzi do liści dębu, ale myślę, że nie stanowi to problemu :) kasztanki to zwykłe kółeczko.

Barwniki spożywcze są marki Wilton i Squires Kitchen (tylko cielisty, użyty do mordki jeża i jasnej części kasztanków). Lukier robię tylko z wody i cukdu pudru, ale już niedługo w aledobre.pl ma być dostawa tzw. Meringue powder, czyli białka w proszku, pasteryzowanego, bo z surowego biję się robić lukier, jeśli ciasteczka sa dla dzieci. Przejściowe odcienie uzyskałam nakładając trzy barwniki w różnych miejscach ciasteczka i mieszając je łyżeczką i wykałaczką.

Lukrowanie liści z przejściowymi odcieniami zaczerpnęłam z bloga The Sweet Adventures of Sugar Belle.

A moje wyglądają tak:















Miłego pieczenia!!!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...